Koniec zeszłego roku już dawno za nami i dlatego z pewnej perspektywy znowu postanowiliśmy ocenić co ciekawego działo się na polskim rynku wydawniczym. Innymi słowy, przed wami kolejne zestawienie „hity i kity 2008”. Jak zwykle ograniczyliśmy się tylko do tego, co zostało legalnie wydane u nas. Dlatego jest kilka filmów, które mogą wywołać zdziwienie. „Sleepless” Dario Argento należy na pewno do tych tytułów. Ale w naszym odczuciu należało uhonorować chyba ostatni nadający się do oglądania film Włocha. Z racji opóźnienia niektórych premier w stosunku do USA czy Europy Zachodniej, w zestawieniu znalazły się choćby „The Mist” i „I Am Legend”. Cóż, rynek mamy jaki mamy, ale chyba nie ma co narzekać.
Przeglądając bowiem podsumowania zamieszczone na różnych witrynach anglojęzycznych należy dojść do wniosku, że z horrorem na polskiej ziemi nie jest wcale tak źle. Swoje premiery miały niemal wszystkie najważniejsze tytuły zeszłego roku. I to nie tylko tytuły z Fabryki Snów, ale i najciekawsze obrazy ze starego kontynentu. Wśród nich zwycięzca naszego posumowania „[Rec]” i niesamowite „Let The Right One In”. Widzieliśmy na ekranach kin „Stuck” i, niestety, nowe dzieło Argento, nie zabrakło „Frontiere(s)”, oraz kolejnych dwóch odsłon przygód „Pana Piły” (nieustające pozdrowienia dla polskich tłumaczy i polityki dystrybutorów!). Nawet rodzima reprezentacja wystawiła tytuł, który dzielnie walczył o miejsce wśród wyróżnionej dziesiątki. Szkoda tylko, że dzieło Kuczeriszki zmagało się w kategorii „knoty”, niemniej jednak zajęło punktowane miejsce. Oprócz tytułów z górnej półki, ambitnych i ciekawych, sporo wychodzi u nas tandety i kina klas od d do p. Nie są to ilości oszałamiające, ale chyba na ten akurat fakt nie będziemy narzekać, czyż nie?
Co czeka nas w 2009? Perspektywy jak na razie wyglądają nieźle. Na pewno zobaczymy w kinach „Martyrs” i „Eden Lake”. Nie wiem czy cieszyć się z „Bloody Valentine 3D”, ale o tym trzeba przekonać się w kinie. Ten rok należeć będzie między innymi do Jasona Voorheesa, który już za dwa tygodnie zaatakuje amerykańskie multipleksy. Nad Wisłą trochę później, bo 27 marca. Z zapowiedzi kinowych warto czekać pewnie na „Koralinę” i przede wszystkim na „Watchmenów” (wiem, to trochę nie nasza działka, ale kto nie czeka na „Watchmenów” ten trąba!). Z półki z horrorami czeka nas „Nienarodzony” („Unborn”), remake „Wilkołaka” („Wolfman”) z Benicio Del Toro, „Nieproszeni goście” („The Uninvitied”) i jeszcze parę tytułów. Z USA zaatakują nas kolejne przeróbki, rimejki, restarty, reimaginations i jak je tam jeszcze zwać. Ale tym się nie martwmy. Jak pokazują festiwale filmowe na całym świecie, w filmowej grozie dzieje się wystarczająco dużo, żeby warto było czekać... Czego i Wam i sobie życzę! A teraz już 10 najlepszych i 10 najgorszych filmów, które miały swoją premierę w Polsce w zeszłym roku.
grzEGOrz
Najlepsza 10
[Rec]

