Recenzja horroru
Dracula - One City One Book

Inicjatywa „Dublin: One City, One Book” to wspólne przedsięwzięcie dublińskiej rady miejskiej, miejskich bibliotek, Penguin Books, Sunday Tribune i Irish Blood Transfusion Service (nomen omen), mające na celu promocję czytelnictwa w stolicy Irlandii. W tym roku na promowaną książkę wybrano „Draculę” Brama Stokera. W ramach imprezy odbyło się wiele wystaw, warsztatów, projekcji i dyskusji. Miałem na przykład przyjemność uczestniczyć w udramatyzowanej inscenizacji ślubu Stokera z Florence Balcombe (byłą kobietą Oscara Wilde). Jednak największą gratką był dla dla mnie osobiście Gothic Film Weekend, który zaplanowano na 17-19 kwietnia w Irish Film Institute.
Najbardziej oczekiwanym przeze mnie wydarzeniem, był seans „Nosferatu, eine Symphonie des Grauens” F.W. Murnaua z muzyką na żywo, skomponowaną i wykonaną przez kolektyw 3epkano. Arcydzieło niemieckiego ekspresjonizmu wciąż pozostaje fascynującym filmem, otwartym na różnorodne interpretacje. Odrestaurowana kopia z dodanymi brakującymi planszami prezentowała się naprawdę znakomicie. Szczególnie pod koniec weekendu, po projekcji wszystkich filmów można było pokusić się o pewne porównania czy podsumowania. Moim zdaniem „Nosferatu” to najciekawszy z zaprezentowanych filmów, pełnym smaczków i niepokojących obrazów. I choć nie wywołuje w dzisiejszym widzu strachu, to jednak projekcji towarzyszy uczucie pewnego niepokoju, zagrożenia, niepewności. Jest to film najbardziej przemyślany i dopracowany pod względem technicznym, intelektualnie stymulujący, ze świetną charakteryzacją wampira. Oglądając arcydzieło Murnaua uświadomiłem sobie, że dla mnie, podobnie jak dla większości widzów na świecie, Max Schreck = Hrabia Orlock i nie potrafię sobie wyobrazić go w innej roli. A przecież był to aktor o całkiem pokaźnym dorobku filmowym. Zdjęcia znalezione w internecie ukazują ciekawą fizjonomię i spory potencjał do wykorzystania w kinie niemym. Wrażenie to zdają się potwierdzać sieciowe zasoby poświęcone Niemcowi. Od pewnego czasu popularne są projekcje niemych filmów z żywym akompaniamentem, co ma oddawać nastrój i warunki w jakich pierwotnie wyświetlano filmy przed wynalezieniem dźwięku. Ze swojej strony mogę tylko gorąco polecić wybranie się na tego typu seans i mieć nadzieję, że będzie mi dane obejrzeć brazylijską kopię „Metropolis” z żywym akompaniamentem.
Sobota rozpoczęła się seansem „Twilight”, ekranizacją bestsellerowej powieści Stephanie Meyer, w reżyserii Catherine Hardwicke („Thriteen”). Książki nie czytałem i raczej się nie skuszę, nawet z recenzenckiego obowiązku. Po pierwsze daleko mi do docelowego czytelnika autorki – rozemocjonowanych nastolatek zachwycających się Edwardem Cullenem. Po drugie, krytycy przeważnie nie zostawiają suchej nitki na pisarstwie Meyer. Stephen King wręcz powiedział (mówiąc o różnicy między J.K. Rowling a Meyer): „prawdziwa różnica jest taka, że Jo Rowling jest świetną pisarką, a Stephanie Meyer nie potrafi pisać. Ona nie jest zbyt dobra”. Wreszcie idea przemycania etyki mormońskiej pod płaszczykiem opowieści wampirycznej jest mi obca. Co ciekawe może być dla badaczy literatury, tropicieli przekształceń mitu wampirycznego w obrębie kultury masowej, mnie odrzuca. Ale na film postanowiłem się skusić. Trochę zrzedła mi mina, kiedy przed seansem „Nosferatu” dowiedziałem się, że „Zmierzch” jest zaplanowany jako pokaz typowo dla młodzieży z malowaniem twarzy, wystąpieniami członkiń fanklubu serii i pogadanką o wampirach