Recenzja horroru
Horrorfestiwal 2009 - relacja

Dzień pierwszy – czwartek, 22 października
Dzień otwarcia trzeciej edycji Horror Festiwalu stał pod znakiem przedpremierowego pokazu szóstej „Piły”. Publika nie zawiodła i – spragniona mocnych wrażeń i spoconego Costasa Mandylora – tłumnie wypełniła salę krakowskiego Multikina. Nim jednak Costas, jako wierny akolita Pana Piły, zabrał się za ratowanie ludziom życia, czekały nas dwa seanse: na krótkometrażówki grozy mocno ostrzyliśmy sobie zęby z nadzieją na repertuarowe niespodzianki, jednak pierwszy pokaz tegorocznego HF - „Diagnosis: Death” – zapowiadał się na znacznie poważniejsze wyzwanie.
Horror Festiwal nie miał dotąd szczęścia do pokazów otwierających i wydawało się, że nowozelandzki „Diagnosis: Death” podtrzyma dotychczasowy bilans. Bohaterami debiutu Jasona Stuttera jest nieco oderwana od rzeczywistości para: nastolatka i nauczyciel angielskiego, którzy - chorzy na raka i z diagnozami rokującymi im „kilka tygodni życia” - decydują się zostać królikami doświadczalnymi przy testach nad nową szczepionką. W efekcie zostają zamknięci w szpitalu na kilkudniową terapię eksperymentalną, m.in. w towarzystwie demonicznej pielęgniarki o melodyjnym nazwisku Bates i… duchów.
Tymczasem „Diagnosis: Death” okazał się całkiem przyjemnym zaskoczeniem. Owszem, grozy nie uświadczymy tu za wiele – nadnaturalne manifestacje ograniczają się do fluorescencyjnych duszków renderowanych z komputera, a horrorowy wątek jest rodem z najbardziej konwencjonalnych ghost stories, ale film Stuttera ma swoje zalety. Z jednej strony niestereotypową parę bohaterów, która łatwo zjednuje sympatię, a z drugiej naprawdę dobrze napisane i soczyste dialogi. Do tego dodajmy świetną Suze Tye o aparycji femme fatale w roli sadystycznej pielęgniarki i w efekcie otrzymujemy produkt, który ogląda się nie bez satysfakcji.
Po tym lekkostrawnym entrée organizatorzy zaserwowali „danie dnia” w postaci seansu z krótkimi metrażami, z którymi wiązaliśmy spore nadzieje. Na pierwszy ogień poszedł jedyny polski akcent Horror Festiwalu, czyli zrealizowana w Polsce przez amerykańskiego reżysera Van Kassadiana „Głowa do kochania” („Head to Love”) według opowiadania Łukasza Śmigła i Kazimierza Kyrcza Jr. Rzecz opowiada o tajemnicy kryjącej się za namalowanym na murze graffiti z podobizną pięknej kobiety, dla której bohater „traci głowę”. Nastrojowy krótki metraż, który mimo dość efektownego finału pozostawia wrażenie niedosytu. Następnie przyszedł czas na „Noc chomików z piekła rodem” („Night of the Hell Hamsters”) Paula Championa, świetną australijską komedię grozy o tym, do czego może doprowadzić kameralny wieczór we dwoje z udziałem tabliczki ouija. Film z Antypodów miał się okazać moim faworytem pokazu – odpowiednio krótki, pomysłowy, zrealizowany z werwą i znajomością konwencji oraz z