Recenzja horroru

FrightFest 2009
Array

Że tegoroczny FrightFest będzie odmienny było wiadomo już w zeszłym roku. Po pierwsze festiwal przenosił się na drugą stronę Leicester Square – z Odeonu do Empire. Ponoć Odeon miał zostać zburzony, a w jego miejsce chciano zbudować kasyno czy coś w tym guście. Ale zdaje się kryzys finansowy dał się we znaki pomysłodawcom, bo Odeon West End jak stał tak stoi i filmy są nadal wyświetlane. A FrightFest zatoczył pewne symboliczne koło, bo choć Empire chwali się największą salą i ekranem w Europie, to przecież znajduje się zaraz obok Prince Charles Cinema, gdzie FF startował dziesięć lat temu. Po ogłoszeniu programu festiwalowego okazało się, że Greg, Paul, Ian i Alan nie próżnowali przez zeszły rok i przygotowali naprawdę masę atrakcji i niespodzianek na dziesiątą edycję, a przede wszystkim solidny zestaw filmów, który powienien zadowolić najbardziej wybrednego horrormaniaka. Pozostawało tylko zdobyć bilety. Jeszcze kilka lat temu wejściówki na cały festiwal można było kupić wręcz na kilka dni przed rozpoczęciem imprezy. Ale już w zeszłym roku wszystkie „Weekend Pass” poszły pierwszego dnia sprzedaży. Tym razem wszystko odbyło się jeszcze szybciej. Ilość bluzgów, która wydobywała się z moich ust, kiedy próbowałem rozgryźć, o co, do cholery, chodzi z systemem rezerwacji online przekraczała wszelkie normy przyzwoitości. Próba rezerwacji telefonicznej spełzła na niczym, bo miła pani po drugiej stronie linii nie za bardzo wiedziała, dlaczego strona Empire nie pozwala na kupno karnetów, za to wiedziała, że przez telefon się nie da. Kazała cierpliwie czekać, aż informatycy naprawią jakiś błąd czy też specjalnie odblokują elementy systemu. Diabli wiedzą o co chodziło, ale ponoć zainteresowanie było takie, że mocno przycięło przepustowość strony. Kiedy wreszcie system rezerwacji ruszył, okazało się że zostało bardzo niewiele miejsc. W stresie i panice, że nie zdążę, wybrałem pierwsze lepsze, byle blisko frontu. Uff... Dopiero po chwili zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem jednak nie za blisko, co okazało się dość prorocze. Ale o tym później. W każdym razie wejściówki weekendowe poszły niemal na pniu. Organizatorzy dorzucili kolejną partię, ale i ona została wykupiona w mgnieniu oka. Nie wiem jak to będzie w przyszłym roku. Pewnie trzeba będzie się wybrać do Londynu w przeddzień otwarcia sprzedaży i ustawić się w tzw. „sleepy queue”, która dzielnie czeka przez całą noc, żeby tylko załapać się na najbardziej atrakcyjne miejsca. W tym roku Empire było tak miłe, że rozdawało tym hardkorowcom zdaje się ciepłe napoje i kanapki, a także puściło dla wszystkich czekających film (nie pamiętam niestety jaki).

Po raz pierwszy w swej historii FF wprowadził projekcje na dwóch ekranach jednocześnie – Main Screen i Discovery Screen. Na tym pierwszym, jak sama nazwa wskazuje, wyświetlany był podstawowy program festiwalu, filmy, które zasługują na duży ekran, premiery, najbardziej interesujące według organizatorów obrazy, które pojawiły się od zeszłego roku. Na Discovery Screen prezentowane były filmy mniej spektakularne, niskobudżetowe czy wreszcie takie, które były już wyświetlane podczas FrightFestu w Glasgow (jak w przypadku „I Sell The Dead”). Ale że granica między jednymi a drugimi jest płynna można było się przekonać po tym, jak ze względu na problemy z prawami autorskimi z głównego programu wypadło „100 Best Deaths”, a na jego miejsce wskoczył „Black”, który pierwotnie miał być wyświetlany w mniejszej sali. Tego pierwszego tytułu nieco żałuję. To kompilacja, jak sama nazwa wskazuje, najbardziej krwawych i spektakularnych zgonów w historii kina grozy i nie tylko. Na ten jeden seans Empire postarało się o licencję na sprzedaż alkoholu na sali kinowej. Zabawa zapowiadała się więc przednia. Mówi się jednak trudno – może w przyszłym roku, albo na którejś z imprez towarzyszących – ICA Halloween All Nighter? Przyszłoroczne Glasgow? Kto wie...

W programie zapowiadano również multum gości – od Johna Landisa, Davida Hessa, przez Christophera Smitha, Philipa Ridleya, po Joe Lyncha i Adama Greena, którzy na dobre zadomowili się na FrightFeście. Miała być muzyka na żywo, seminarium dla początkujących scenarzystów, sesje zdjęciowe, zombie walk w poniedziałkowy poranek, specjalne pokazy trailerów i materiałów z nadchodzących filmów, oczywiście trailer trash i krótkometrażówki. Jeśli chodzi o te ostatnie to na szczęście w tym roku nie dostały całego bloku, a krótki metraż reprezentowały tylko trzy filmy, sensownie rozrzucone po poszczególnych dniach festiwalu. Alan Jones w wywiadach mówił również o planach poszerzenia festiwalu o wymiar dystrybutorski, gdzie zainteresowani mogliby nabyć prawa do rozpowszechniania tytułów pokazywanych podczas FF. Ale to chyba istnieje na razie tylko w fazie planów. Z czego w sumie należy się cieszyć, bo FrightFest był zawsze festiwalem fanowskim – organizowanym dla tych którzy kupują DVD, a nie prawa do dystrybucji. Jones podkreśla, że o bazie fanowskiej nie zapomną i FF zawsze będzie festiwalem dla fanów. Pozostaje trzymać go za słowo, bo atmosfera w Londynie jest naprawdę wyjątkowa. Reżyserzy i aktorzy nie mają wydzielonych sekcji czy pomieszczeń gdzie mogą się odizolować, bawią się wspólnie z widzami, są często dostępni przez cały czas trwania festiwalu. Jako szarak z tłumu widzów, chciałbym aby tak pozostało.

Po wyleczeniu lekkiego kaca, którym przywitał mnie Londyn udałem się po wejściówkę do Empire. Z roku na rok, karnety robią się coraz ładniejsze. Tym razem tę rolę spełniała zalaminowana grafika zdobiąca okładkę festiwalowego programu. Wszystko zamocowane na „firmowej” smyczy, więc bez problemów można było sobie zawiesić karnet na szyi i nie przejmować się, że gdzieś się zawieruszy (choć mi i tak się udało wywinąć numer). Potem odbiór „goodie bag”, które również z roku na rok wyglądają coraz lepiej. Pamiętam, że jeszcze trzy lata temu trzeba było ganiać po kinie z reklamówką, co niekoniecznie wygląda super kul. W zeszłym roku gratisy były w torbie na ramię oznaczonej logo FF. W tym roku tak samo, ale tym razem torba ma słuszną długość paska i wygląda zgrabnie. W środku zaś... No cóż, to zależy od szczęścia, ale chyba każdy dostał w tym roku boxa „Dzieci kukurydzy 1-3”, poza tym koszulki, filmy, ulotki, przypinki i co tam jeszcze. A jakby komu było mało, to w foyer tradycyjnie rozstawili swój kram chłopaki z Cinema Store, gdzie można było kupić filmy, książki, figurki, gazety. A zaraz obok stoisko z oficjalnymi produktami FrightFestu – koszulki i czapeczki. Szczerze mówiąc, miałem nadzieję że podczas jubileuszowej edycji będzie kilku sprzedawców więcej. Tym razem nic nie kupiłem – choć podczas wizyty w Cinema Store na widok kilku pozycji zaczęła mi ślina cieknąć z ust. Ale do Empire tego stuffu nie przynieśli.

