Recenzja horroru

Relacja: Horrorfestiwal 2008
Array

Wtorek – 21 października 2008


Wczesnym rankiem tuż po przebudzeniu towarzyszyło mi uczucie nerwowego wyczekiwania. Toż to pierwszy dzień festiwalu! Wtorek to niefortunny termin na jego rozpoczęcie (normalny dzień pracy), także nie spodziewałem się pokaźnej frekwencji na sali numer 5 poznańskiego Multikina 51 i w tym względzie moje przewidywania okazały się prorocze. Piątka licząca 497 miejsc siedzących nie była zapełniona nawet w połowie, niemniej najwierniejsi fani horroru pojawili się i cierpliwie czekali na rozpoczęcie festwialu. W kinie stawiłem się przed godziną 19 i szybko wyszedłem z budynku oczekując z papierosem w łapie na nadejście Zombie Grindera. Kiedy kolega się zjawił, dołączył do nas rόwnież mistrz ceremonii Lobo ubrany w czerwony sweterek Freddy’ego Kruegera. Na nim spoczywała rola konferansjera imprezy, ja robiłem zdjęcia. Lobo z werwą zapowiedział pierwszy prezentowany film – „Pop Skull” (2007) Adama Wingarda. Przed projekcją nie czytałem o tym horrorze absolutnie nic, także moje oczekiwania wobec niego nie były wygόrowane. Padły jednak nazwiska Lyncha i van Santa rozbudzając we mnie płomień ciekawości. Szybko niestety zduszony...

Teoretycznie „Pop Skull” powinien przypaść do gustu wszystkim nieszczęśnikom, co przeżyli bądź przeżywają zawόd miłosny. Ja taki przeżyłem w ostatnim miesiącu wakacji i... bόl przez pewien czas był nie do zniesienia. Czas leczy rany, pytania się mnożą, a odpowiedzi na nie uparcie nie ma... Nieistotne. Samotność zawsze jest cieniem każdego człowieka... Daniel traci dziewczynę bez ktόrej nie potrafi żyć. Zerwała z nim dla innego chłopaka – aktora imieniem Victor. Rozczarowany życiem młodzieniec zatraca się w narkotycznych omamach. Jego postrzeganie rzeczywiści rozmywa się w koszmarnych halucynacjach i widzeniach zjaw... Ludzkie uczucia potrafią być mylące i zwykle takie są... Problem tkwi w tym, że „Pop Skull” jest filmem ciężkostrawnym, męczącym i ździebko pretensjonalnym. Eksperymentalne kino, w ktόrym niedosyt grozy idzie ręka w rękę z przerostem formy nad treścią. Na plus wiarygodne aktorstwo Lane’a Hughesa, niezła ścieżka dźwiękowa (jeden kawałek zapachniał mi Neurosis) i koszulka Pig Destroyer (dobra kapela!), w ktόrej paraduje przyjaciel Daniela. Reakcja publiczności nader spokojna, być może co poniektόrzy przysypiali znudzeni... Nikt się nie śmiał, ani nie krzyczał ze strachu... Po projekcji „Pop Skull” naszła mnie pewna ogόlna refleksja: świat, w ktόrym żyję roi się od ludzi tak samo jak ja zdolnych do rozczarowań i autodestrukcji. I w tym tkwi prawdziwy horror...

Po projekcji 10-minutowa przerwa na papierosa i przyjrzenie się publiczności. Dominuje młodzież, osόb po trzydziestce zaledwie kilka. Jest także para słynnych poznańskich kinomanόw w starszym wieku, ale oni są na każdej premierze. Wśród widowni wypatrzyłem kilku długowłosych metalowcόw, osoby z subkultury gotyckiej, itd. Sporo przedstawicielek płci pięknej przewijało się przed moimi oczyma.