iście piekielną puentą. Doskonała zabawa, która została nieco przytępiona odmienną w nastroju animowaną niemiecką „Tratwą” („Das Floss”) Jana Thuringa, cierpiącą według mnie na syndrom „wiele środków filmowych po nic”. Niby wszystko na swoim miejscu – ładna animacja, dobra konstrukcja, ale całość razi akademizmem i banalną moralizatorską wymową. Remedium okazała się belgijska „Wirtualna randka” („Virtual Date”) Katii Olivier, rozgrywająca się w bliskiej przyszłości erotyczna fantazja o nieśmiałej kobiecie, która spotyka swojego „księcia z bajki” w rzeczywistości wirtualnej. Spełnienie nie potrwa jednak długo… Nakręcona z feministycznym „pazurem”, ale i dystansem do materiału (celna ironiczna końcówka), „Wirtualna randka” wyróżnia się przede wszystkim dobrze poprowadzoną sekwencją horrorową, w której wymarzony cyfrowy kochanek odsłania swoje mroczne oblicze. Dobra forma została podtrzymana „Kobietą węgorzem” („Eel Girl”) Paula Campiona (tak, tego od „chomików z piekła rodem”). Tym razem obraz mroczniejszy w klimacie, świetny od strony wizualno-charakteryzatorskiej, choć rozczarowujący nazbyt anegdotycznym zakończeniem, które sprawia, że całość wydaje się raczej efekciarską wprawką stylistyczną niż pełnoprawnym krótkim metrażem. Później było niestety gorzej: duet w postaci amerykańskiego „Welgünzêra” Bradforda Schmidta i holenderskiego „Stróża brata mego” („Brother’s Keeper”) Martijna Smitsa sprawił, że poczułem tęsknotę za drogim Tobinem Bellem. „Welgünzêr” nieudolnie próbuje podjąć motyw podróży w czasie; cóż poradzi ekscentryczny bohater, jakby wyjęty z kadrów filmów Caro i Jeuneta, skoro zapętlona narracja z ciągłym voice-overem w tle skutecznie zniechęca do śledzenia akcji. „Stróż brata mego” z kolei, konwencjonalny i pozbawiony wyrazu, nie licząc natrętnej symboliki religijnej, nasuwa skojarzenia z przeciętnym odcinkiem telewizyjnej antologii grozy. Większą wyobraźnią popisał się Niemiec Nik Sentenza w swoim „Pokoju” („Das Zimmer”). Początek zwiastuje kolejną opowieść o nawiedzonym pokoju hotelowym, ale w drugiej połowie obraz udanie zwraca się w stronę gęstego w klimacie kina spod znaku Davida Lyncha. Niepokojący film Sentenzy, który ostatecznie miał się okazać zwycięzcą sekcji filmów krótkich na Horror Festiwalu, zawodzi jedynie zakończeniem, na które reżyserowi wyraźnie brakowało pomysłu. Seans z filmami krótkimi zwieńczyła hiszpańska „Moja miłość mieszka w kanałach” („Mavela”) Manuela Ariji de la Cuerdy. Zabawny i oryginalny film, choć miałem wrażenie, że miał on niewiele do zaoferowania poza swoim skatologicznym poczuciem humoru. To jednak zdecydowanie za mało, by od razu mówić o filmie surrealistycznym i prowokującym. Jednak niewątpliwie miał on tę zaletę, że podniósł spadający z filmu na film entuzjazm widowni i był też z pewnością najgłośniej komentowanym tytułem wieczoru.