Mniejsza z tym, bo tak naprawdę FrightFest to prawdziwe święto kina grozy. Ekipa stojąca za festiwalem przez cały rok pilnie pracuje nad tym, żeby do Londynu ściągnąć najciekawsze, najbardziej wartościowe, kontrowersyjne czy arcyrozrywkowe filmy z całego świata. A impreza ma już taką renomę, że często udaje się załatwić naprawdę intrygujące tytuły („Death Race” z zeszłego roku pominę wymownym milczeniem).

Tegoroczną edycję rozpoczęła światowa premiera „Triangle” w reżyserii Christophera Smitha. To twórca dobrze znany bywalcom FrightFestu, bo zarówno „Creep” („Lęk”) jak i „Severance” („Redukcja”) były prezentowane w poprzednich latach. Tym razem Smith przygotował historię grupki znajomych, którzy wybierają się na rekreacyjny rejs jachtem. Zaskoczeni przez tajemniczą burzę, która wywraca ich jednostkę bez wielkich nadziei oczekują ratunku. Zbiegiem okoliczności na horyzoncie pojawia się liniowiec pasażerski, który wydaje się być kompletnie opuszczony. Po wejściu na pokład zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Hmmm... na początku pomyślałem sobie – oby tylko nie był to kolejny gniot o nawiedzonym statku i jeszcze na dodatek rozgrywający się w Trójkącie Bermudzkim. No i na szczęście nie jest. Natomiast uderzające jest podobieństwo do prezentowanego w zeszłym roku „Los cronocrímenes” („Zbrodnie czasu”). I to nie tylko na poziomie fabularnym – labirynt pętli czasowych, z których trudno jest się wydostać. Ale w momencie kiedy bohaterka zakłada worek na głowę, by pozostać nierozpoznaną – to skojarzenia z działaniami Hektora w filmie Nacho Vigalondo stają się wręcz nieznośne. Ale cóż – proces produkcji filmu jest długi – często od pomysłu do produktu finalnego potrafi upłynąć nawet kilka lat. Sam Smith powiedział, że dwa lata spędził rozrysowując całą historię na kolejnych kartach i obwieszając nimi pokój, w którym pracował, tak by opowiadana przez niego historia była jak najbardziej spójna. Nie można więc mówić o plagiacie, tylko o niezamierzonym podobieństwie. Niemniej jednak dziwnie było oglądać na FrightFeście rok po roku dwa tak podobne w zamyśle filmy. Ale „Triangle” to bardzo dobrze zrealizowany film ze świetną rolą/rolami Melissy George (znaną choćby z „WΔZ”, „30 Days of Night” czy „The Amityville Horror”). Poza tym wrażenie robią zdjęcia Roberta Humphreysa – scena sztormu – wprost palce lizać. A kilka pomysłów na ukazanie cykliczności wydarzeń dziejących się na ekranie wywołuje wzorcowe ciarki na plecach. „Triangle” mi się podobał, choć nie do końca jestem przekonany, czy wszystko faktycznie się w nim dopina fabularnie. Ale jest to na pewno film do co najmniej dwukrotnego obejrzenia. Bo za pierwszym razem raczej trudno się połapać, kiedy zaczął się cykl, o co dokładnie chodzi, kto i gdzie ginie i tak dalej.

Następne w kolejce było „The Hills Run Red” Dave’a Parkera. Po opisie fabuły można było spodziewać się czegoś naprawdę ciekawego. Oto Tyler, student filmoznawstwa, jest owładnięty obsesyjnym pragnieniem dotarcia do kopii „The Hills Run Red” – obskurnego slashera z lat osiemdziesiątych. Jedyne co wiadomo na temat filmu to słabej jakości trailer zamieszczony w internecie i kilka fotosów. Reżyser, Wilson Wyler Concannon, zaginął wkrótce po premierze – jedynym publicznym pokazie filmu. Tylerowi udaje się odnaleźć córkę reżysera i wraz z dwójką jeszcze przyjaciół wyrusza śladami krwawej produkcji sprzed lat. Osobiście bardzo lubię takie metafilmowe, samozwrotne zabawy z gatunkiem. Dlatego oczekiwałem czegoś na skrzyżowaniu „Cigarette Burns” Carpentera i „Scream” Cravena. No cóż... Brzmiało zbyt pięknie by mogło być prawdziwe. Niemniej jednak jest to kolejny film wyprodukowany przez Dark Castle Entertainment, tym razem do spółki z Warner Premiere, który naprawdę daje radę. Przede wszystkim jest bardzo sprawnie nakręcony i wygląda nader atrakcyjnie. Nie mówiąc już o obsadzie – męska publiczność powinna być wielce rada. Nie brakuje golizny, jak i brutalnych i krwawych morderstw (szczególnie utkwiła mi w pamięci scena rozerwania ofiary w drzewnej pułapce), jest kilka chorych pomysłów. Co więc nie gra? Nie wiem jak inni, ale mdli mnie, kiedy po raz tysięczny słyszę, jak bohater filmowy opowiada o regułach gatunkowych filmu w którym gra. Co było dobre raz czy drugi, po ponad 10 latach od premiery „Scream” zwyczajnie stało się kliszą. Po eksplozji filmów kręconych z ręki, również postać, która kompulsywnie wszystko rejestruje na twardym dysku kamery, wypada dziwnie znajomo. A już momenty w których postaci dyskutują wśród rzezi i litrów posoki o teorii filmu i zagadnieniach filmoznawczych, zwyczajnie kłują w uszy. Reżyser miał interesujący pomysł, ale w trakcie jego realizacji zapomniał, że w kinie gatunku to dopracowana fabuła powinna być podstawą, a nie choćby nie wiem jak niesamowity czy oryginalny pomysł wyjściowy. Niemniej jednak te zarzuty tak naprawdę są pomniejszego kalibru, jeśli tylko nie traktować „The Hills Run Red” jako kolejnego objawienia na miarę „Behind the Mask: The Rise of Leslie Vernon”. To sprawnie nakręcony, krwawy i brutalny slasher, który próbuje być troszkę inteligentniejszy niż inni reprezentanci gatunku. Odnośnie tej krwawości to niestety Warner nie zgodził się na pokazanie filmu w wersji unrated i na pełną scenę gwałtu trzeba będzie poczekać prawdopodobnie do wydania filmu na Blu-ray. Wszyscy zwyrole mają więc na co czekać;-)

Na zakończenie pierwszego dnia widzów miały zaatakować zmutowane owady, czyli „Infestation” Kyle Rankina. Przyznam szczerze, że nie przepadam za filmami z gatunku animal attack. Dlatego nie miałem wielkich oczekiwań odnośnie historii Coopera, który pewnego dnia budzi się w biurze, cały pokryty jakąś organiczną siecią czy kokonem. Dokoła na podłodze w podobnym stanie leżą jego współpracownicy. Już wkrótce okaże się co jest przyczyną takiego stanu rzeczy. To sprawka gigantycznie wielkich owadów, które w szybkim tempie opanowują świat. Wraz z grupką wybudzonych i oswobodzonych z kokonów ludzi próbują przeciwstawić się owadziej inwazji. Może właśnie ten brak wygórowanych oczekiwań sprawił, że bawiłem się całkiem nieźle. „Infestation” jest dostatecznie zabawne z jednej, a obrzydliwe z drugiej strony, by się podobać. Wielkie owady wyglądają dość naturalistycznie i momentami aż się nieprzyjemnie robi oglądając je w akcji. Niesamowite są zwłaszcza mutacje insekcio-ludzkie. Postaci zaludniające ekran są wystarczająco sympatyczne by interesować się ich losem i kibicować zmaganiom z robactwem. Film Rankina to lekka komedia połączona z horrorem, więc nie należy spodziewać się przesadnie dopracowanego scenariusza, czy żelaznej logiki zachowań postaci. A zresztą, ciekawe jakby się człowiek zachowywał, gdyby zza rogu wylazło na niego ósmionożne paskudztwo dorównujące mu wielkością? Na plus należy zaliczyć również kilka scen, które zostały rozegrane wbrew oczekiwaniom widza, a w duchu anarchicznego humoru i zgrywy („Jeśli kiedykolwiek zamienię się jedno z tych stworzeń...”). Na okrasę w jednej z ról Ray Wise, tym razem może bez wielkiego harpuna jak w „Jeepers Creepers 2”, ale również z zaciętą miną ma misję skopania odwłoków kreaturom. Ten bezpretensjonalny mariaż komedii i creature feature zakończył pierwszy dzień dziesiątej edycji FrightFestu. Trzeba było jak najszybciej znaleźć się w łóżku, bo pięć dni siedzenia w kinie po 12 godzin potrafi wykończyć najtwardszego.