Koniec przerwy i kolejna mistrzowska zapowiedź Lobo. Jako drugi z prezentowanych filmόw leci „Los Cronocrimenes” (2007) Nacho Vigalondo – debiut reżyserski Hiszpana traktujący o niefortunnej podrόży w czasie pewnego mężczyzny o wojerystycznych skłonnościach. Hector, bo o nim tutaj mowa, zagapia się przez lornetkę na nagą dziewczynę w lesie, rusza na jej poszukiwania i zostaje zaatakowany nożyczkami przez tajemniczego osobnika z twarzą owiniętą bandażem. Schronienie znajduje w pobliskim laboratorium, po czym cofa się o kilka godzin w czasie... Horror z „Time Crimes” żaden, choć zamaskowany osobnik chowający się za drzewami może sugerować co innego. Film w sztafażu science-fiction, przesycony humorem, ktόrego największym atutem jest inteligentny scenariusz. Paradoksalnie coraz bardziej skomplikowana historia wcale nie jest skomplikowana. Znakomity Karra Elajalde w niekonwencjonalnej roli Hectora, piękna Barbara Goenaga jako uwodzicielska rowerzystka i ironiczne zakończenie. Pyszna zabawa w stylu serialowej „Strefy mroku”. David Cronenberg podobno planuje remake, a publiczność poznańskiego Multikina 51 reaguje w kilku momentach żywiołowym śmiechem, tudzież gromkimi brawami po zakończeniu seansu. Po filmie żegnam się z Jakubem i ruszamy z Lobo do domu niecierpliwie wyczekując środowego pokazu „Suspirii” na kinowym ekranie.


(Embalmer)


Środa – 22 października 2008


Na samo wspomnienie tego, co się działo w ramach Horrorfestiwalu w roku ubiegłym na mojej twarzy pojawia się szeroki uśmiech. Poprzednim razem pojechałem bowiem na cały weekend do Poznania, gdzie filmy oglądałem w towarzystwie zarówno kumpli z DM, jak i chłopaków z Animal Attack oraz sympatycznych dziewczyn, które postanowiły dotrzymać nam towarzystwa przez te kilka dni. Oprócz samych seansów, można było pogadać o filmach, wychylić kilka piw w miejscowej knajpie i objadać się niezdrowym jedzeniem. Niestety tegoroczny program festiwalu, który rozciągał imprezę również na dni pracy, wyeliminował mnie z jakichkolwiek wojaży poza granice Warszawy. Stąd filmy prezentowane na Horrorfestwalu 2008 zmuszony byłem oglądać na ekranie kina w Złotych Tarasach. Nie lubię zbytnio tam chodzić, bo jest to miejsce schadzek lansującej się emo-młodzieży i innych grup młodych ludzi szlajających się bez celu po całym centrum handlowym. Czego się jednak nie robi…. Podobnie jak i pierwszego dnia, na wtorkowe i środowe projekcje udałem się w towarzystwie Buio Omegi, którego nie widziałem już od dłuższego czasu. Był to więc jeden z największych plusów tego, że musiałem zostać na miejscu. Kto wie, czy nie największy plus samej imprezy w ogóle…

Według informacji organizatorów to właśnie seanse filmów Argento, obok wieczoru z Panem Piłą (sic!), cieszyły się największym powodzeniem wśród publiczności tegorocznej edycji Horrorfestiwalu. I nie ma się czemu dziwić, w końcu włoski reżyser to żywa legenda gatunku, choć jego blask ostatnimi laty gaśnie w zastraszającym tempie. Mimo tego, jego wkład w historię horroru i giallo jest absolutnie niepodważalny i muszą to przyznać nawet jego obecni krytycy zawiedzeni poziomem jego najnowszych produkcji. Na szczęście twórcy festiwalu stanęli na wysokości zadania i przygotowali dla fanów horroru prawdziwą gratkę. W ramach pokazu pozakonkursowego zdecydowali się pokazać jedno z jego najlepszych dzieł, mianowicie niesamowitą „Suspirię”. Było to chyba największe zaskoczenie tegorocznego festiwalu, a dla mnie osobiście największa atrakcja edycji 2008, ponieważ obraz ten uważam za niekwestionowane arcydzieło gatunku i swój ulubiony horror w ogóle. Drugi seans tego wieczoru, czyli polska premiera trzeciej części Trylogii o Trzech Matkach, której wyczekiwałem z obawą, ale i z olbrzymim zainteresowaniem przesądził, że był to w moich oczach jeden z dwóch (obok soboty ze „Stuck” i „Mulberry Street”) dni festiwalu, na które najbardziej ostrzyłem sobie zęby. Pewne zdziwienie może budzić fakt, że w zestawieniu zabrakło środkowej części trylogii („Inferno”), co zdecydowanie podniosłoby rangę tego wydarzenia, ale z drugiej strony nie można też wiecznie szukać dziury w całym i narzekać. W końcu obejrzenie „Suspirii” w kinie to marzenie niejednego fana horroru. Oczekiwania jak widać przeogromne, satysfakcja niestety bardzo umiarkowana.