([Rec])
reż. Jaume Balagueró, Paco Plaza
51 pkt.
Ostatnimi czasy można było zaobserwować wysyp filmów grozy w konwencji amatorskiego dokumentu. Swych sił próbował Romero w przegadanym i zbyt nadętym „Diary Of The Dead”. Monster movie, czyli „Cloverfield” był o niebo lepszy i jestem zaskoczony, że nie pojawił się w zestawieniu. Ale najciekawiej wypada dzieło duetu Jaume Balagueró i Paco Plaza. Kiedy pomysł „pierwszoosobowa kamera z ręki” bierze się sprawny reżyser, efekt jest o wiele ciekawszy niż bezładna bieganina po lesie à la „The Blair Witch Project”. Można się zżymać, że scenariusz jest niedopracowany, że postaci są jednowymiarowe, a i fabuła jakoś okrutnie oryginalna nie jest. Nie zmienia to jednak faktu, że „[Rec]” trzyma w napięciu. Rozbiegane kadry i ogólny chaos potęgują poczucie paniki. Autorzy serwują kilka wyśmienitych scen, przy których serce może z piersi wyskoczyć, ale potrafią również zbudować gęsty klimat (szczególnie w końcówce). Klaustrofobiczny nastrój, poczucie osaczenia i brak jakichkolwiek informacji co do natury zagrożenia potrafią udzielić się także widzowi. Bo o ile w temacie epidemii zombie nie pozostało do powiedzenia wiele jeśli chodzi o fabułę, to okazuje się, że formą można znakomicie ten podgatunek przewietrzyć i tchnąć w niego nieco życia. Zamiast filozofować w pretensjonalnym stylu niczym dziadek Romero, hiszpańscy reżyserowie postawili wrzucić widza w sam środek początku apokalipsy, pozwolić mu być jednym z uczestników wydarzeń. I to działa!
grzEGOrz
Pozwól mi wejść

Låt den rätte komma in
reż. Tomas Alfredson
38 pkt.
Mój osobisty faworyt roku 2008 – subtelna, poetycka, czuła, głęboka, wzruszająca i przyprawiająca o dreszcze opowieść o przyjaźni i akceptacji rodzącej się między introwertycznym dwunastolatkiem i androgynicznym wampirem. Dwie samotne dusze natykają się na siebie na przykrytym całunem śniegu placu zabaw. Na pierwszy rzut oka owa iskrząca intymność będąca dla obu postaci spoiwem wydaje się być odrealniona, gdyż platoniczny amorek Oskara nie jest ani człowiekiem, ani nie ma cech żeńskich. Czy zatem albinos nie szuka po prostu intymnego towarzystwa stanowiącego substytut dla obojętności egoistycznych rodziców i nie mniej apatycznego otoczenia? Kogoś, kto stanie się dla niego wybawicielem w tej lodowatej ciemności podmiejskiego osamotnienia? „Let the Right One In” przygniata widza melancholią introwertycznej egzystencji. Do tej pory jestem pod ogromnym wrażeniem subtelnej siły filmu Tomasa Alfredsona.
Embalmer
Mgła

The Mist
reż. Frank Darabont
30 pkt.
Ekranizacja znakomitej noweli Stefana Króla w wydaniu Franka „I made Shawshank Redemption” Darabonta, udowadnia, że stara szkoła nadal trzyma się mocno. „Mgła” to klasyczny B-movie, łączący najlepsze wzorce gatunku. Mamy więc Wielkie Zło czyhające we mgle, grupę ludzi zdanych wyłącznie na siebie i potwory rodem z opowiadań mistrza z Providence. Dzięki umiejętnościom reżysera, ta tradycyjna mieszanka sprawdza się znakomicie i do tego dostarcza paru niezapomnianych filmowych momentów („ważki” przylepiające się nocą do sklepowych szyb, czy Wielki Przedwieczny ;) w finale). Podczas gdy tradycyjna filmowa groza wydaje się być w odwrocie, „Mgła” jest najlepszym przykładem powrotu do sprawdzonych recept gatunku w ostatnich latach. Nie ma tu żadnych twistów, przełamywania tabu, nurzania się w eksploatacji ani zabawy w paradokument – jest za to czysta fantastyka grozy w najlepszym tego słowa znaczeniu. Oby takiego kina więcej.
Mort
Reguła

