Recenzja horroru
Horror na deskach – „Zagłada Domu Usherów” Philipa Glassa w Operze Narodowej w Warszawie

Edgar Allan Poe – poeta, powieściopisarz, redaktor, przedstawiciel romantyzmu w literaturze amerykańskiej. Mistrz grozy i makabry, klasyk mrocznej literatury spod znaku horroru i powieści detektywistycznej. Twórczość Poe była inspiracją m.in. dla Charlesa Baudelaire’a, Fiodora Dostojewskiego, Juliusza Verne, symbolistów francuskich i setek innych twórców. Również w Polsce znalazł uznanie i cieszył się zainteresowaniem m.in. polskiego pisarza grozy Stefana Grabińskiego, Witolda Gombrowicza i Bolesława Leśmiana, który jest autorem tłumaczeń jego opowiadań. Jeden z fenomenów twórczości Edgara Allana Poe polega na tym, że przenika ona wiele płaszczyzn naszego życia i dzięki temu potrafi dotrzeć do wielu najróżniejszych odbiorców. Może być zarówno przedmiotem wykładu z zakresu literaturoznawstwa, jak i doskonałym materiałem dla twórców popkultury. Dlatego co roku przybywa wielbicieli jego twórczości, z którą można się zetknąć w najmniej oczekiwanej formie. A że w większości przypadków jest to spotkanie, które kończy się pozytywnym odbiorem, warto poszerzać grono jego wielbicieli.
Również na rodzimym gruncie dostrzeżono dzieła Poe. Być może za sprawą dwusetnej rocznicy urodzin i sto sześćdziesiątej rocznicy śmierci, być może na skutek poszukiwania nowych inspiracji dyrektor artystyczny Opery Narodowej w Warszawie, Mariusz Treliński zdecydował się w ramach cyklu „Terytoria” na wystawienie opery amerykańskiego kompozytora Philipa Glassa pt. „Zagłada Domu Usherów” (premiera w Polsce odbyła się 7 listopada 2009 r.), której libretto powstało w oparciu o słynne opowiadanie Edgara Allana Poe o tym samym tytule. Wydarzenie to pozostaje bez precedensu, ponieważ do tej pory żaden z naszych rodzimych twórców związanych z narodową sceną operową nie zdecydował się na taki krok, nie był na tyle odważny, aby zaproponować tak niecodzienny, potencjalnie się wykluczający, mariaż opery i grozy. Niemniej pojawiła się doskonała okazja, aby przybliżyć twórczość amerykańskiego pisarza tej części polskiej publiczności, która wzbrania się od sięgnięcia po nią z własnej woli. To również ciekawe wydarzenie z punktu widzenia miłośnika grozy, który jest zainteresowany horrorem we wszystkich jego kulturowych przejawach. Do tej pory miał on bowiem sporadyczną styczność z podobnymi inicjatywami, które jednak co najwyżej trafiały do teatru (np. musical „Taniec wampirów” oparty na „Nieustraszonych pogromcach wampirów” Polańskiego), nigdy jednak groza nie dotarła w hierarchii kultury tak wysoko. Właściwie to poza drobnym epizodem, związanym z pomysłem Dario Argento, który rozważał możliwość nakręcenia niektórych ujęć do „Phantom of the Opera” w budynku Opery Krakowskiej, nie znam przypadku, w którym horror znalazłby się w kręgu zainteresowania rodzimej opery. Teraz, gdy do głosu dochodzi młodsze pokolenie twórców oraz charyzmatyczne osobowości, które patrzą na ten rodzaj sztuki w zupełnie inny sposób, sytuacja wreszcie uległa zmianie.