włącznie. Ale bilety miałem już w ręku, poza tym postanowiłem pobawić się w obserwację uczestniczącą. Hol w IFI przywitał mnie plakatami z cytatami z filmu, pod salą kinową szczebiotała grupka dziewcząt, niektóre miały pomalowane twarze, inne koszulki z logo „Twilight”. Nie jest dobrze pomyślałem, ale raz kozie śmierć. Napiszę tylko tyle – widziałem, nie zasnąłem na projekcji, kilka razy rechotałem z co głupszych scen, ale najchętniej jak najszybciej chciałbym zapomnieć o seansie. „Zmierzch” to nudne, pretensjonalne, źle zagrane romansidło dla młodych siks. Postaci zaludniające ekran są jak wycięte z kartonu – brakuje im głębi, poczucia humoru, emocji. Mormońska reinterpretacja figury wampira, jako istoty, która robi wszystko, by powstrzymać swoje żądze na wodzy jest może ciekawa jako pomysł, ale wykonanie zabija wszelki potencjał. A już pomysł wampira-wegetarianina to kuriozum, które zasługuje na osobne obśmianie. Aż się prosi o zacytowanie Kazika, „co to za wegetarianin, co wpierdala schabowy?”. Przyznam szczerze, że ciężko mi zrozumieć fenomen powieści i filmu – pewnie dlatego, że hormonalny okres burzy i naporów mam już za sobą. Ale Bella, główna bohaterka filmu jest kompletnie nijaka – zarówno jeśli chodzi o charakterystykę jej postaci, jak i aktorkę odtwarzającą jej rolę. Może dlatego milionom fanek tak łatwo się z nią utożsamiać? Rozumiem, że a małej mieścinie do jakiej trafia Bella, pojawienie się nowej osoby może urastać do rangi wydarzenia, ale dlaczego taka cicha gąska robi taki szał w nowej szkole przekracza moje zdolności pojmowania. A już chemia między nią a Edwardem to zagadka z gatunku nierozwiązywalnych. Przypuszczalnie Meyer, a za nią Hardwicke, wzięła na warsztat najbardziej zgrane klisze z repertuaru teen dramas, dodatkowo wyżęła je z jakiejkolwiek treści i głębi i przemieniła w manifesty postaw. Mormoński agit-prop? Nie, dziękuję. Po filmie miała nastąpić dyskusja o ekranizacji i wampirach w ogólności, ale patrząc na salę, stwierdziłem, że czas najwyższy się ewakuować, bo nie mam zdrowia na wysłuchiwanie egzaltowanych panienek rozwodzących się nad pięknem Roberta Pattinsona.
Tym bardziej, że w sąsiedniej sali zaczynał się już „Dracula” Toda Browninga. „Children of the night, what music they make”, „I never drink... wine.” – te wersy powinien znać każdy miłośnik horroru. To kreacja Lugosiego zdefiniowała na bardzo długo postać Drakuli. Kiedy myślimy o demonicznym hrabim pierwszy obraz jaki przychodzi nam do głowy to właśnie interpretacja Lugosiego. Co ciekawe dla wielu młodszych widzów, takich którzy nie chowali się na amerykańskiej telewizji kablowej w latach ‘50 i ’60, oryginał może wcale nie być znany, ale parodiując najsłynniejszego wampira będą „mówić Lugosim”. W ramach rozprawiania się z popularnymi mitami warto wspomnieć, że choć nadal miał niesamowity akcent, najprawdopodobniej aktor władał językiem angielskim w stopniu komunikatywnym. Rozumiał więc, co mówi na planie. Swoich partii na pamięć uczył się, gdy grał hrabiego w broadwayowskiej sztuce Horace Liverighta. Sam film, mimo że należy do klasyki gatunku, nie powala na kolana. Browningowi lepiej wychodziły filmy nieme, w przypadku „Draculi” nie miał wystarczająco opanowanego warsztatu i co niestety widać. Warto porównać wizję twórcy „Freaks” z hiszpańskojęzyczną wersją filmu, kręconą w tych samych planach przez George’a Melforda. Niemniej jednak, nie padając na kolana przed obrazem Browninga, należy zauważyć, że tę wersję znać trzeba i kropka!