Drugi dzień rozpoczął znakomity australijski revenge thriller „The Horseman” (nie mylić przypadkiem z „Horsemen – jeźdźcy apokalipsy” wyświetlanym w polskich kinach). Ponieważ Mort mnie męczy o recenzję, tutaj napiszę tylko, że film Kastrissiosa ma co najmniej kilka atutów – wiarygodnych bohaterów, ukazany od podszewki brudny przemysł amatorskiego porno, brutalne sceny, które nie są tylko zabawą w gore i przemoc dla nich samych i badzo dobre aktorstwo.

Następny w kolejce był obraz Paula Davisa „Beware The Moon” – pełnometrażowy dokument poświęcony „An American Werewolf in London”. Film zrodził się z pasji jednego człowieka i co na początku było szukaniem po omacku informacji i materiałów, w efekcie dało jeden z najlepszych dokumentów o filmie gatunkowym. Ponoć... Bo stwierdziłem, że akurat tego typu materiałów nie muszę koniecznie oglądać na wielkim ekranie i wybrałem Discovery Screen, na którym wyświetlano „I Sell The Dead”. Ale jeszcze kilka słów o „Beware The Moon”. Davisowi udało się dotrzeć do niemal wszystkich kluczowych postaci, które miały udział w powstaniu tego klasyka lykantropicznego kina. John Landis udostępnił zdjęcia testowe i niewykorzystane ujęcia. Jak stwierdził sam Landis – po obejrzeniu dokumentu widz będzie wiedział wszystko na temat jego filmu, a nawet więcej.

„I Sell The Dead” Glenna McQuaida to znakomity pastisz antologii makabresek spod znaku studia Amicus. Film był wyświetlany podczas FrightFestu w Glasgow, a ponieważ spotkał się tam z wielce przychylnym odbiorem, organizatorzy postanowili umożliwić wszystkim tym, którzy na GFF nie dotarli, zapoznanie się z nim w Londynie. McQuaid odkrywa przed widzem historią luźno wzorowaną na niesławnych wyczynach dwóch irlandzkich rabusiów grobów – Burke’a i Hare’go. Tutaj nazywają się Arthur Blake i Willie Grimes. Blake w więzieniu snuje opowieść o wspólnych wyczynach przy pozyskiwaniu truposzczaków i dlaczego „nigdy nie należy ufać zwłokom. Nigdy!”. W obsadzie parada znanych twarzy – Dominic Monaghan, Ron Perlman, Larry Fessenden, Angus Scrimm. Do tego należy dorzucić udanie oddany klimat późnogregoriańskiej Brytanii, sporo humoru i makabry i nikogo nie zdziwi popularność tego tytułu.

W głównej sali tymczasem wszyscy zajmowali miejsca by rozkoszować się odrestaurowaną kopią „An American Werewolf in London”. Byłem naprawdę przyjemnie zaskoczony jak dobry jest to film. Ostatni raz oglądałem go kilka dobrych lat temu i w głowie miałem zakodowane – klasyk, wilkołaki, horror-komedia. No i wszystko się zgadza, oprócz tego, że John Landis nie cierpi jak tym ostatnim mianem określa się jego dzieło. Bo faktycznie, choć elementy komediowe występują w tragicznej historii dwóch amerykańskich turystów w Anglii, to tak naprawdę film jest bardzo ponury w wymowie. Te krótkie chwile, kiedy reżyser pozwala się widzowi uśmiechnąć służą jako chwila oddechu od przygnębiającej i mrocznej całości. „Amerykański wilkołak w Londynie” to horror jak najbardziej serio, który z anarchicznym humorem obecnym choćby w „Blues Brothers” łączy jedynie osoba reżyera. Osobiście nie przepadam za wilkołakami w kinie – mimo genialnej roboty, którą wykonał Rick Baker – przedstawienie całkowitej przemiany w wilka w pełnym świetle to zadanie nie lada, z którego wywiązał się perfekcyjnie – na moją wyobraźnię nie działa cały koncept człowieka-wilka. A już animatroniczne bestie wywołują raczej rozbawioną reakcję. Tutaj jednak, poza straszeniem bestią dzieje się wystarczająco dużo, by rozkoszować się wizją Landisa, mimo tematyki. Natomiast jeśli ktoś lubi lykantropy to odrestaurowana do standardu HD wersja „Amerykańskiego wilkołaka” urwie mu głowę. Obraz jest ostry jak żyleta, na dalszym planie można dostrzec najmniejsze detale. Jak opowiadał reżyser – obawiał się transferu na Blu-ray, zwłaszcza sekwencji transformacji – w końcu film ma już swoje lata i technika poszła mocno do przodu. Jednak maestria Bakera nie zestarzała się niemal o jotę. To, co mnie dodatkowo ponownie przekonało do tego filmu to fakt, że reżyser, który miał na swoim koncie trzy niezwykle popularne komedie zdecydował się nakręcić horror i to taki, który dostał kategorię R. Być może to klimat lat osiemdziesiątych, ale zwłaszcza porównując z dzisiejszymi produkcjami, trudno nie docenić faktu, że postacie mówią soczystym językiem (czyt. przekleństwa), przez moment akcja dzieje się w kinie porno, jest miejsce na rozbudowaną scenę erotyczną. Przy czym te elementy nie mają nic wspólnego z wulgarnym mariażem niskobudżetowego horroru z porno i niezależnością rozumianą jako potok bluzgów wylewający się ekranu. Nie, widz ma do czynienia z filmem mainstreamowym, który mimo, że na warsztat wziął tematykę fantastyczną, to stara się być jak najbardziej realistyczny w innych aspektach. Swoją drogą wspomniana scena miłosna została przez amerykańskich cenzorów przycięta (czy są słowa dostatecznie obraźliwe, które nazwałyby działaność MPAA dostatecznie dosadnie?). Po filmie scenę zaludnił tłum ludzi związanych z produkcją „Amerykańskiego wilkołaka” z reżyserem na czele. John Landis to przesympatyczny człowiek, który mimo statusu popularnego reżysera jest bardzo żywiołowym, łapiącym świetny kontakt z publicznością człowiekiem, bez żadnych much w nosie. Co więcej, został na cały czas trwania festiwalu i oglądał filmy razem z licznie zgromadzoną publicznością. W foyer rozmawiał z fanami, pozował do zdjęć i cieszył się atmosferą festiwalu.