I wreszcie przyszła ta chwila… Na scenie została już tylko gwiazda wieczoru, wielce oczekiwana mości „Piła”! Po żałosnej „Pile IV” i jej niewiele lepszej kontynuacji karty były właściwie rozdane: Costas „brak charyzmy” Mandylor, poczwórne retrospekcje, filozoficzne dyrdymały Pana Piły zza grobu – 1 na 6, dziękujemy: „go home”. Tymczasem szósta część cyklu nie poddaje się wcale tak łatwo prostolinijnej krytyce. Oczywiście, na papierze wszystko jest po staremu: Pan Piła, który rozgryzł przed śmiercią bieg wszechświata i wytypował listę swoich ofiar na cztery pokolenia wprzód, Costas „chciałbym być nowym Christianem Bale’em, ale brak mi talentu” Mandylor, konwencja, która nie zmieniła się ani o przecinek z motywem muzycznym i końcowym twistem włącznie… A jednak mimo tej wtórności 200 procent normy „Piła VI” wyreżyserowana przez Kevina Greuterta, etatowego montażystę serii, zrobiła na mnie pozytywne wrażenie. Przede wszystkim film da się wreszcie obejrzeć bez bólu. Greutert unika pułapek, w które wpadli jego poprzednicy: retrospekcje są oczywiście (trzeba w końcu opłacić gażę Bella), ale zręcznie wkomponowane w narrację; film odwołuje się do publiki „fanowskiej” (anyone?), ale nie gubi po drodze widzów nie opatrzonych z konwencją serii; scenariusz razi kliszowością, ale rezerwuje niespodzianki (swoje robi także zadziwiająco udany twist ending). Mimo ewidentnej zwyżki formy scenarzystów Dunstan & Melton, jedną z przyczyn sukcesu „Piły VI” upatrywałbym w jej niespodziewanym udziale w debacie na temat kryzysu ekonomicznego i reformy służby zdrowia Obamy! Scenarzyści swoim filmem zrobili zręczny ukłon w stronę bardziej liberalnej widowni, rzucającej gromy na serię filmów, która za pomocą ciężkiej sofistyki filozoficzno-moralnej starała się zracjonalizować faszyzujące zapędy Jigsawa. Tymczasem ekranowe wypowiedzi Pana Piły – z jego krytyką zorientowanego na zysk systemu kapitalistycznego – paradoksalnie lokują go po drugiej stronie barykady. Nie ma się jednak oczywiście co łudzić. Recepta Pana Piły na bolączki amerykańskiego społeczeństwa sprowadza się do upuszczenia chciwym kapitalistom trochę krwi (którą to propozycję oczywiście należy rozumieć absolutnie dosłownie). Tak czy inaczej miła odmiana dla serii, która zadziwia swoim ciągłym brakiem pomysłowości. Dzięki temu „ideologicznemu nadbagażowi” nawet „pięć minut oświeconego Buddy Piły” z jego refleksjami na temat życia i śmierci, nie rażą jak zazwyczaj, a wędrówka ajenta ubezpieczeniowego po zawczasu przygotowanym „parku atrakcji” dostarcza niespodziewanych emocji. I nie zapominajmy o murder scenes, które w szóstce gwarantują nam kilka skoków ciśnienia: scena na karuzeli i „guest star” w postaci strzykawek z kwasem – takich momentów seria „Pił” skąpiła nam od dłuższego czasu!
Szkoda tylko, że po obejrzeniu szóstej części tasiemca tak udanie zapoczątkowanego przez Jamesa Wana i Leigh Whannella w połowie dekady, dominuje przede wszystkim wrażenie „wyczerpania materiału”. Biorąc pod uwagę, że mamy już do czynienia z szóstą częścią, to przydałaby się jakaś ewolucja, prawda? Cykl „Piątków trzynastego” w przeciągu tego czasu co najmniej kilka razy solidnie zamieszał w skodyfikowanej zdawałoby się konwencji. Tymczasem w „Pile” lata mijają, Pan Piła opuszcza ziemskie pielesze, i co? Ano nic, niestety – może w końcu przemawiać zza grobu. Mając to na względzie, szósty part pozostaje mimo swoich zalet widowiskiem, w którym zmieniają się może i gracze, ale stawki są już znane, a rozdania przewidziane z góry. I planowane wprowadzenie trójwymiaru w części już siódmej, gdzie pracowników sektora ubezpieczeń społecznych zastąpią może skorumpowani parlamentarzyści, niczego w tej kwestii nie zmieni. Do you really want to play this game again? And again? And again?