To nie pierwsza próba przełożenia „Zagłady…” na język opery. Już na początku XX wieku francuski kompozytor, Claude Debussy, pracował nad stworzeniem takiego dzieła muzycznego, lecz nigdy nie udało mu się go ukończyć. Muzykę do obecnej wersji „Zagłady domu Usherów” ponad 20 lat temu skomponował jeden z najbardziej znanych współczesnych kompozytorów, Philip Glass. W jego dorobku znajdują się zarówno utwory przeznaczone do wykonywania na scenie, jak i muzyka filmowa, w tym również do horrorów. To właśnie on jest odpowiedzialny za ścieżkę dźwiękową do „Candymana”, „Candymana 2”, „Sekretnego Okna” oraz niemej wersji „Draculi” z 1931 r., do której muzykę nagrał w 1991 r. wraz z zespołem Kronos Quartet. Glass jest uznawany za twórcę minimalizmu, którego podstawą są dość proste, powtarzające się, zapętlone motywy muzyczne niejako wprowadzające w trans, hipnotyzujące, mogące w równym stopniu usypiać, jak i utrzymać uwagę widza. Dla niektórych jego muzyka z pewnością będzie zbyt monotonnym ciągiem jednostajnych tonów, nad wyraz prostą ilustracją do tego, co się dzieje na scenie. Styl Glassa, który komponuje wykorzystując niewielką liczbę dźwięków, jest często zbyt banalny dla melomana rozsłuchanego w bardziej wymagających utworach. Rozległe, skomplikowane, niekiedy monumentalne aranżacje wielkich kompozytorów to prawdziwe działa sztuki muzycznej, przepełnione energią i dramaturgią, przy których repetytywne i nieco proste dźwięki Glassa wypadają cokolwiek blado i pusto. To chyba też powód, dla którego warstwa muzyczna „Zagłady…” jest przez znawców tematu często krytykowana. Ponoć dlatego reżyserka nieznacznie uatrakcyjniła kompozycje, uważając, że współcześnie mogłyby się okazać zbyt mało przystępne dla odbiorców.
„Zagłada domu Usherów” to debiut operowy Barbary Wysockiej, muzyka, aktorki i reżyserki, utalentowanej i wszechstronnej artystki młodego pokolenia, która nie boi się nowego, innego podejścia do sztuki. Na spotkaniu przedpremierowym „Zagłady…” przyznała, że wolała uniknąć sztampowego podejścia do libretto Arthura Yorinksa i zdecydowała się odejść od sztafażu grozy. „Nie chciałam iść w stronę taniego horroru klasy B, zdecydowanie bardziej interesowało mnie to co się dzieje w głowach bohaterów” - przekonywała. I rzeczywiście, inscenizacja przygotowana przez Wysocką całkowicie różni się od tego czego mógłby się spodziewać wielbiciel grozy. Reżyserka zaadaptowała bowiem libretto dokonując jednocześnie znacznych ingerencji w didaskalia, przez co odeszła od tradycyjnego ujęcia tej opery. Nie zawahała się eksperymentować, unowocześnić tekst, odświeżyć go i zrezygnować z dotychczasowego ujęcia historii Usherów. Już sam plakat promujący spektakl sugeruje odejście od konwencji grozy, w jakiej utrzymana była pierwotnie „Zagłada…”. W przypadku tej mrocznej opowieści można by się spodziewać co najmniej kruczoczarnej kolorystyki oraz pewnych intrygujących pierwiastków. Mamy natomiast do czynienia z lśniącą bielą, która jest efektem umieszczenia na okładce witryn, co rzecz jasna stanowi również nawiązanie do nazwiska kompozytora opery Philipa Glassa. Ale to jedynie przedsmak, tego co przygotowano. Ktokolwiek szykował się na imitację spowitego w złowrogich bluszczach, posępnego zamczyska, oparów unoszących się nad sceną, zmurszałych murów czy innych gotyckich akcentów ten musiał się poczuć rozczarowany. Żaden z tych elementów nie jest obecny, a scenografia przygotowana przez Magdalenę Musiał jest całkowicie wysterylizowana z jakiegokolwiek drobiazgu, który mógłby rozproszyć widza i skoncentrować jego uwagę na czymś, co dla wizji Wysockiej nie ma znaczenia. Jak sama zapowiadała, dla niej liczą się tylko bohaterowie i to co dzieje się w ich głowach. Tworzenie aury grozy, chociażby przez jakąś część scenografii wyraźnie nie leży w orbicie jej zainteresowań. Jedynym elementem ściśle nawiązującym do literackiego pierwowzoru jest pojawiająca się na dalszym planie pęknięta ściana - symbol rozpadu rodzinnego monolitu i wieńczącego żywot rodu Usherów. Ten fragment scenografii dodatkowo przykuwa uwagę widza, ponieważ znajduje się w ścianach domostwa obrazującego również stan umysłowy postaci. Meble są przemieszczone, porozrzucane bez ładu i składu, znajdują się w innych miejscach niż powinny: stół zostaje przytwierdzony do ściany, a żyrandol wystaje wprost z podłogi. Ten zamierzony nieporządek, który obserwujemy przez cały spektakl, potęgują dodatkowo końcowe minuty, gdy na scenie powstaje potężny bałagan, również symbolizujący olbrzymi chaos, który panuje w głowie Williama. W zastępstwie złowieszczego zamczyska mamy więc symboliczny obraz paranoi.