W Delta Z
reż. Tom Shankland
29 pkt.
Utrzymana w klimacie filmu noir opowieść o parze detektywów policyjnych, na tropie seryjnego mordercy. Na bazie tego zużytego schematu Tom Shankland buduje znakomitą, ponurą i nihilistyczną opowieść ,udowadniając jednocześnie, że nie trzeba dysponować dużym budżetem, żeby zrobić dobry film grozy. „W Delta Z” klimatem przepełnionym przemocą, zepsuciem i perwersją najbardziej przypomina twórczość Clive’a Barkera z czasów „Ksiąg krwi”. Choć zbliżony do nurtu torture porn rozstawia po kątach mainstreamowe „Piły” i „Hostele”. Nie jest to jedynie krwawa rozrywka lecz poruszający i inteligentny obraz, ucieleśniający nietzscheańską zasadę ścisłego dostosowania formy komunikatu do jego treści. Każdy element filmu, od znakomitych, mrocznych zdjęć po znakomitą grę aktorską, stanowi wehikuł dla ponurego, zaklętego w naukowej formule przesłania odzierającego człowieka z całej jego szlachetności i godności.
Raziel
Przed burzą

Storm Warning
reż. Jamie Blanks
26 pkt.
Mając w pamięci dwa nader kiepskie teen slashery Jamiego Blanksa „Urban Legend” i „Valentine” z obawą zasiadłem do „Storm Warning”. Jak się okazało niepotrzebnie. Brutalny i ekscytujący survival Australijczyka wprasował mnie w fotel. Młoda para yuppies podróżując po bezdrożach australijskiej prowincji wpada w ręce trójki sadystycznych hodowców marichuany. Weteran gatunku, scenarzysta Everett DeRoche („Razorback”, „Long Weekend”, „Road Games”) napisał scenariusz do „Przed burzą” trzydzieści lat temu i dopiero niedawno Blanks przeniósł go na ekran. Uczynił to bezkompromisowo z wprawą kreując nastrój bezustannego zagrożenia przesycony soczystą dawką krwi i przemocy. I choć w filmie Blanksa nie ma za grosz oryginalności ogląda się go wybornie, bo przecież potłuczona butelka potrafi sprawić wiele grzesznej przyjemności.
Embalmer
Utkwiony

Stuck
reż. Stuart Gordon
25 pkt.
Społeczeństwo amerykańskie chyli się nad przepaścią i nieodwołalnie zmierza ku samozagładzie. Seans „Stuck”, nowej filmowej perły Stuarta Gordona, nie nastraja do optymistycznych wniosków. Oto pod samochód młodej pielęgniarki, pnącej się po szczeblach szpitalnej hierarchii, wpada bezdomny. Na swoje nieszczęście utkwi na przedniej szybie, a sanitariuszka zrobi wszystko, byle tylko mężczyzna nie uzyskał pomocy. Gordon błyskotliwie łączy konwencję horroru z ostrzem społecznej krytyki i ironią godną braci Coen, zręcznie unikając przy tym pretensji czy „kina z tezą” i proponując w zamian czystą groteskę, która okazuje się jedynym remedium na absurdy rzeczywistości. Bezlitośnie szydzi przy tym z Amerykanów i ich kultu liberalnych wartości, które nijak się mają do społecznych realiów. „Utkwiony” to kino celowo przerysowane (scena z psem!), chropawe (niedbała telewizyjna forma), rozbijające konwencje (świetny końcowy anty-happy end) i przy tym wściekle nonkonformistyczne. Podczas gdy papcio Romero od kilkudziesięciu lat kręci jeden i ten sam film z cyklu „… of the Dead” (z części na część dzieła to coraz bardziej wysilone i nadęte), a Darek popełnił artystyczne harakiri finalną odsłoną trylogii o Trzech Matkach, to przeszło 60-letni Stuart Gordon od paru lat przeżywa autentyczny renesans w karierze. „Stuck” to nie tylko rewelacja Horror Festiwalu 2008, ale przy tym jeden z najlepszych filmów mijającego roku.
flagg
Nieznajomi