(flagg)
Dzień drugi - piątek, 23 października
O tym, że „Piła VI” stanowi największą atrakcję Horrorfestiwalu widać po frekwencji podczas drugiego dnia. Na sali znowu zgromadziły się tłumy fanów grozy, jednak gołym okiem dało się zauważyć, że obsada nie była tak duża jak pierwszego dnia. Było to zresztą nie tylko widać, ale i słychać, bo wśród ludzi zgromadzonych w warszawskim Multikinie dało się odczuć brak wielu widzów, którzy przybyli jedynie na kolejną część makabrycznej serii. Nie mam nic przeciwko temu, ale kto był, ten zapewne też zwrócił uwagę na mniejszą ilość hałaśliwej dzieciarni komentującej na głos przez większość czasu to co działo się na ekranie. Pod tym względem w piątek było dużo lepiej i chwała za to, bo dzięki temu seans pierwszego tego dnia filmu oglądało się nad wyraz spokojnie i dobrze.
Kiedy światła w największej w Polsce sali kinowej po raz pierwszy tego wieczoru zgasły rozpoczął się seans „Sauny”. Fiński horror, który zdobywał entuzjastyczne recenzje krytyki oraz uznanie fanów był moim faworytem od samego początku. I trzeba przyznać, że w stu procentach spełnił pokładane w nim nadzieje. Mroczny obraz, którego akcja rozgrywa się w zamierzchłej przeszłości tuż po konflikcie rosyjsko-szwedzkim w XVI wieku od razu zaskarbił sobie moją przychylność. Nie dość, że wizualnie prezentuje się naprawdę świetnie to jeszcze fabularnie okazał się niezwykle intrygujący i wciągający. Jego historyczny zarys dodaje mu jeszcze większej atrakcyjności, choć wydaje się, że jest to zabieg czysto stylizacyjny. Wygląda to ładnie i ciekawie, choć przede wszystkim dość oryginalnie – rzadko kiedy mamy do czynienia z horrorem rozgrywającym się w historycznym otoczeniu w tak fantastycznych sceneriach. Jednak umiejscowienie akcji jest trochę umowne, bo tak naprawdę tematyka poruszana przez reżysera „Sauny” jest bardzo uniwersalna. Okropieństwa wojny odciskające swoja zabójcze piętno na bohaterach, moralne piekło i zatracanie się w najgorszych instynktach, poczucie winy, pokuta za grzechy, odkupienie… Choć to ostatnie akurat takie oczywiste nie jest, ale to akurat cecha charakterystyczna tego filmu, który takich otwartych wątków serwuje nam dużo więcej. Na koniec warto wspomnieć o doskonałej roli Ville Virtanena, którego postać z łatwością pozostaje w pamięci na długo po zakończeniu seansu.
Ten fiński horror okazał się nie tylko najlepszym filmem drugiego dnia, ale i prawdziwą perłą trzeciej edycji festiwalu. Oczarował nie tylko jury festiwalu, zgarniając główną nagrodę, Złotą Czaszkę, ale i większość widzów, którzy uznali, że był to najlepszy obraz spośród 7 wyświetlanych (pokaz „Piły” był pozakonkursowy). Przyznaję, że również i w moich oczach był to film, który najbardziej zasługiwał na to wyróżnienie, bo zostawił konkurencję daleko w tyle. Trzeba sobie jednak jasno powiedzieć, że właściwie żaden nie był w stanie mu poważnie zagrozić. Owszem niektóre tytuły trzymały dobry poziom („Trailer Park of Terror”), jednak żaden z nich nie był w stanie równać się z „Sauną”, zarówno pod względem oryginalności, jak i realizacji. Część filmów w ogóle nie dorastała do pięt obrazowi Antti-Jussi Annila i nie powinna być wyświetlana na tym samym festiwalu, bo stanowić może co najwyżej ujmę dla tego doskonałej fińskiej produkcji. Niestety z takim przypadkiem mieliśmy do czynienia przy okazji „Horrorfestiwalu”: dwa pokazywane po „Saunie” filmy to obrazy do szybkiego zapomnienia, niegodne stawać z nią w szranki i zdecydowanie najsłabsze z całego tegorocznego zestawienia.