I aż smutno pisać, że dotyczyło to obu filmów. A chodzi mi rzecz jasna przede wszystkim o „Suspirię”. Wszedłem na salę kinową podekscytowany seansem jak prawie nigdy wcześniej, a gęba cieszyła mi się od ucha do ucha. Zasiadłem, wpatrywałem się jak zahipnotyzowany w ekran i wyczekiwałem, kiedy w końcu się zacznie. Pierwsze dźwięki, które popłynęły z ekranu wbiły mi się głęboko w uszy, oderwały mnie od rzeczywistości… Niestety na dość krótką chwilę, bo wyczekiwany wyidealizowny przekaz nabrał niespodziewanie niepokojących rys. Rys, które jak się miało okazać ciągnęły się przez cały seans, zniekształcając przepiękną wizję Argento, deformując film w sposób haniebny i niemożliwy do zaakceptowania, przynajmniej przeze mnie. Wielkie dzieło, w którym pierwszorzędną rolę gra obraz, dźwięk i klimat, zostało tych atrybutów pozbawiony w iście bezwzględny sposób. Jak bowiem zachwycać się pięknymi i brutalnymi zarazem wizjami oferowanymi przez Argento, kiedy jakoś kopii jest fatalna – nieostry obraz, wyblakłe kolory. A jeśli nie da się dostrzec chociażby wspaniałej kolorystyki, to co tu mówić o tych wszystkich smaczkach, które zapełniają cały film? Wszystkiemu towarzyszył brudny, miejscami nieczytelny dźwięk, raz głośniejszy, raz cichszy, który psuł fenomenalną ścieżkę dźwiękową grupy Goblin. Jakby tego było mało, na ekranie przewijały się wyjątkowo niekompetentnie przetłumaczone dialogi, co było niestety cechą charakterystyczną całego festiwalu. Tyle, że przy okazji filmu Włocha przybrało to naprawdę straszną formę. Gdzieniegdzie widać było ewidentne braki językowe, ale nie to było dla mnie największym problemem. Najbardziej rażące były pomyłki dotyczące imion i postaci, na czele z Matką Ogromu, jak nazwał „Mother of Sighs” jakiś najwyraźniej nie pozbawiony wyobraźni człowiek. Niby nic, a jednak wyjątkowo drażniło, zresztą nie tylko mnie. Rozumiem, że tłumacze zajmując się większym tekstem dzielą go na części i każdy tłumaczy swoją, ale ktoś to musi później złożyć do kupy. Bo tak wyglądało to naprawdę źle.

Tyle że nawet gdyby wszystko było perfekcyjnie, nie wiem czy publiczność zmieniłaby swoją ocenę filmu Argento. Najwyraźniej większość widzów po prostu nie kupiła stylu jego filmów, oczekując… Sam nie wiem czego, bo trudno mi jest spojrzeć na to obiektywnym okiem. Śmiechy, które pojawiły się na sali najdobitniej świadczyły o tym, że nie wszyscy uznali jego film za coś wyjątkowego, zupełnie odmiennego od standardowego horroru. Siedzący koło mnie wytatuowany widz co chwila zresztą powtarzał sobie po cichu jakieś pełne rozczarowania i niedowierzania komentarze dotyczące filmu. Widocznie spodziewał się jakiegoś protoplasty „Piły”… Wobec tych wszystkich technicznych niedociągnięć i reakcji publiczności w niektórych momentach czar kina Argento prysł, co najbardziej odczuli ci, którym film się podobał. Podejrzewam, że w takich okolicznościach nie mogli niestety poczuć całej towarzyszącej filmowi magii. Natomiast Ci, którzy znali go wcześniej wyszli jak sądzę, mimo wszystko, dość rozczarowani…