The Strangers
reż. Bryan Bertino
22 pkt.
Przeciwnicy „The Strangers” Bryana Bertino zarzucają debiutującemu reżyserowi, że jego film ma scenariusz, który tylko powiela pewne wcześniej wykorzystane pomysły i motywy. No bo czy jest coś wielce oryginalnego w historii o najściu na odseparowany od świata domek letniskowy i to jeszcze przez ludzi w maskach? Może i nic, ale to nie zmienia faktu, że jest to film, który widz ogląda naprawdę siedząc na skraju fotela, ciesząc się mimochodem, że samemu nie znajduje się w podobnej sytuacji co bohaterowie. Od momentu, kiedy nieznajomi po raz pierwszy zuchwale załomocą w drzwi reżyser daje doskonały pokaz, jak powinien wyglądać trzymający w napięciu obraz. Dzięki doskonałemu wykorzystaniu ciszy Bertino tworzy olbrzymi ładunek suspensu, który co jakiś czas przerywa szybkim cięciem autentycznej grozy. Daje to świetny efekt i wraz z klaustrofobiczną atmosferą zagrożenia oraz solidnymi kreacjami aktorskimi stanowi o prawdziwej potęga tego niezwykle udanego filmu.
Mort
Sierociniec

El Orfanato
reż. Juan Antonio Bayona
22 pkt.
7 statuetek Goi, prawo do reprezentowania Hiszpanii w walce o Oscary dla filmu nie-anglojęzycznego oraz deszcz innych nagród i nominacji. Dorobek „Sierocińca” jest naprawdę imponujący, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę, że horrory są z reguły pomijane w walce o prestiżowe wyróżnienia. Ale nie dlatego warto się z filmem zapoznać. „El Orfanato” to przede wszystkim doskonale nakręcona, podszyta nieco dramatem, klimatyczna historia z przepięknymi zdjęciami, kilkoma mrożącymi krew w żyłach scenami oraz na długo zapadającym w pamięć dzieciakiem w charakterystycznym worku na głowie. Jednym zdaniem: opowieść o duchach w najlepszym wydaniu, którą każdy szanujący się fan grozy musi znać. Guillermo del Toro, który zajął się produkcją filmu Juana Antonio Bayony, dobrze wiedział co robi.
Mort
Bezsenność

Non Ho Sonno
reż. Dario Argento
21 pkt.
Miniony rok był dla fanów Dario Argento szczególnie radosny – stacja Ale kino! przypomniała (choć w okrojonej wersji) kilka sztandarowych dzieł reżysera, a w kinach pokazano jego najnowszy film „Matka Łez”, który to tytuł zamknął wreszcie po blisko 30 latach legendarną trylogię, zainspirowaną m.in. lekturą pism „Wyznania angielskiego opiumisty” Thomasa de Quincey’a, szczególnie zaś częścią„Suspiria de profundis” (przypomnimy, że pozostałe tytuły to „Suspiria” i „Inferno”). To, czy „Matka Łez” zaspokoiła oczekiwania fanów, pozostaje sprawą dyskusyjną – w odpowiednim miejscu naszego zestawienia dowiecie się, co redakcja DM przez to rozumie.
Jednak na szczególną uwagę zasługuje wydanie „Bezsenności” na DVD – jest to pierwszy kinowy film Dario, jaki wyszedł w Polsce na ulubionym przez nas nośniku.
„Bezsenność”, która w cywilizowanym świecie weszła na ekrany w 2001 r. (sic! A u nas wcale!), ukazała się po 3 latach milczenia Argento po tragicznie złym „Il fantasma dell’ opera”. Reżyser postanowił wrócić do opanowanej przez siebie po mistrzowsku formuły giallo. Zatrudnił też sprawdzonych współpracowników – Ronniego Taylora, którego zdjęcia w „Il fantasma...” akurat były jedną z najlepszych stron tego knota, Sergio Stivalettiego, legendarnego speca od efektów specjalnych oraz zespół Goblins, na czele z Claudio Simonettim, którego muzyka współtworzyła sukces najlepszych dzieł Dario. Taki team okazał się strzałem w dziesiątkę, podobnie, jak decyzja o obsadzeniu w roli tracącego pamięć, emerytowanego policjanta, Maxa von Sydowa, ulubionego aktora Ingmara Bergmana. Pełna pułapek fabuła, dotycząca śledztwa w sprawie tajemniczych i brutalnych morderstw, świetne sceny tychże oraz rewelacyjna ścieżka dźwiękowa sprawiają, iż „Bezsenność” to świadectwo powrotu do formy włoskiego mistrza grozy, i choć nie jest to może dzieło na miarę „Ptaka o kryształowym upierzeniu” czy „Głębokiej czerwieni”, to i tak stanowi krwisty kawał dobrej roboty.
Kamikadze
Czarna Owca