Odrestaurowaną wersję „Draculi” z 1958 roku miałem już przyjemność oglądać na dużym ekranie podczas Horrorthonu dwa lata temu. Początkowo więc zastanawiałem się, czy nieodpuścić sobie seansu. Ale skusiłem się i nie żałuję. O ile podczas poprzedniego seansu wydawało mi się, że obraz Terence Fishera postarzał się niezmiernie i w wielu momentach budzi śmiech, tak tym razem mogłem bardziej docenić uwspółcześnienie opowieści o morderczym hrabim i to, co jeszcze niedawno miałem za ramotę wywołującą śmiech, tym razem wydało mi się uzasadnioną historycznie konwencją i rewolucją w przedstawieniu filmowego Drakuli. Dzisiaj być może pierwsza odsłona hammerowskich zmagań ze słynnym krwiopijcą może wydawać się grzeczny i stonowany. Ale w latach ’50 to była prawdziwa rewolucja. Nieznacznie roznegliżowane kobiety, w Technicolorze – kilka dekad temu to robiło wrażenie i przyśpieszało bicie serca u mężczyzn. Fisher nie zawahał się również pokazać dosłowności zabijania wampira – z krwią tryskającą z rany. W Universalowskich filmach kamera uciekała od pokazywania, Hammer pokazał na srebrnym ekranie jak wbić kołek w obfity biust żeńskiego wampira.
Na niedzielny poranek zaplanowano dyskusję panelową poświęconą postaci Drakuli w świecie filmu. Za stołem zasiedli Sorcha Ni Fhlainn, doktorantka Trinity College w Dublinie specjalizująca się związkach postmodermizmu z horrorem; Kim Newman, pisarz i krytyk, którego mam nadzieję nie trzeba czytelnikom Danse Macabre przedstawiać; Paul Murray, dyplomata i autor biografii Stokera; Robert J.E. Simpson, historyk filmu specjalizujący się w produkcjach ze studia Hammer; oraz Brian J. Showers, autor „Literary Walking Tours of Gothic Dublin”. Dyskusja toczyła się wokół kilku głównych wątków – biografii Stokera i jej wpływu na kształt powieści; przemian którym podlegał obraz wampira na przestrzeni dekad; seksualności w filmach wampirycznych. Ze względu na wczesną porę słabo rejestrowałem jakie tezy padały z ust panelistów. Było oczywiście kilka ciekawych anegdot o Stokerze, który wedle współczesnych mu krytyków sztuki miał być zapamiętany przede wszystkim jako osobisty asystent aktora Henry Irvinga. Najbardziej jednak zapadła mi w pamięć obserwacja Kima Newmana, że wampir w kinematografii niezmiernie rzadko ma służyć budzeniu grozy. Jego głównym zadaniem jest funkcjonowanie w roli metafory. Metafory, pod którą można podstawić mnogość znaczeń, zależnie od okresu w jakim powstawał dany film biorący na warsztat wątki wampiryczne. Wydaje mi się to ciekawym punktem wyjścia do roważań nad wampirami w ogóle. Bo choć wampir jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci w ikonografii horroru, to uświadomienie sobie tego faktu, że rzadko kiedy wampirów się boimy, mnie przynajmniej zaskoczyło. Żałuję niezmiernie, że nie robiłem żadnych notatek podczas dyskusji, ani nie zaopatrzyłem się w dyktafon. Bo choć nie padły na sali żadne przełomowe i fundamentalne tezy, to dla potrzeb choćby tej relacji warto by zrekapitulować główne założenia i wnioski. Następnym razem nie omieszkam jakoś wspomóc swej pamięci.
Po dyskusji miał miejsce seans „Countess Dracula” Petera Sasdy’ego. Kolejny Hammer w programie i kolejny, który w kinie już widziałem (podczas mini retrospektywy Hammera na FrightFeście trzy lata temu), ale kiedy człowiek postawi sobie pytanie – obejrzeć jeszcze raz film z Ingrid Pitt czy nie obejrzeć, to odpowiedź jawi się jako oczywista. Aczkolwiek poza tym w dziele Sasdy’ego nie ma zbyt wiele. Ot film kostiumowy, ani straszny, ani krwawy, ani jakoś wielce interesujący. Na plus można zaliczyć to, że nie nuży – ogląda się go bez bólu, minuty mijają, tylko po seansie pozostaje niedosyt. Jasne, dobrze jest zobaczyć produkcję hammerowską na srebrnym ekranie, co może tępić krytycyzm, ale ponowny seans przynosi smutną konstatację, że nawet chcąc coś napisać o „Countess Dracula” trzeba mocno wysilać mózgownicę, bo film jest nijaki. Wampirów widz w nim nie uświadczy, a tytuł jest tylko zmyślnym zabiegiem marketingowym, który miał na celu zwabienie widzów do kina.