Zaczęło się od „Open Graves”, hiszpańsko-amerykańskiej produkcji z piękną Elizą Dushku w roli głównej. Historia sięga czasów inkwizycji, kiedy to spalono magiczną grę, która była w posiadaniu jednej ze zgładzonych wtedy wiedźm. W czasach współczesnych gra staje się własnością młodego mężczyzny, który postanawia zagrać w nią z grupką swoich przyjaciół. Młodzi ludzie nie zdają sobie jednak sprawy, że stawką w tej grze jest ich życie, kto wyciągnie kartę vae victis ten będzie musiał odpaść z gry… Na zawsze! Biada jednak widzom, nie zwyciężonym, bo „Open Graves” to marna produkcja, która nie powinna była się znaleźć w festiwalowym programie. Początek nie zapowiada się najgorzej, owszem od razu widać, że obraz skierowany jest raczej do nastoletniego widza, jednak pierwsza scena, w której mężczyzna zostaje podjedzony przez kraby wygląda obrzydliwie. Potem jest jednak dużo gorzej, bo twórcy zdecydowali się pójść nieco na łatwiznę. Klasyczne efekty zostały zastąpione przez pracę informatyków, którzy jednak nie potrafili stworzyć przekonujących efektów CGI. Stąd w dalszej części mamy nieudolny i mało przerażający horror, który stanowi połączenie „Jumanji” z „Oszukać przeznaczenie”. (dość powiedzieć, że takim właśnie określeniem nazwało go kilka niezależnych od siebie osób, które miały okazję obejrzeć „Open Graves”). Oczywiście wszystko w wersji mało ambitnej, niezbyt przerażającej i dość przewidywalnej, stąd marny odbiór filmu przez widzów. Trudno się temu zresztą dziwić, takie produkcje można puszczać w drugorzędnym kanale telewizji kablowej, ale nie na festiwalu horroru, który aspiruje do miana poważnej ogólnokrajowej imprezy.
Nie inaczej przedstawiał się kolejny w programie włoski „Visions”. Film silnie inspirowany serią „Piła”, pozostający jednak daleko poza jej realizacyjnym czy koncepcyjnym poziomem, starający się jedynie wykorzystać popularność tego współczesnego fenomenu kina grozy. Reklamowany jako obraz, który przywodzi na myśl dokonania twórców giallo, jednak ja jakoś tych powiązań nie znalazłem. Owszem, czuć w nim starsze włoskie filmy, ale te bardziej tanie i tandetne, takie których na pęczki swego czasu kręcono we Włoszech. Takie kino tez miało swój specyficzny klimat, jednak w przypadku „Visions” można o tym śmiało zapomnieć. Jest bowiem całkowicie odwrotnie – film jest w zupełności pozbawiony nastroju, poszczególne sceny przelatują przez ekran i nie wywołują najmniejszej reakcji, kolejne elementy historii nie robią żadnego wrażenia, tytułowe wizje nie wzbudzały nawet cienia przerażenia. Śledztwo jest mało interesujące, a ostateczne rozwikłanie zagadki bardzo rozczarowujące. Zresztą muszę się też przyznać, że tak bardzo mnie zaabsorbowała opowiadana historia, że co rusz łapałem się na tym, że powieki mi mimowolnie opadają. Nie poddałem się i wytrwałem do końca, ale trzeba przyznać, że nie było łatwo, bo patrząc z perspektywy czasu walka ze snem podczas seansu „Visions” jest nieunikniona. Szkoda jednak pisać takie słowa nawet w formie humorystycznego stwierdzenia, bo wolałbym opisywać dobre kino, które słusznie znalazło się w programie imprezy.