Black Sheep
reż. Jonathan King
16 pkt.
Połączenie komedii i horroru w znakomitej większości przypadków nie daje dobrych rezultatów, co zdaje się potwierdzać biologiczna zasadę, że hybrydy z reguły są bezpłodne. „Black Sheep” Jonathana Kinga jest cennym wyjątkiem od tej reguły. Lekki, przyzwoicie zrealizowany film, pełen absurdalnego humoru i dowcipnych odwołań do klasyki horroru. Nie jest to oczywiście film pozbawiony wad. Poziom gagów jest naprawdę zróżnicowany, zniżając się czasem do żenującego poziomu. Nie wszystkim też może odpowiadać silnie wyczuwalny w klimacie filmu duch twórczości Petera Jacksona. Jednakże mimo swoich wad „Black Sheep” jest filmem udanym, zapewniającym widzowi dużo dobrej rozrywki i błyszczy na tle innych mieszanek horroru i komedii, które zaserwowano polskiemu widzowi w 2008 roku.
Raziel
Najgorsza 10
Czarodziej Gore

Wizard of Gore
reż. Jeremy Kasten
35 pkt.
Remake klasycznego filmu gore Herschella Gordona Lewisa z 1970 roku przytłacza oglądającego nudą. Ekscentryczny magik Montag Wspaniały wystawia na scenie makabryczne spektakle, w czasie których obficie leje się krew. Tuż po nich młodziutkie aktorki zaczynają ginąć w niejasnych okolicznościach... Pamiętny z „Friday the 13th: The Final Chapter” Crispin Glover w kolejnej szalonej roli. Szkoda, że fabuła filmu nie trzyma się kupy, a niektóre wątki nie mają sensu bądź prowadzą do nikąd. Makabryczna iluzja szybko przemienia się w stan głębokiej konfuzji. Miałki horror, którego od katastrofy nie ratuje spora dawka gore i golizny.
Embalmer
Piła 5