Szumnie nazwany odrodzeniem włoskiego horroru „Shadow” Federico Zampaglione miał swoją światową premierę jako następny w kolejce. Reżyser na codzień jest muzykiem i wokalistą, niezmiernie ponoć popularnego, pop-rokowego bendu Tiromancino. Nie jest to jego debiut na niwie filmowej, gdyż debiutował komedią. Jednak zgodnie z tradycjami włoskiego kina popularnego postanowił zmierzyć się z innym gatunkiem. „Shadow” opowiada o młodym żołnierzu, który po powrocie z Iraku, dla ukojenia nerwów wybiera się w dzikie i odludne tereny, by uprawiać kolarstwo górskie. W schronisku na jednym ze szczytów poznaje Angelinę i wdaje się w sprzeczkę z dwoma antypatycznymi zbirami spod ciemnej gwiazdy. Zgodnie z logiką gatunku już wkrótce David i Angeline będą musieli walczyć o życie, uciekając przed psychopatycznymi prześladowcami ze schroniska. Odrodzenie włoskiego horroru? Dobre sobie! Ten film to mieszanka survivalu, torture porn spod znaku „Saw” czy „Hostel”, wyraźnie zapożyczone motywy z „Frontiere(s)” i jedno rozwiązanie fabularne żywcem wzięte z dość znanego obrazu z lat dziewięćdziesiątych (tytułu nie podam, gdyż popsułbym tym samym przyjemność z seansu, ale dla każdego, kto widział dzieło, które mam na myśli, podobieństwo będzie oczywiste). Oryginalności w tym za grosz, za to trochę politycznego zaangażowania. Niemniej jednak film potrafi zrobić wrażenie. Zwłaszcza doświadczenie muzyczne Zampaglione daje się we znaki. Ścieżka dźwiękowa atakuje widza z siłą pneumatycznego młota. Dawało to niesamowity efekt w wielkiej sali Empire, która nie tak dawno została wyposażona najnowszy system Dolby 3D dostosowany do rozmiarów 20-metrowego ekranu. Szczególnie, że reżyser co chwila podkręcał głośność, do tego stopnia, że basowe pasma niemal unosiły widzów z foteli. Atak na zmysły był totalny i połączenie szybkiego montażu (ale bez przesady) z nawałnicą dźwięków stwarzało nową jakość w dziedzinie kreowania suspensu. Na plus należy zaliczyć również postać głównego czarnego bohatera granego przez Nuota Arquinta. Zampaglione wypatrzył aktora w „Pasji” Gibsona i od razu wiedział, że chce z nim współpracować. Arquint jest niesamowity – nie wiem, czy w ogóle miał na sobie jakąkolwiek charakteryzację, jeśli tak to niewielką, a wyglądał jak istota z piekła rodem (dodatkowo miałem wrażenie, że był pokazywany w filmie tak, jakby nie miał pępka, co dodatkowo wzmacniało złowieszczy nastrój) – choćby dla tej kreacji warto „Shadow” zobaczyć. Jeśli chodzi o aspekt torture porn to praktycznie wszystko w tym temacie zostało powiedziane, ale trzeba przyznać, że dwie sceny są wyjątkowo zwichrowane i okrutne. Ogólnie rzecz biorąc organizatorzy, jak to się często zdarza, przesadzili w pochwałach, ale film stanowi ciekawe doświadczenie.

„The Horde” Yannicka Dahana i Benjamina Rochera zostało wyświetlone na zasadzie tzw. „sneak preview”, jako że oficjalną premierę film miał dopiero kilka dni temu na festiwalu w Wenecji. Z kinem francuskim mam ten problem, że zbyt wielu ludzi ogłasza Francję nową stolicą horroru. Filmy stamtąd są wedle apologetów bezkompromisowe, pokazujące to czego nikt nigdzie indziej nie ośmieliłby się pokazać, a przy tym inteligentne. Jak to się mówi, za dużo klaki i fanbojstwa może wywołac efekt przeciwny do zamierzonego. Dlatego do francuskiego horroru podchodzę jak do jeża. Ale ponieważ nie jestem pewien czy zakaz recenzowania przypadkiem nie obowiązuje do czasu premiery kinowej, tylko zwięźle podam kilka wrażeń. Jeśli rozpatrywać „La Horde” tylko w kategoriach rozrywkowych to jest to całkiem porządne widowisko. Ale niektóre sceny i dialogi wprost proszą się o alegoryczną interpretację, wtedy już nie jest tak różowo. W każdym razie jest brutalnie, krwawo (choć mnie osobiście męczy komputerowa krew) i cokolwiek nielogicznie (dlaczego do diaska, nie strzelają zombiakom w głowy, skoro to wydaje się ich unieszkodliwiać na dobre?). Tak naprawdę to film Francuzów mógłby się nazywać „28 Months Later”, gdyż akcja zaczyna się mniej więcej w tym momencie, w którym skończył się film Fresnadillo. Mam nadzieję jednak, że nadchodząca w 2011 właściwa kontynuacja okaże się ździebko lepsza.

Zakończeniem wieczoru było „Macabre” Braci MO, koprodukcja singapursko-indonezyjska. W kilku miejscach (zachodnie serwisy internetowe i prasa branżowa) określa się jako jeden z ciekawszych slasherów ostatnich lat. Hmmm... No nie wiem. Paul McAvoy przed seansem lojalnie uprzedzał, żeby nie zrażać się pierwszymi 15 minutami, bo to co tygrysy lubią najbardziej będzie w dalszej części filmu. 15 minut? Miałem wrażenie, że ekspozycja w tym obrazie zajmuje przynajmniej połowę czasu trwania. Ale być może to już zmęczenie dawało się we znaki. W każdym razie na kolana mnie „Macabre” nie rzuciło, choć trzeba przyznać, że kiedy zaczyna się lać krew, to leje się naprawdę szerokim strumieniem i jest naprawdę ostro. Jak na konwencję slashera oczywiście – wszystko podane w lekko paranormalnym sosie i wyjaskrawione, ale wszyscy fani splattera powinni być usatysfakcjonowani. Dla porządku jeszcze tylko dwa słowa o fabule – oto grupka przyjaciół, wśród nich Astrid w ósmym miesiącu ciąży, podwozi zagubioną dziewczynę do domu. Jej matka nalega, by zostali i przyjęli poczęstunek. Jako danie główne serwowany jest specyfik usypiający, gdzyż tajemnicza rodzina ma wielki apetyt na potrawkę z nowonarodzonego dziecka... Brzmi intrygująco? Co kto lubi. Żeby wyrobić sobie bardziej rzeczowy pogląd na sprawę pewnie zrobię jeszcze jedno podejście do filmu Braci MO, gdy wyjdzie na DVD.

Sobota rozpoczęła się intrygująco. W „Smash Cut” jego twórca Lee Demabre zdołał zgromadzić na planie Davida Hessa, Michaela Berrymana, w cameo pojawia się Hershell Gordon Lewis, a jedną z głównych ról żeńskich powierzył Sashy Grey (jestem pewien, że koneserzy co bardziej ekstremalnej pornografii z pewnością kojarzą tę postać). Film to niezbyt poważna opowiastka o problemach z jakimi zmaga się Able Whitman, reżyser horrorów, który niszczony przez krytykę i publiczność, stara się poradzić sobie z frustracją i niespełnieniem twórczym. Rozwiązanie okazuje się banalne w swej prostocie – zamiast tworzyć kolejne żenujące efekty specjalne, które wywołują jedynie uśmiech politowania, należy uzyskać jak największy realizm. A cóż bardziej realnego od rzeczywiście odciętych kończyn i faktycznie wydłubanych oczu, wyrwanego z piersi serca? Co prawda pozostaje problem jak pozbyć się ciał i odwrócić od siebie podejrzenia. Ale od czego jest usłużny scenarzysta, który obeznany z wszelkimi fabularnymi sztuczkami zasugeruje na przykład upozorowanie samobójstwa? Ciekawe czy policja uwierzy w odebranie sobie życia za pomocą... harpuna? „Smash Cut” to satyra na środowisko niezależnych twórców niskobudżetowych horrorów i próba polemiki ze słowami Lewisa umieszczonymi jako motto filmu: „I see filmmaking as a business and I pity anyone who regards it as an art form”. To było całkiem pozytywne otwarcie kolejnego dnia festiwalu. Bezpretensjonalne dzieło, o którym sam reżyser mówił, żeby nie traktować go zbyt poważnie. I tak należy do niego podchodzić, bo inaczej może czekać widza rozczarowanie. A jako wisienka na torcie... Po projekcji David Hess wykonał na żywo dwa bluesowe utwory przy akompaniamencie gitary. W ogóle Hess to kolejna bardzo pozytywna postać, która pojawiła się na tegorocznym FrightFescie. Rozmowny, spontaniczny, sam podchodził do widzów i obiecał wrócić za rok. Aha, Sasha Grey nie zdejmuje w filmie nawet stanika. Ale jak to stwierdził reżyser – chciał przełamać pewien schemat obsadzania Sashy w filmach. A jeśli ktoś bardziej woli ją rozebraną niech się nie martwi – mimo występów u Stevena Soderbergha i kilku mniej lub bardziej mainstreamowych projektów – aktorka ponoć nie ma zamiaru rezygnować z porno, gdzie bardzo świadomie kwestionuje zdawałoby się utarty podział ról.