A tak pozostaje wątpliwa przyjemność słownego pastwienia się, którego z wielką ochotą bym uniknął. Mam nadzieję, że za rok będzie mi dane pisać jedynie o dobrych produkcjach, czego zarówno sobie, jak i organizatorom Horrorfestiwalu szczerze życzę. Zważywszy na ogólnokrajowy zasięg imprezy oraz coraz większe uzależnienie się od rodzimych dystrybutorów jest nadzieja, że w każdym kolejnym roku, będzie można opisywać więcej takich filmów jak „Sauna”, a mniej takich jak „Open Graves” czy „Visions”.
(Mort)
Dzień trzeci – sobota, 24 października
Ostatni dzień festiwalu otworzył australijski survival horror „Dying Breed” traktujący o fikcyjnych przodkach irlandzkiego kanibala Alexandra Pearce’a. Warto na chwilę zatrzymać się przy tej intrygującej historycznej postaci. W 1819 roku skazano go za kradzież sześciu par butów na pobyt w kolonii karnej położonej na Ziemi Van Diemena. Popełnił tam kilka drobnych przestępstw, po czym zbiegł. Schwytano go i tym razem zesłano do więzienia Sarah Island w zatoce Macquarie na zachodnim brzegu Tasmanii. Dwa miesiące później uciekł ponownie wraz z siedmiorgiem innych skazańców. 20 września 1822 roku skazani Alexaner Pearce, Alexander Dalton, Thomas Bodenham, William Kennerly, Matthew Travers, Edward Brown, Robert Greenhill i John Mather obezwładnili pilnujących ich klawiszy i wbiegli w głąb tasmańskiej dziczy. Kierowali się na wschód, bez przygotowania na morderczą 225 kilometrową wyprawę. Po ośmiu dniach wędrówki skrajnie wygłodzeni mężczyźni zamordowali i zjedli współtowarzysza, Alexandra Daltona. Następnego dnia Brown i Kennerly bojąc się o swoje życie postanowili wrócić na Sarah Island. Umarli z wyczerpania w drodze powrotnej. Piątka pozostałych skazańców prowadzona przez marynarza Greenhilla kierowała się na wschód. Zamordowano siekierą najsłabszego mężczyznę, poćwiartowano jego ciało na kawałki i je zjedzono. Po pięciu tygodniach nieprzerwanej wędrówki pozostało ich trzech: Pearce, Greenhill i Travers. Prześladowany przez głód Greenhill stanął przed wyborem: czy zabić swojego przyjaciela Traversa, ukąszonego przez jadowitego węża tygrysiego? Jego stopę pożerała gangrena, lecz Greenhil i Pearce nieśli go jeszcze przez pięć dni do momentu, gdy Travers zaczął błagać o śmierć. Zamordowali go we śnie i zjedli jego mięso. Pearce i Greenhill przez osiem kolejnych dni walczyli ze snem bojąc się o to, że jeden drugiego zabije i zje. Zasnął Greenhil, co wykorzystał Pearce uderzając go siekierą w głowę. Irlandczyk w końcu dotarł do zamieszkanych terenów i żył tam przez kilka miesięcy napadając na farmy i kradnąc owce. Schwytano go i ponownie przetransportowano na Sarah Island. Kilka miesięcy później uciekł raz jeszcze wraz z Thomasem Coxem kierując się tym razem na południe wschodnim wybrzeżem zatoki Macquarie. Otoczono go jedenaście dni później przy rozlewisku King River. W kieszeniach miał kawałki mięsa młodego Coxa, którego zabił dowiedziawszy się o jego nieumiejętności pływania. Proces kanibala rozpoczął się 20 czerwca 1824 roku. Pearce’a oskarżono o morderstwo Coxa i skazano na śmierć. Powieszono go 19 lipca o godzinie 9 wieczorem, a jego ciało poddano sekcji.