Saw 5
reż. David Hackl
29 pkt.
Perypetie Jigsawa i spółki po raz kolejny lądują w naszym zestawieniu po stronie knotów, a jednak publika tłumnie wali na kolejne odsłony serii. Z kim więc jest coś nie tak? Nikomu nie ubliżając, ale te filmy są zwyczajnie złe. Zmiana reżysera jest kompletnie niezauważalna. Bo „Saw” to cykl, który rządzi się ściśle określonymi prawami, rozwiązania fabularne są ściśle skodyfikowane i jak na razie nie zanosi się, na żadne innowacje. O ile jeszcze można oglądać kolejne filmy jako „guilty pleasure”, nie wgłębiając się w pseudofilozoficzną podbudowę (czy wręcz wyśmiewając ją szyderczo), to piąta część zwyczajnie nudzi. Poza jedną dość smakowitą sceną żywcem z Poe’go wziętą, nawet kolejne pułapki nie są w stanie wynagrodzić czasu spędzonego w kinie. Uproszczenie akcji , rezygnacja z zaburzenia linearności fabuły, które czyniło kolejne odcinki sagi wręcz nieczytelnymi podczas pierwszego seansu na rzecz zwykłego kryminału sprawiło, że „Saw V” zostało boleśnie obnażone w swej marności. Pozbawiona efektu „nie wiem co się dzieje, ale przynajmniej jest rzeź” wywoływanego przez nadludzkie wysiłki scenarzystów w gmatwaniu fabuły, „Saw” jawi się jeszcze dobitniej tym czym jest – głupiutkim i nudnym filmem. Po prostu. Formuła nagłego zwrotu akcji w ostatnich minutach filmu wyczerpała się już dawno, końcowy twist wywołuje jedynie ziewnięcie. Jedyne co wydaje mi się ciekawe w tej części to intrygująca aktualność. Otóż wspólną winą ofiar tej odsłony jest przekręt na rynku nieruchomości. Jigsaw mszczący się za kryzys subprime? ;-)
grzEGOrz
Zdarzenie

The Happening
reż. M. Night Shyamalan
24 pkt.
Mój absolutny faworyt do uberszrota roku. Jestem niezmiernie zawiedziony, że nowy obraz Shyamalana dostał jedynie brązowy medal. Próbując zrozumieć jego powodzenie i wpływy kasowe przedarłem się przez tonę recenzji w sieci i nadal nie pojmuję. Niemal wszystko w tym filmie jest koszmarne – pomysł jest ok, zdjęcia też dają radę, kilka scen pobudza wydzielanie adrenaliny i szokuje (przy czym, musiałem dopiero przypomnieć sobie o tych scenach czytając pochwalne recenzje, bo dla mnie utonęły w morzu beznadziei wylewającej się z ekranu). Niektórzy próbują argumentować, że począwszy od pomysłu, przez aktorstwo, a na dialogach skończywszy to hołd Hindusa dla kina sf z lat 50. Nie ma takiej opcji. Fabularnie „Zdarzenie” to klasyczny Shyamalan – wszystkie wątki, które obecne są w każdym jego filmie – rodzina w kryzysie, walka ze słabościami w obliczu zagrożenia i tak dalej. Przewijają się te same motywy, które charakteryzują twórczość autora „Signs”. Tylko ów autor kompletnie utracił kontakt z rzeczywistością, bo mało prawdopodobnym jest, by nagle zaczął wyśmiewać te wartości, o których mówił w swoich poprzednich dziełach. Więc rozmowy z plastikowym kwiatem, bełkotliwe frazesy wygłaszane przez bohaterów i kompletny chaos scenariuszowy to fuszerka, a nie hołd dla starego kina fantastyczno-naukowego.
grzEGOrz
Dying God

Dying God
reż. Fabrice Lambot
22 pkt.
Gdybym tylko wiedział, jak bardzo zły jest ten film, prawdopodobnie nigdy nie zdecydowałbym się zasiąść w kinie, aby go obejrzeć. Ale tak się niestety złożyło, że mój numer 1 na najgorszy horror roku 2008 obejrzałem w ramach drugiej edycji Horrorfestiwalu. Jest czego żałować, bo to po prostu kompletna strata czasu. Nie dajcie się zwieść sloganom, że to pierwszy argentyński horror pokazywany w Polsce. Zamiast tego spróbujcie sobie wyobrazić niskobudżetowego gniota, w którym pochodzący z kosmosu zielony potwór gwałci na śmierć ofiary swoim gigantycznym fallusem. Dodajcie do tego absolutnie beznadziejne aktorstwo, żenującą charakteryzację, bezmyślne dialogi, katastrofalną reżyserię, fatalne zdjęcia i trochę zupełnie obojętnej dla widza nagości. A teraz pomyślcie, że to wszystko zostało kręcone na poważnie i bez cienia jakiejkolwiek autoironii. Jeżeli jesteście w stanie to zrobić, to już wiecie czemu nie będziecie chcieli obejrzeć tego filmu.
Mort
Jestem Legendą