Jakkolwiek mogę zrozumieć te wszystkie zmiany jako wyraz nietuzinkowego spojrzenia na historię Usherów, to jednak z punktu widzenia miłośnika grozy czułem się nieco rozczarowany. Wysocka bardzo dotkliwie ją okaleczyła, pozbawiając szczegółów, które odgrywały w niej bardzo istotną rolę. Tym bardziej, że w opowiadaniu wszystko miało swoje znaczenie – zarówno fabuła, jak i jej bohaterowie, miejsce akcji czy rozmaite detale. Najbardziej żal było samego domu, który w pierwowzorze jest niemalże spersonifikowany: jego mury stają się grymasami twarzy, okna to złowieszcze oczy uważnie obserwujące nadjeżdżającego przybysza, zaś wspomniane pęknięcie to szrama na nieskalanym dotychczas obliczu rodu. I choć trudno sobie wyobrazić, aby faktycznie jej uwaga koncentrowała się na wyglądzie domostwa, to jednak praktycznie całkowita rezygnacja z tak ważnego motywu wydaje się zaskakująca. To zresztą nie jedyna niespodzianka, bo Wysocka bardzo daleko odeszła od oryginalnego tekstu libretto: nie znajdziemy w jej inscenizacji ani dramatycznego finału ani nawet trumny, do której zostaje złożona Madeline. To niemalże całkowite zerwanie z wizją przedstawioną w opowiadaniu to oczywiście konsekwencja założenia jakie przyjęła sobie na początku reżyserka. „Nie chodzi o fabułę, nie chodzi o historię. Chodzi o badanie stanu emocjonalnego postaci i przedstawienie obrazów towarzyszących tym stanom”. Tym samym jednak Poe pozostaje obdarty ze swojego gotyckiego płaszcza grozy. Pozostaje jedynie Poe sugerujący, niedookreślony, wieloznaczny.
Zamiast horroru Wysocka proponuje wycieczkę w świat halucynacji i wizji, obrazów będących właśnie odbiciem psychiki i emocji bohaterów. To obraz dezintegracji ich osobowości, stopniowego popadania w obłęd aż do tytułowej zagłady, która jest kresem rodu Usherów. Ale czy na pewno? Tego do końca nie wiadomo, bo reżyserka zdecydowała się zrealizować operę w duchu twórczości pisarza i powstrzymuje się od narzucania gotowych rozwiązań. Pozostawia wiele niedopowiedzeń, niedookreśloności, dając podstawy do swobodnej interpretacji wydarzeń i zachowań bohaterów. Jakie były faktycznie relacje pomiędzy Roderickiem a Madeline? Jaki wpływ miał dom rodzinny Usherów na Rodericka? A może wszystko co oglądamy to jedynie wytwór rozstrojonego umysłu Williama? Otwarte zakończenie, które serwuje Wysocka jedynie pomnaża pytania, dając jednocześnie podstawę do własnego odczytania przygotowanej przez nią inscenizacji. To akurat zwycięstwo Wysockiej i to podwójne: po pierwsze, takie sobie postawiła założenie, po drugie takie są właśnie cechy twórczości samego pisarza. On również więcej starał się pozostawić do interpretacji odbiorcy, wolał otwierać pewne wątki niż je zamykać, nakłaniał do zaangażowania w dzieło, poszukiwania ukrytych znaczeń i rozszyfrowywania symboli.