Następne w kolejce było „Hierro” Gabe Ibáñeza. Najpierw jednak jako niespodzianka został wyświetlony fragment „Survival of the Dead” – najnowszego filmu o wiadomej tematyce spod ręki George’a A. Romero. Amerykański twórca bardzo sobie ceni FrightFest i jego atmosferę, bardzo miło wspomina brytyjską premierę „Land of the Dead” na odeonowskim ekranie. W specjalnym nagraniu przepraszał, że nie może osobiście zaprezentować nowego materiału. Ale wracając do „Hierro” - od pewnego czasu mam nieprzyjemne wrażenie, że Hiszpania zamienia się w drugą Japonię taśmowo wypuszczając kolejne sprawnie nakręcone wariacje na temat ghost stories. Moje obawy były tym większe, że w katalogu festiwalowym obraz opisywany był strasznie bombastycznie. A to, że Juan Antonio Bayona i Juan Carlos Fresnadillo mieli zaszczyt dokonywać prezentacji filmu podczas tygodnia krytyków w Cannes; albo to że za jego produkcję są odpowiedzialni ludzie stojący za powstaniem „Pan’s Labyrinth”. To co zobaczyłem zaś, okazało się zupełnie przeciętnym mystery/ghost thrillerem z jednym z najbardziej przewidywalnych zwrotów akcji, jakie mogę sobie przypomnieć. Z tego typu historiami zawsze jest ten problem, że nawet jeśli sama fabuła jakoś specjalnie nie porywa, to wiadomo, że widza czeka zaskakujące rozwiązanie w finale. Czasami inteligentny zwrot akcji może unieść inaczej nijakie dzieło. Im dalej brnąłem w „Hierro” tym większe obawy miałem, że końcowy twist rozczaruje jak i cała reszta. I niestety nie pomyliłem się. Owszem, film jest fachowo nakręcony, zdjęcia niczego sobie, aktorsko również przyzwoity, ale nadal nie mogę się dopatrzeć sensu powstania tego dzieła. Nie poruszył we mnie żadnej struny, nie wzruszył, nie skłonił do zadumy – ot, przeleciało przed oczami 90 minut przeciętności. Tak w ramach ciekawostek należałoby wspomnieć, że reżyser pracował jako animator przy dwóch tytułach Álexa de la Iglesii – „Day of the Beast” i „Perdita Durango”.

Kolejny film w programie przerażał... czasem projekcji. „Millennium: The Girl with the Dragon Tattoo” trwa bowiem 150 minut. Na kino gatunku dwie i pół godziny to niezmiernie długo. Pocieszające było jedynie to, że fotele w Empire są o niebo wygodniejsze od tych w Odeonie (a tamte, z tego co słyszałem, to jak niebo i ziemia w porównaniu z Prince Charles Cinema) i jest sporo miejsca na nogi. Obawy okazały się nieuzasadnione, bo film zleciał w mgnieniu oka. Oparty na bestsellerowej serii książek, jest pierwszym z trylogii obrazów ukazujących przygody nieoczywistego duetu detektywistycznego – starzejącego się dziennikarza śledczego i młodej zbuntowanej hakerki z poważnymi aspołecznymi odchyłami. Opisywany przez organizatorów jako szwedzka próba zmierzenia się z giallo. To oczywiście bzdura – z giallo, a właściwie z „Blow Up” łączy „Millennium” fakt, że fabuła zasadza się na próbie rozszyfrowania ukrytych znaczeń zawartych na rodzinnych zdjęciach sprzed lat. Intryga jest przemyślnie i misternie skonstruowana, ale twórcy szczęśliwie oparli się pokusie mnożenia wątków, na co wskazywałby czas trwania. Wszystko ładnie się dopina, a widz nie czuje się przytłoczony nadmiarem informacji. Choć nie mający z horrorem nic wspólnego, szwedzki thriller został jednym z moich ulubionych filmów weekendu. Pozostałe filmy trylogii będą miały swoje premiery w nieodległej przyszłości (imdb podaje, że w tym roku), a ja zamówiłem oryginały książkowe, by móc porównać wizję pisarską z reżyserską.

Giallo, skoro już o nim wspomniałem... Ech... ostatni nadający się do oglądania film Argento nakręcił w 2001 roku (nie licząc ciekawych, bo innych epizodów „Masters of Horror”), a ostatni naprawdę dobry w 1987. Wiedziałem, że nowe dzieło twórcy „Suspirii” zbiera miażdżące recenzje. Sam Alan Jones przed projekcją lojalnie uprzedzał, że wszystkim, którzy będą tego potrzebować, po seansie będzie oferował w lobby słowa wsparcia i otuchy w ramach AA (Argento Anonymous). Nic mnie jednak nie przygotowało na zderzenie z „Giallo”! Jeśli ktoś ledwo zniósł „Mother of Tears”, to najnowszy film Argento przyprawi go o drgawki. Przede wszystkim nie mam zielonego pojęcia skąd taki tytuł (poza oczywiście chęcią odcinania kuponów od dawno przebrzmiałej sławy), skoro formalnie bliżej „Giallo” do poliziottesco niż do sławetnego debiutu reżysera. Morderca znany jest widzowi gdzieś od połowy fabuły, jeśli nie wcześniej, bohaterowie starają się go dopaść, a nie odkryć jego tożsamość. Ale to pewnie dałoby się przeżyć, gdyby nie kilka czynników. Przede wszystkim maniera z jaką mówi Żółty – Fulci w „New York Ripper” przynajmniej żarty sobie stroił i kpił, Argento mam wrażenie jest śmiertelnie poważny. Logika wydarzeń przedstawiona w tym filmie to jakaś kpina. Oczywiście, giallo jako gatunek słynęło z zawieszenia działania normalnych praw przyczynowo-skutkowych, upodabniania świata przedstawionego do relności sennej, ale działo się to w ramach określonej konwencji. I wszelkie ustępstwa w tym departamencie były równoważone atmosferą, klimatem lub wymyślnymi morderstwami. Tutaj mamy do czynienia z niczym nie równoważoną absurdalnością. Kompletnie nie mam pojęcia jakim cudem Emmanuelle Seigner, a tym bardziej Adrien Brody zgodzili się zagrać w tej celuloidowej katastrofie. Zwłaszcza, że dialogi jakie scenarzyści każą im prowadzić wywołują krwawienie uszu i salwy śmiechu (scena, która chyba najbardziej zapadła mi w pamięć – Avolfi opowiada o swoim dzieciństwie, zemście i tak dalej i kontekst w jakim padają słowa „zrozumiał to”). Swoją drogą troszkę zrozumiałem mechanizm jaki miał miejsce na Dniach Makabry, gdzie sala wyła ze śmiechu na każdym filmie, niezależnie od tego czy to, co działo się na ekranie faktycznie było tak kampowe czy nieporadne, że aż śmieszne. Jeśli człowiek nastawi się, że będzie oglądał kuriozalne dzieło, które na pewno będzie go śmieszyć, to śmieszyć go będzie byle co. I tak było w przypadku „Giallo”, choć na trochę innej zasadzie. Ja przynajmniej zasiadłem do projekcji z ogromną dozą dobrej woli, ale po którymś wreszcie katastrofalnym dialogu nie wytrzymałem i zacząłem się śmiać. I wpadłem w taki nastrój, że rozbawienie faktycznie wywoływało wszystko. Cała sala kinowa wiła się w spazmach. W pewnym momencie przyszło opamiętanie, że choć film jest tragiczny, to nie aż tak. Mimo to – zwyczajnie szkoda słów i szkoda reżysera, który dał światu „Profondo Rosso” i „Suspirię”.