W „Dying Breed” czwórka kryptozoologów udaje się na dziewicze tereny Tasmanii w poszukiwaniu obecnie wymarłego tasmańskiego tygrysa (wilka workowatego). Odnajdują tam piekło kanibalistycznego terroru osadzone w straszliwej lokalnej historii. Nastrojowy i brutalny survival horror z paroma drapieżnymi scenami kanibalizmu, w którym ścierają się wpływy „Deliverance” (gromadka złowrogich miejscowych), „Rituals” oraz „Cannibal Holocaust” (poćwiartowane ciało jednej z dziewcząt powieszone obok sadyby kanibala). Dzika sceneria Tasmanii wywołuje mrok jakże charakterystyczny dla prozy DH Lawrenca piszącego o pierwotnej pustce australijskiego buszu. Kilka scen zapada w pamięć: w jaskini, w lesie po zmroku, na zewnątrz szopy antropofaga, na moście o blasku poranka, itd. Akcja „Dying Breed” rozkręca się nieśpiesznie, ale kiedy nabiera tempa to nie ma zmiłuj!
Po wizycie w tasmańskiej rzeźni nadszedł czas na spotkanie z ikoną amerykańskiego kina grozy Brucem Campbellem. Gwiazda nieśmiertelnej trylogii „The Evil Dead” trafia do zapyziałej prowincjonalnej mieściny Gold Lick, aby stoczyć pojedynek z przywróconym do życia chińskim demonem Guan-Di. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że „My Name Is Bruce” jest przeznaczony wyłącznie dla zatwardziałych fanów Asha. Świadczy o tym pokaźna porcja odwołań do aktorskiej przeszłości Campbella. W epizodycznych rolach obsadzono przyjaciół Bruce’a: Teda Raimiego, Ellen Sandweiss, Dana Hicksa czy Timothy Patricka Quilla. Niektóre żarty autentycznie bawią (Sandweiss jako ‘Cheryl’, to samo imię miała w „The Evil Dead”), inne są płaskie i czerstwe. Przede wszystkim brakuje jednak choćby minimalnej dawki grozy, a wygląd demona nie wzbudza przerażenia. Także końcowa konfrontacja Bruce’a z kreaturą wypada żałośnie. Plus za koszulkę nastoletniego Jeffa z kinowym plakatem „The Evil Dead”. Mam identyczną!
Na zakończenie trzeciej edycji Horror Festiwalu przenosimy się na przeklęte osiedle niszczejących przyczep kempingowych, którego nieumarli mieszkańcy (groteskowa galeria wieśniaków z piekła rodem) polują nocą na każdego, kto się na nie bezpowrotnie zapuści. Celem ‘white trash’ zombies staje się grupka problematycznej młodzieży jadąca na religijny obóz. W „Trailer Park of Terror” czarny humor miesza się z soczystą makabrą, torturami i kanibalizmem. Mrożącym krew w żyłach wydarzeniom towarzyszy rock’n’rollowy śpiew grającego na gitarze elektrycznej zmartwychwstańca dającego żywiołowy koncert na dachu własnej przyczepy. Sympatyczna mieszanka „2000 Maniacs” Hershella Gordona Lewisa i „House of 1000 Corpses” Roba Zombie wprawiła mnie w pozytywny nastrój.
Po zakończeniu festiwalu jak co roku jury przyznało Złotą Czaszkę. Tym razem nagroda przypadła fińskiej kontemplacyjnej „Saunie” (2008) za „nową próbę realizacji horroru w niecodziennej, historycznej scenerii, z zachowaniem ponadczasowej konwencji". W kategorii krótkiego metrażu uhonorowano niemiecki „Das Zimmer” (2009). Szkoda, że z repertuaru wypadł francuski „Humains” (2009) – miałem przemożną chęć zmierzyć się z tym bezkompromisowym survivalem z kraju nad Sekwaną. W trakcie imprezy zapoznałem się z markkiem z naszego forum oraz z Katarzyną Sawicką, recenzentką Horror Online. Żywię nadzieję, że Horror Festiwal zagości w Polsce na stałe i stanie się imprezą o jeszcze większej renomie, niż dotychczas. Zatem do następnego razu!
(Embalmer)