Muzyka Philipa Glassa, mimo swojej prostoty, ma jednak swoją urodę, a momentami nieco oniryczny klimat, który idealnie pasuje do opowieści rozgrywającej się pomiędzy jawą a halucynacją, na granicy świadomości i majaków skołowanego lub chorego umysłu. Można się tylko domyślać jak naturalnie i o wiele lepiej by brzmiała, gdy towarzyszyła jej scenografia bardziej zbliżona do poetyki grozy. Trzeba jednak zauważyć, że i tak dobrze komponuje się z tym co się dzieje na scenie. Interesującym zabiegiem było również nadanie jej dodatkowego waloru żywotności. Orkiestra znajduje się bowiem przez cały czas na scenie, towarzyszy bohaterom w każdym momencie sztuki, niekiedy biorąc nawet aktywny udział w prezentowanych wydarzeniach: w pewnym momencie dyrygent (doskonały Wojciech Michniewski) imituje pukanie do drzwi domu uderzając ręką w stół. Jak widać również i dla niego reżyserka przygotowała nową i ciekawą rolę. Całej orkiestrze należą się słowa uznania, bo choć muzyka Glassa wydaje się łatwa do słuchania i nie jest pewnie zbyt skomplikowana do zagrania, to jednak z pewnością wymaga dobrego przygotowania technicznego ze strony muzyków z uwagi na długie, jednostajne i powtarzające się fragmenty.
Bardzo dobrze wypełnili swoje zadanie również odtwórcy głównych ról: Tomasz Krzysica jako Roderick Usher oraz Andrzej Witlewski jako William. Obaj stworzyli żywiołowe kreacje podparte solidnymi partiami śpiewu i odnoszę wrażenie, że doskonale spełnili w tym zakresie oczekiwania reżyserki. Dla mnie jednak naprawdę popisowo wypadły przeszywające wokalizy Agaty Zubel, które za każdym razem wypełniały przestrzeń Sali Młynarskiego niepokojącymi wibracjami. I choć nie miała do zaśpiewania ani jednej arii, to jej głos można dla mnie śmiało nazwać dominującym na scenie.
Po „Zagładzie…” wyraźnie widać, że młoda reżyserka idzie śladami kolegów, którzy swoimi inscenizacjami starają się rozruszać nieco sztywne, archaiczne podejście do opery, tchnąć w nią nieco świeżego powietrza, oryginalności i innowacyjnych pomysłów. Stąd też m.in. inne spojrzenie na operę, bardziej „teatralne”, jeśli można użyć takiego sformułowania. Więcej bowiem w „Zagładzie…” jest zabiegów scenicznych charakterystycznych dla teatru niż opery, ale też i nie ma się temu co dziwić, zważywszy na fakt, że Wysocka jest aktorką Teatru Starego w Krakowie i reżyseruje spektakle teatralne. Artystka potrafi przeszczepić teatr w nowoczesnym ujęciu na grunt opery, co daje pozytywne efekty chociażby w postaci zdynamizowania akcji. U niej naprawdę wiele się dzieje, czasem może zbyt dużo, lecz dzięki temu całość zaczyna żyć. Z drugiej strony niektóre rozwiązania są przedobrzone, tak jak chociażby wystawienie na scenę telewizorów, które rzekomo miały jeszcze bardziej podkreślać związek z muzyką Glassa. Natomiast pewne fragmenty są łudząco podobne do niektórych wcześniej wystawianych tytułów („Wozzeck” Warlikowskiego), co wyraźnie pokazuje skąd reżyserka czerpała inspiracje.
Szkoda, że Wysocka całkowicie zrezygnowała z przedstawienia u siebie świata grozy. Niektórzy uważają, że było to dobre posunięcie, ponieważ w ten sposób nie poszła „najbanalniejszym tropem gotyckiego dreszczowca”. Twierdzę jednak inaczej, bo pozbawiając „Zagładę…” niejako jej gatunkowej esencji być może przeciwstawiła się dotychczasowym interpretacjom dzieła Glassa, jednak nie podjęła prawdziwego ryzyka, którym byłoby zrealizowanie na deskach warszawskiej opery inscenizacji z pogranicza horroru. Gdyby nie bała się uwzględnić w swojej inscenizacji drobnych elementów należnych do estetyki grozy, całość mogłaby nabrać zupełnie innego wymiaru, takiego jakiego żadna polska opera być może do tej pory nie widziała. Dopiero wtedy byłoby to coś naprawdę wyjątkowego.