Za to kolejny film ukoił skołatane nerwy i rozlał miód na serce spragnione dobrego horroru. „Trick 'r Treat” Michaela Dougherty’ego to przepiękna wizualnie halloweenowa antologia opowiastek z dreszczykiem. Co się rzuca w oczy od pierwszych minut to bajeczna kolorowość – nasycone, pełne kolory, które doskonale ewokują baśniowy nastrój i klimat. Reżyser chciał również oddać hołd filmom lat ’80 takim jak „The Goonies” i udało mu się to znakomicie. W jednej z głównych ról wystąpił Brian Cox, co powinno być dodatkową zachętą. Mnie osobiście urzekło, oprócz wizualiów, to, że w filmie brak jest nachalnej dydaktyki, którą często przesiąknięte są tego typu historyjki o komiksowym rodowodzie. Tutaj obyło się na szczęście bez niej. Świetna jest postać Sama Dyniogłowego (Sam the Pumpkin) – bardzo udanie łączy grozę z baśniowością. No i świetne użycie „Sweet Dreams” w filmie. Ten kawałek ma takiego kopa, że hej! Zdumiewa mnie decyzja Warnera, żeby ten film przeznaczyć wyłącznie do dystrybucji sklepowej z pominięciem kin. „Trick ‘r Treat” aż się prosi o seansy na dużym ekranie. Bo jak ktoś to celnie określił to „best Halloween movie since the original ‘Halloween’”. W każdym razie już niedługo premiera DVD, więc szykujcie pieniądze, bo naprawdę warto.

Z zeszłego roku pamiętałem, że „Tokyo Gore Police” udało mi się przetrwać i nawet nieźle bawić, choć nie jestem fanem takich splatter-festów. Planowałem się dobrze bawić i tym razem, tym bardziej, że Paul McEvoy przed projekcją mówił, że „Vampire Girl vs. Frankenstein Girl” ma szybsze tempo, krótszy czas trwania i ogólnie jest lepsze. Takie było lepsze, że chyba po pół godzinie się zawinąłem na miejscówkę. Przy czym ja nie skreślam tego filmu kompletnie, po prostu nie jestem docelowym odbiorcą tej filmowej zgrywy. Przede wszystkim, żeby dobrze się bawić na obrazie Nishimury i Tomomatsu trzeba być obcykanym w japońskiej popkulturze, żeby wyłapać nawiązania, smaczki i jawną szyderę (ok, jawną szyderę da się wychwycić i bez owej znajomości – wrist-cutting rally?). Bo, jeśli tak jak ja nie ma się pojęcia kim są ganguro, to grupka postaci w filmie, które chcą być bardziej czarnoskóre niż najczarniejsi mieszkańcy Afryki, będzie jawić się jako wrzucona w fabułę bez jakiegokolwiek ładu, składu, przyczyny i celu. Ale nawet jak się widz wyedukuje kto zacz, to jeszcze trzeba lubić humor godzien braci Wayans czy podobnych. No i oczywiście trzeba lubić krew lejącą się hektolitrami dla samego tylko jej widoku. To co w „Tokyo Gore Police” było przegięte, tutaj wyjaskrawione jest do ekstremum. W niemal musicalowych numerach krew sika na wszystkie strony w ilościach iście przemysłowych. A skoro akcja dzieje się w japońskiej szkole, to wszyscy fetyszyści szkolnych mundurków powinni być w siódmym niebie – bo „VG vs. FG” aż pulsuje od seksualnego napięcia w przedstawianiu bohaterek. Nie wiem, pewnie to znak, że stary się robię, ale jak już nadmieniłem – wyszedłem po pół godzinie (broń boże, żebym miał coś przeciwko uczennicom w krótkich spódniczkach! ;-) Wydaje mi się, że twórcy się nieco pogubili – w zalewie coraz bardziej ekstremalnych efektów specjalnych i litrach juchy, zapomnieli że dobrze by było, gdyby mieli jakąś historię do opowiedzenia. I żeby robili to w miarę sprawnie – film się ciągnie od jednego gagu do drugiego. Co nie znaczy, że nie będzie miał swoich fanów. Jak ktoś lubi kompletnie odczapistyczne, maksymalnie przegięte japońskie kino, będzie wniebowzięty. Ja się natomiast zastanawiam, czy to akurat dobry zwrot tamtejszej kinematografii – od długowłosych straszydeł w kierunku niewyobrażalnej rzeźni na wesoło.

Wyszedłem więc wcześniej z kina i dzięki temu udało mi się złapać trochę więcej snu. Ale i tak nie udało mi się wstać na brytyjską premierę „Dead Snow”. Co gorsza, już po wyjściu z metra na Leicester Square zorientowałem się, że zapomniałem zabrać wejściówki i tym sposobem przepadł mi film na który bardzo ostrzyłem sobie zęby, „The Human Centipede (First Sequence)”. To smoliście czarna komedia, która opowiada o szalonym chirurgu, który owładnięty jest ideą stworzenia ludzkiej stonogi. Czyli zszycia kilku osób tak, że zakończenie przewodu pokarmowego u jednej jest jednocześnie jego początkiem u następnej. Pomysł jest wystarczająco zwichrowany, żeby zainteresować, czyż nie? Film podzielił widzów – jedni docenili zwariowany zamysł (wedle słów reżysera operacje przedstawione w filmie są w 100% wiarygodne medycznie), inni jednak wskazywali na fakt, że poza pomysłem w „Human Centipede” nie ma wiele więcej. Mam nadzieję, że po seansach na festiwalach, ktoś podejmie się dystrybucji DVD, bo chciałbym samemu wyrobić sobie opinię.

Zdążyłem dopiero na „Coffin Rock” Ruperta Glassona. To bardzo dobry thriller o niezrównoważonym psychicznie chłopaku, który prześladuje Jess, kobietę z małej australijskiej wiochy. Ona nie może zajść w ciążę ze swoim mężem i w chwili rozpaczy i wzburzenia idzie z chłopakiem do łóżka (w tym wypadku zdaje się biurka). Będąca rezultatem ciąża to spory problem dla Jess. Przekonana, że ojcem jest Evan, nie wie jak obwieścić nowinę mężowi. Tymczasem domniemany ojciec zaczyna wprowadzać w życie plan, który ma na celu odebranie Robowi żony. Ten australijski film nie jest może zabójczo odkrywczy jeśli chodzi o rozwój fabuły, ale dzięki grze aktorskiej, szczególnie Sama Parsonsona w roli Evana, „Coffin Rock” zyskuje na klimacie i ciężarze.

Następny w kolejce był Adam Gierasch i nowa wersja „Night Of The Demons”. Po co, po jaką ciężką cholerę przerabiać knota z lat ’80 to nie mam pojęcia. Jedną z możliwych odpowiedzi jest taka, że nawet Gierasch (nie zapominajmy, że współscenarzysta tragicznej „Mother Of Tears”) nie byłby w stanie nakręcić filmu gorszego niż oryginał. Zdziwiłem się natomiast, kiedy reżyser na scenie stwierdził, że jest fanem oryginału. Że jak? Doprawdy nie pojmuję, jak komukolwiek może się podobać pozbawiony jakichkolwiek zalet film Kevina Tenney’a. Owszem jest tam trochę krwi, charakteryzacji demonów, która może od biedy uchodzić za niezłą (jak ktoś lubi kiczowy klimat lat ’80) i trochę golizny. Ale na Belzebuba! Gra aktorska leży i kwiczy, scenariusz to kpina, gołe damy raczej odstraszają, postaci są antypatyczne jak to tylko możliwe, a film jest nudny. Gierasch odpowiedział producentom, że chętnie wyreżyseruje nową wersję pod warunkiem, że pozwolą mu umieścić w fabule seks analny w wykonaniu demonów. Dostał zielone światło i taka scena faktycznie w nowym „Night Of The Demons” się znalazła. Reżyser powiedział również, że jego obraz to film jaki on sam chciałby obejrzeć, kiedy był nabuzowanym hormonami siedemnastolatkiem – jest głośna pankowa muzyka, gołe laski i krew. Ok, każdy robi swoje, ale kręcenie filmów pod nastolatków to niekoniecznie to, czego ja bym wymagał od reżysera horrorów. Niemniej jednak nową wersję ogląda się o niebo lepiej niż oryginał (o co jednak nietrudno). Jest trochę nieźle wykonanego gore, nieco seksu i golizny (ale nie wiem, czy jakoś szczególnie więcej niż w filmie z 1988 roku; na pewno jednak owe sceny są przyjemniejsze dla oka – kto pamięta straszydła z oryginału, ten wie o co chodzi) i w miarę niezłe tempo. I myślę, że Gierasch swój cel osiągnął – zrealizował wcale niezgorszy film dla małolatów. Ja jednak fanem reżysera raczej nie zostanę.