I am Legend
reż. Francis Lawrence
20 pkt.
Do pewnego momentu adaptację Mathesona ogląda się bardzo przyjemnie. Przez pierwsze pół godziny, kiedy Will Smith, tym razem jako „ostatni człowiek na ziemi”, samotnie włóczy po Nowym Jorku, „Jestem legendą” sprawdza się jako zwiastun „kameralnego kina postapokaliptycznego”. Niestety od momentu, w którym na ekranie pojawiają się plastikowe Gollumy pozorujące wampiry z literackiego oryginału, zaczyna wiać sztampą i tandetą. I pewnie „Jestem legendą” nie trafiłby na listę 10 kitów roku, kiczowatych produkcyjniaków nigdy nie za wiele, gdyby nie ostatnie pół godziny, które nie tylko zadusiły filmowy klimat, ale też wprowadziły niepotrzebny zwrot w konwencji. Całość wieńczy do tego pean na cześć ludzkiej wiary i nadziei z dzwonami w tle. Nic dodać, nic ująć – cały Matheson…
flagg
Frontière(s)

Frontiere(s)
reż. Xavier Gens
19 pkt.
Obecność tego tytułu na liście najgorszych może wywołać zdziwione uniesienie brwi u niektórych czytelników. Okrzyczany jednym z najbrutalniejszych filmów ostatnich lat, francuski shocker zbierał przecież bardzo pozytywne recenzje w prasie i internecie. Nie szukając daleko, Embalmer na łamach Danse Macabre wystawił dość wysoką. Skąd więc mocna pozycja po stronie rozczarowań? W moim odczuciu najważniejszym zarzutem jaki można postawić filmowi Gensa, jest porażająca wręcz wtórność. To przecież tak naprawdę „The Texas Chainsaw Massacre” we francuskim sosie. Co z tego, że sceny gore naprawdę robią wrażenie, skoro widzowi cały czas towarzyszy uczucie déjà vu? Owszem, reżyser próbował nadać swojemu dziełu głębszy wymiar. Tyle tylko, że podstawienie nazistów-kanibali w miejsce kanibali z Teksasu wypada śmiesznie (szczególnie mówiący po niemiecku nestor rodu). Ale to jeszcze pół biedy. Krwiożerczy pogrobowcy Hitlera to całkiem niezły pomysł na kino eksploatacji (niejednokrotnie wykorzystywany zresztą). Jednak próba nadania na siłę głębszych podtekstów poprzez osadzenie akcji na tle zamieszek w podparyskich przedmieściach sprawia, że należy się mocno zastanowić nad pretensjonalnością nowej fali francuskiego horroru. Kino grozy jest świetnym ujściem dla podskórnych lęków społecznych. Ale najlepiej robi to w sposób aluzyjny, a nie kładąc widzowi tezy łopatą do głowy.
grzEGOrz
Dzień umarłych

Day of the Dead
reż. Steve Miner
18 pkt.
Biegające sprintem CGI-zombies. Szybkie jak błyskawica. Poruszające się po ścianach i sufitach niczym komiksowy Spiderman. Udające martwych. W końcu umarłych nie dotyczy prawo grawitacji. Nabierają siły i prędkości, kiedy zostają zarażone tajemniczym wirusem. Za życia będąc wegetarianinem nie ma ryzyka, że po śmierci zombie zasmakuje w ludzkim mięsie. „Day of the Dead” poraża kretyńskim scenariuszem, kiepską grą aktorską (tutaj szczególnie bryluje Nick Cannon) i beznadziejnymi dialogami. Bzdura do n-tej potęgi. Sugeruję omijać z daleka.
Embalmer
Kwarantanna