Kim Newman miał swoje drugie wejście podczas festiwalu. Po seansie z morderczą hrabiną, współautor „Horror: 100 Best Books” opowiadał o ekranowym inkarnacjach Drakuli. Z racji tego, że sporo czasu poświęcono najwcześniejszym chronologicznie obrazom i literackiemu pierwowzorowi, niezbyt dużo uwagi zostało poświęcone przekształceniom figury wampira w kinie od lat ’70. Szkoda, bo mnie akurat najbardziej interesują pogranicza, hybrydy, dziwactwa, zaskakujące fuzje.
Ostatnim filmem wyświetlanym w IFI był „Blacula” Williama Craina. Muszę przyznać, że po kino blacksploatacji nie sięgam zbyt często. Tym bardziej ciekawy byłem jak wygląda czarnoskóry Drakula. Historia afrykańskiego księcia Mamuwalde, który ukąszony przez Drakulę, zostaje uwięziony w zamku hrabiego, po to, by po latach wrócić do życia w Los Angeles, jest typowym przykładem niskobudżetowego kina lat ’70. Pomysł wyjściowy jest absurdalny, że aż zabawny (oto afrykański władca przybywa do Transylwanii, by negocjować abolicję handlu niewolnikami? Drakula okazuje się rasistą i seksistą w jednym?); scenariusz jest zlepkiem luźnych sekwencji, bez żadnych pretensji do jakiejkolwiek wiarygodności i logiki; sporo scen wywołuje autentyczne wybuchy śmiechu. Jest tu sporo kampowych momentów, które wywołają zadowolenie na twarzy konesera. A dla wielbicieli kina noir jest drobna rólka Elishy Cook Jr. Co najbardziej interesujące według mnie, to nieoczekiwany liryczny i poetycki wydźwięk filmu. Oto Mamuwalde, który w Tinie odnalazł swoją utraconą przed dwustu laty narzeczoną, nie mogąc pogodzić się z jej śmiercią, sam dobrowolnie wybiera zagładę w promieniach słońca. Taki obrót wydarzeń jest ciekawym przesunięciem akcentów w obrębie postaci wampira. Dotychczas widz miał do czynienia z wampirem – złem wcielonym, który dobrze czuje się w swojej roli, jest demoniczny i uwodzicielski lub odrażający lecz jednocześnie hipnotyzujący, nie czuje na karku kilku stuleci. Tutaj krwiopijca jest postacią tragiczną, bliższą monstrum Frankensteina, poszukującą miłości, skazaną na klęskę.
Jako dodatkową atrakcję na zakończenie wieczoru zaplanowano projekcję „Bram Stokers’ Dracula” F.F. Copolli na otwartym powietrzu. Niestety obowiązki nie pozwoliły mi wybrać się na seans.
Bardzo cieszą mnie takie inicjatywy. Przez trzy dni można było zapoznać się z lub odświeżyć klasyczne i mniej znane pozycje z nurtu wampirycznego. Ciekawie wypada ewolucja postaci Drakuli na srebrnym ekranie – od szczuropodobnego Schrecka, przez dukającego z dziwnym akcentem Lugosiego, po interpretację Christophera Lee. Przy takiej różnorodności ekranowych wcieleń wampira można tylko żałować, że program był tak skromny. Kim Newman w swojej prelekcji zdążył wspomnieć o kilku ciekawszych próbach – jak choćby „Deafula”, „Dragula” czy „Spermula”. Osobiście bardzo chętnie obejrzałbym w kinowej Sali „Vampyra” Dreyera. Niemniej jednak nie ma co narzekać, gdyż inicjatywa jest ze wszech miar godna pochwały.