Odnośnie „Clive Barker’s Dread” miałem nieco mieszane odczucia. Raz, że w zeszłym roku „The Midnight Night Train” nie rzucił na kolana, dwa że „Book Of Blood” to podobno spory zawód, więc kolejny film na podstawie opowiadań angielskiego mistrza horroru nastrajał nieco sceptycznie. Niemniej jednak, film Anthony DiBlasi’ego to chyba najlepsza z dotychczasowych adaptacji. Przy czym mówię tu wyłącznie w kategoriach filmowych. Nie porównuję jakości przekładów z języka literackiego na filmowy, bo „Księgi krwi” miałem ostatni raz w rękach dawno temu. Swoją drogą, pewnie czas najwyższy przypomnieć sobie bezkompromisową krótką formę Barkera. Historia trzech studentów, którzy postanawiają w ramach projektu zaliczeniowego zrealizować dokument o ludzkich lękach, jest najeżona naprawdę chorymi pomysłami. Co mi nie podeszło w filmie to fakt, że momentami wymiana zdań między bohaterami straszliwie zgrzyta i jest drewniana. Brakuje jej naturalności i zamiast bohaterów akcji widz ogląda aktorów recytujących wyuczone kwestie.

Niedziela, dla mnie, nie należała do najbardziej udanych dni FrightFestu. Nie dość, że spóźniłem się na dwa pierwsze filmy, to jeszcze pod wieczór zaczęło mnie łamać jakieś choróbsko. Dylemat, czy leczyć się hot whisky czy lemsipem rozwiązałem kupując i ćwiartkę Teachersa jak i proszki. Postanowiłem podarować sobie ostatni film wieczoru - „Black” Pierre Laffargue, wedle słów organizatorów wypadkowa „Shaft in Africa” i „Cat People”. Mam nadzieję, że film będzie dostępny w dystrybucji DVD, gdyż zbiera całkiem niezłe recenzje. W ramach niespodzianki przed seansem John Landis prezentował znalezione niedawno u siebie w domu „making of” epickiego teledysku Thriller Michaela Jacksona. Niestety, ze względu na chorobę, również mnie ten pokaz ominął. Terapia złożona z lemsipu, ćwiartki whisky i butelki ginu zdała jednak rezultaty, gdyż poza morderczym kacem, który o mało nie rozłupał mi głowy, następnego dnia czułem się względnie dobrze. Tradycyjnie opuściłem poniedziałkowy Zombie Walk i pierwszy seans powiązany tematycznie z wydarzeniem, w tym roku było to „Zombie Women of Satan”.

Choć „The Roost” Ti Westa nie powalił mnie na kolana, to ciekaw byłem „The House of the Devil”, gdyż wydawało mi się, że reżyser ma potencjał. I to jaki! Nowy film Amerykanina to ociekająca nastrojem i suspensem historia studentki, która na jedną noc ma opiekować się starszą panią w domu położonym na odludziu. West przypomniał widozm przed projekcją, że w latach ’80 w USA panowała psychoza społeczna, nazwana „satanic panic”, która przejawiała się tym, że większość społeczeństwa wierzyła i obawiała się działających w kraju morderczych i zbrodniczych kultów satanistycznych, które miały popełniać najbardziej niewyobrażalne okrucieństwa w ramach swoich rytuałów. Wiadomo, że wyobraźnia masowa karmi się najdziwniejszymi obrazami, a twórca „Cabin Fever 2” zdołał w mistrzowski sposób przekuć dawne lęki na trzymającą w napięciu opowieść. Swoją drogą, Ti West to niesamowicie wygadany i sympatyczny człowiek, któremu usta się nie zamykają. Jak wszedł na scenę po projekcji tak nie mógł przestać gadać. A że opowiadał ciekawie i inteligentnie, słuchanie go było prawdziwą przyjemnością. A skoro już wspomniałem o „Cabin Fever 2” to kilka słów wyjaśnienia odnośnie kształtu tego sequelu do dzieła Eli Rotha, gdyż tej kwestii West poświęcił sporo czasu. Otóż to co będzie można zobaczyć na DVD to nie jest oryginalna wizja reżysera. Amerykanin zamierzył sobie stworzenie groteskowej splatter-komedii. Ale dystrybutor, w tym wypadku Lions Gate, miał zupełnie inną wizję. Do tego stopnia, że West nie brał udziału w finalnym montażu i to, co będzie dostępne na półkach sklepowych nie jest jego dziełem. Jak to reżyser stwierdził – „jeśli spodoba się wam ten film, to świetnie, ale to nie moja zasługa; jeśli po obejrzeniu go, stwierdzicie, że to knot, to przykro mi bardzo, ale to również nie moja wina”.

Renée Zellweger w horrorze? Oczywiście, przecież wszyscy widzieli „Dziennik Bridget Jones”! (no i „Texas Chainsaw Massacre: The Next Generation” ma na swoim koncie, ale z tego co pamiętam, to im ciszej o tym filmie tym lepiej). To się nie zapowiadało dobrze. Ale Christian Alvart, twórca przygnębiającego „Antibodies”, to twórca ciekawy, który potrafi nadać fabule osobiste piętno. I doprawdy nie rozumiem dlaczego Paramount skazał „Case 39” na dwa lata leżakowania na półce, zanim zdecydowano się na dystrybucję kinową. Bo nowy-stary film Niemca to bardzo przyzwoity mainstreamowy horror z gatunku „złowrogi dzieciak sieje terror i zniszczenie”. Jak nie przepadam za obrazami o szatańskich dzieciakach, tak ten oglądałem z umiarkowanym zainteresowaniem. Zwłaszcza, że jest w nim kilka zapadających w pamięć scen – próba spalenia żywcem dzieciaka w piekarniku, atak szerszeni czy scena w stołówce więziennej. Sama historia jest niezwykle mocno przewidywalna i nie ma co liczyć na niespodzianki czy odkrywanie nowych terenów. Począwszy od mało subtelnego imenia nadanego dziecięcej bohaterce (Lillith), przez kolejne zwroty akcji, aż po mało przekonujące zakończenie. A niektóre dialogi brzmią jakby żywcem wyjęte z „Giallo” Argento. Niemniej jednak, podoba mi się styl Alvarta, może niezbyt finezyjny, ale reżyser potrafi znanej historii nadać interesujący ton.