Quarantine
reż. John Erick Dowdle
16 pkt.
Myślę sobie, że kiedy Hollywood bierze się za kopiowanie cudzych pomysłów i trzaska kolejne przeróbki starych i nowych filmów to jeszcze pół biedy. Pół biedy jeśli kopiują jak leci, bo z reguły materiał wyjściowy jest na tyle dobry, że nawet mechaniczne powtarzanie ujęć i „jump scares” nie zdoła zabić wszystkich atutów fabuły. Najczęściej dotychczas było również tak, że od premiery oryginału do remake’u upływało kilka lat, w pamięci zacierały się szczegóły i seans nowej wersji miał choć odrobinę sensu. Ale to co zrobili spece od marktetingu z Fabryki Snów z „[Rec]” to najzwyklejsze skurwysyństwo. „Kwarantanna” to amerykańska wersja hiszpańskiego filmu, kręcona na podstawie tego samego scenopisu, która premierę w USA miała przed wydaniem dzieła Balaguero i Plazy. Sam obraz jest co najmniej poprawnym horrorem, z uproszczoną nieco fabułą i podkręconymi krwawymi scenami. Ale filozofia stojąca za powstaniem tego filmu wywołuje we mnie głęboki sprzeciw. Dlatego miejsce wśród kitów.
grzEGOrz
Tunel

Otoshimono
reż. Takeshi Furusawa
16 pkt.
Mimo, że jestem wielkim wielbicielem azjatyckiego kina grozy, również i ja mam granice tolerancji. Powtarzalność motywów i zabiegów realizacyjnych zupełnie mi nie przeszkadza, póki film jest przerażający i ładnie nakręcony. A tak się składa, że „Tunel” jest akurat całkowicie pozbawiony atmosfery grozy i mało atrakcyjny wizualnie. A do tego płytki, banalny i nudny, co czyni go jeszcze bardziej ciężkim w odbiorze. Widziałem wiele gorszych filmów, ale nie jestem już w stanie zaakceptować kolejnej typowej historyjki o duchach podanej w taki sposób. Dlatego też „Tunel” znalazł się w czołówce moich typów na kity roku 2008. Swoją drogą, nawet nie wiedziałem, jakim byłem szczęściarzem, że ominął mnie ten seans na Horrorfestiwalu w 2007 r. Tyle, że gdyby nie to, nie miałbym w swojej kolekcji wydania DVD, na którym dystrybutor umieścił doskonałe hasełko reklamowe „Tunel – bilet do piekła”…
Mort
Pora mroku

Pora mroku
reż. Grzegorz Kuczeriszka
14 pkt.
„Czy ma jakikolwiek sens wyliczanie błędów popełnionych w filmie Kuczeriszki, biorąc pod uwagę, że kolokwialnie rzecz ujmując, nic tu się nie trzyma kupy? To trochę tak, jakby ktoś dokonując obdukcji szwajcarskiego sera, starał się udowodnić, że rzeczony ser posiada dziury.”
flagg
Piła 4

Saw 4
reż. Darren Lynn Bousman
14 pkt.
„Piła IV”, czyli „Hit Me Jigsaw One More Time”! Niestety o jeden raz za dużo… Po udanej (mimo pseudofilozoficznego moralizowania) części III, która wyczerpała możliwości serii w zakresie eksploatowania przemocy i pomysłowych murder scenes, część IV sięgnęła niestety „Piłowego” dna. Na ekranie dominują niekończące się retrospekcje z udziałem Pana Piły, który wzorem wschodnich mistrzów debatuje nad naturą dobra i zła. Nudę potęgują pozbawione inwencji murder scenes, równie subwersywne jak odcinek „C.S.I.” puszczany w prime-time’ie. Ogółem nie warto zawracać sobie głowy.
flagg
Autor: Redakcja DM