Alan Jones określił „Heartless” jako swój ulubiony tegoroczny film. Hmmm... Ja Jonesowi jako recenzentowi kompletnie nie wierzę i z reguły, kiedy autor „Profondo Argento” bardzo energicznie zachwala jakiś film, wiem, że na pewno przesadza i jego ocena nie będzie się pokrywac z moim gustem. A kiedy producenci filmu wychodzą na scenę i zachwalają obraz jako „nowy gatunek horroru”, wiadomo, że jest nienajlepiej. Niemniej jednak na nowy film Philipa Ridleya czekałem z niecierpliwością. Mając w pamięci niesamowity „Reflecting Skin”, miałem nadzieję, że choć trochę magii, talentu i głosu wewnętrznego dziecka udało się reżyserowi ocalić w swoim najnowszym filmie. I tak faktycznie jest. Historia Jamie’go, który gdzieś we wschodnim Londynie zawiera pakt z Szatanem, wśród wybuchających koktajli mołotowa rzucanych przez młodocianych zakapturzonych wyrostków, to jeden wielki zlepek klisz, zapożyczeń i przewidywalnych zwrotów akcji. Niemniej jednak ta mieszanka dark fantasy, społecznego realizmu, horroru, romansu i czego tam jeszcze na pewno przykuwa wzrok. Ridley ma bardzo smakowity styl wizualny, którym nadrabia brak oryginalności opowiadanej historii. W „Heartless” reżyser wyciągnął również bardzo dużo z aktorów. Jim Sturgess, Joseph Rawle czy mała dziewczynka grająca pomocnicę Papy B. Ciekawym zabiegiem jest również muzka napisana przez Ridleya z kimś do spółki (niestety pamięć i notatki zawodzą) – teksty utworów komentują wydarzenia na ekranie. Niektórym na pewno będzie przeszkadzać taka dosłowność i ilustracyjność, ale przy pierwszym seansie wydaje mi się to pomocne. Bo „Heartless” niewątpliwie należy obejrzeć co najmniej dwukrotnie, żeby wyrobić sobie pełny osąd. A skoro o aktorach mowa – Noel Clarke, którego bardzo lubię za „Kidulthood” i „Adulthood” – podczas Q&A po seansie nie przestawał wciąż zerkać na komórkę/blackberry/iPhona czy co tam trzymał w dłoni. Kiedy na forum internetowym podpiętym pod stronę festiwalu kilka osób wyraziło oburzenie taki zachowaniem, Clarke zaczął im ubliżać na twitterze. Wywiązała się nieprzyjemna wymiana zdań, a atmosfera zrobiła się nader kwaśna. Zamiast zwyczajnie powstrzymać się na 20 minut od klepania smsów, bądź zwyczajnie przeprosić za sprawdzanie wiadomości (ponoć syn aktora był chory i sprawdzał jak dzieciak się czuje) reżyser „Adulthood” wybrał mało wybredną konfrontację. Ech... Szkoda słów. Aha, Alan Jones powiedział w wywiadzie dla Zone Horror, że wszyscy płakali podczas premiery. Ciekawe kto, bo jakoś nie widziałem załzawionych oczu u współoglądaczy.

Ostatnim filmem dziesiątej edycji FrightFestu został wybrany „The Descent: Part 2”. Jon Harris wziął na swoje barki ogromnie odpowiedzialne zadanie – wyreżyserować kontynuację tak niesamowitego filmu jakim było „Zejście” Neila Marshalla to nie przelewki. Wydaje mi się, że wywiązał się z roboty w sposób co najmniej zadowalający. Publika reagowała na wydarzenia na ekranie nader żywiołowo, co zaskoczyło nawet samych organizatorów i być może twórców. Część druga jest nieco lżejsza w tonie, nie tak bezlitosna wobec widza – są miejsca na oddech i, o zgrozo!, śmiech. Co mi najbardziej przeszkadzało (oprócz zmiany zakończenia oryginału oczywiście), to założenie na którym opierał się sequel – że policja zmusi obolałą Sarah, która jeszcze nie wyszła z szoku do powrotu do jaskiń. Ale pomyślałem sobie – ok, trzeba przymknąć oko na taki zabieg, potem będzie już lepiej, klaustrofobiczny nastrój jaskiń pozwoli zapomnieć o idiotycznym pomyśle wyjściowym. Niestety postać szeryfa, choć może pasująca do wyobrażenia o przeciętnym horrorze, została irytująco napisana. I choć miał on irytować widza – bezdusznością i arogancją, to w moim odczuciu irytuje na meta-poziomie. Jak scenarzyści mogli uderzyć w taki schemat? Wspomniany już humor... Zupełnie niepotrzebnie, szczególnie, że nie jest on najwyższych lotów. Do diabła, to kontynuacja „Zejścia”, a nie jakiegoś młodzieżowego slashera. Zakończenie również dyskusyjne. Napisane na zasadzie „nieważne czy ma sens, ważne żeby zaskoczyć”. Mimo to film ogląda się nader przyjemnie. Nie ma może aż tak dusznego klimatu jak oryginał, ale krew leje się często, jest brutalnie no i crawlery dostają większe pole do popisu. Mimo zastrzeżeń, myślę, że „The Descent: Part 2” daje radę (choć oczywiście nakręcenie tego filmu było kompletnie niepotrzebne).

I na tym zakończył sie jublileuszowy FrightFest. Część publiki i organizatorzy ulokowali się pewnie w klubie Phoenix, ale ja stwierdziłem, że znikam się pakować, bo samolot do Polski miałem wściekle rano. Wspomnę jeszcze o krótkich metrażach. Na szczęście w tym roku były tylko trzy. „Deadwalkers” pokazywane w czwartek to zombie-western. „Paris by Night of the Living Dead” to historyjka młodej pary, która ślubuje miłość w opanowanym przez nieumarłych Paryżu. „The Sad Case” to opowiastka o emocjonalnych problemach walizki, która(y?) myśli, że jest przyczyną nieszczęśliwych wydarzeń, które są udziałem jej kolejnych właścicieli. Żaden z przedstawionych filmików nie zachwycił mnie, ani nawet nie podobał na tyle, żeby rozpisywać się o nich. Ot, niektóre oparte na ciekawszych, inne na mniej, pomysłach. Wykonane poprawnie, miejscami zabawne, ale ja po prostu nie kupuję krótkometrażówek. Dlatego decyzję o wywaleniu bloku szortów i pokazaniu tylko kilku uważam za wszech miar słuszną.

Tytułem podsumowania – dziesiąty FrightFest – jak było? Jak co roku – świetnie! Podczas tej edycji nie było może filmów, które by tak mnie skopały jak „Eden Lake” w zeszłym roku, czy „The Girl Next Door” dwie edycje temu. Niemniej jednak program był solidny. Zresztą FF to już uznana impreza – liczba światowych premier to niemal połowa wszystkich wyświetlanych tytułów, a to o czymś świadczy. Imprezę organizowaną przez Paula, Iana, Alana i Grega śmiało można wymieniać jednym tchem obok Fantasii czy Sitges. Przeprowadzka do Empire to strzał w dziesiątkę. Sala na ponad tysiąc osób i monstrualny ekran, do tego bardzo wygodne fotele i dużo miejsca na nogi, plus ciekawe filmy i masa wydarzeń towarzyszących i oto przepis na niesamowity i pełen wrażeń weekend. Discovery Screen to całkiem ciekawy pomysł. Ale dla mnie zupełnie nie zdał rezultatu. A to dlatego, że filmy na głównej sali były na tyle ciekawe, że zrezygnowałem tylko z jednego. W mniejszej sali działo się dużo ciekawych rzeczy – „Pontypool”, który zbiera bardzo pochlebne recenzje w prasie branżowej; „Colin” – film o zombie nakręcony za... 45 funtów; „Fragment” – austalijska wariacja na temat snuff i psychologicznego horroru; „Salvage” brytyjski horror nakręcony w ramach promocji Liverpoolu jako Europejskiej stolicy kultury 2008; „Best Worst Movie” – dokument o kinematograficznej katastrofie jaką jest „Troll 2”; „I Think We’re Alone Now” kolejny dokument, tym razem o obsesyjnych fanach gwiazdki lat ’80 – Tiffany. Część tych tytułów pewnie nie wypadła by zbyt dobrze na wielkim ekranie (szczególnie „Colin” czy dokumenty), ale większość z nich zapowiada się na tyle obiecująco, że również chciało się je obejrzeć. No, ale kiedy na głównym ekranie lecą takie rzeczy jak „Millennium” czy „Trick ‘r Treat” nie ma mowy, żeby zrezygnować z projekcji na dużej sali. W ramach dodatkowych atrakcji była muzyka na żywo. Wspomniany David Hess z gitarą akustyczną, jak również przed „Heartless” wykonane zostały dwa utwory ze ścieżki dźwiękowej. A śpiewał nie kto inny, jak Jim Sturgess, gwiazda filmu Ridleya. Były eksluzywne projekcje framentów „Survival Of The Dead”, „Splice” Vincenzo Natali’ego, był film z produkcji “Thrillera” Michaela Jacksona, był trailer do nowego filmu Adama “Hatchet” Greena – “Frozen”, był nieocenzurowany trailer do “Doriana Graya” oraz do “Wolfmana”. No i oczywiście Douche Brothers przygotowali kolejne pięć etiudek „Road to FrightFest”, tym razem osnute wokół motywów z „Amerykańskiego wilkołaka w Londynie”. Na chwilę obecną wszystkie filmiki są dostępne tylko na stronie FrightFestu, tutaj. Polecam!

Autor: grzEGOrz