… by niestety wejść na seans, który okazał się jeszcze bardziej rozczarowujący. Osobiście bardzo liczyłem na powrót Argento do wielkiego stylu, który niestety wraz z wiekiem zaczął gdzieś bezpowrotnie znikać. Wszelkie negatywne recenzje, które czytałem o „Matce Łez”, a była ich większość, nie nastrajały optymistycznie. Niemniej zawsze kieruję się zasadą, że aby ocenić trzeba obejrzeć. I nie jest to pierwszy raz, kiedy pożałowałem swojego konsekwentnego przestrzegania tej reguły. Jedynie początek jest naprawdę godny uwagi: intrygujące wprowadzenie oraz brutalne i krwawe morderstwo, w którym kobieta zostaje uduszona własnymi jelitami zapowiada powrót starego, dobrego Dario. Można przez chwilę pomyśleć, że reżyser jednak nie zapomniał jak się kręci porządny horror. Ale to wrażenie staje się coraz słabsze wraz z kolejnymi minutami, w których poza dość licznymi scenami gore, niewiele ciekawego się dzieje. Kolejne kadry migają przed oczami, ale wszystko pogrążą się w chaosie i miernocie, czego dostatecznym dowodem są kiczowate efekty CGI w scenach z duchami. A widz odnosi wrażenie, że Argento coraz bardziej i bardziej szuka… samego siebie. Takie próby można było zauważyć już wcześniej, ale tutaj są wyraźnie widoczne. Łatwo bowiem zauważyć, że reżyser się wypalił, miota się bez celu w ramach gatunkowych konwencji, ale nie ma kompletnie pomysłu co ma z nimi zrobić. A liczne bardzo bezpośrednie nawiązania do jego wcześniejszych dzieł, na czele w „Phenomena”, wcale mu w tym nie pomagają. Efektem tego jest niedopracowany, dość mizerny i mało atrakcyjny film, w którym próżno szukać choć błysku dawnego geniuszu. Szkoda, że „Matka Łez” stała się jedynie formalnym zakończeniem trylogii, a nie prawdziwym zwieńczeniem fascynującej opowieści i zarazem ukoronowaniem twórczości wielkiego reżysera, na miano którego Argento zapracował sobie - taki z tego smutny wniosek - wiele lat temu. Kuriozalny finał filmu jest tego przykrym potwierdzeniem.

Chwała organizatorom za decyzję o zaprezentowaniu twórczości Argento, choć były to dwa różne oblicza reżysera: to najlepsze i niestety to gorsze. Oklaski przede wszystkim za włączenie do zestawienia „Suspirii”, choć za jakość filmu należą się dwa kciuki w dół. Cieszę się, że dane mi było obejrzeć oba filmy w kinie, choć przyznaje, że ze Złotych Tarasów wychodziłem z uczuciem sporego zawodu.


(Mort)


Czwartek – 23 października 2008


Pierwszym seansem tego dnia była nieskobudżetowa opowieść o wilkołakach, dość tandetna i nudna, obfitująca w kilka rzekomo brutalnych ataków pojawiającej się znikąd bestii, film pozbawiony praktycznie jakiegokolwiek napięcia i grozy. Niedostatki warsztatowe i realizacyjne, od których roi się w „The Feeding”, twórcy starają się skrzętnie ukryć pod sporą dawką dość głupkowatego humoru oraz w oparach mgły, która zazwyczaj spowija atakującego potwora. O ile dowcipy rzadko były dla mnie zabawne, o tyle próby zakamuflowania taniej charakteryzacji budziły już mimowolny uśmiech na twarzy. Trzeba jednak napisać, że publika festiwalu, mimo że świadoma niskiego poziomu produkcji, co potwierdzały liczne komentarze w trakcie i po seansie, przyjęła go, o dziwo, całkiem znośnie. Jak się okazało widzowie podeszli do „Żeru” z dużym dystansem i szybko przystosowali się do zaproponowanej przed twórców formuły. Odebrali film Paula Moore’a jako kolejny obraz klasy C, który należy potraktować z przymrużeniem oka i przy którym pozostaje się tylko dobrze bawić. Inaczej się bowiem nie da, bo „The Feeding” jest po prostu bardzo złym filmem. Niemniej jednak wspólne oglądanie i porykiwanie ze śmiechu z podobnych filmów zdecydowanie sprzyja dobrej atmosferze festiwalu. Tyle że organizatorzy najwyraźniej zapomnieli, że to nie jest przegląd najgorszych filmów o wilkołakach, tylko impreza z ambicjami, której ideą jest „przedstawienie najciekawszych osiągnięć horroru ostatnich lat.”

Ale najgorsze miało dopiero nadejść. Chwytliwe hasło reklamujące „Dying God” jako pierwszy argentyński horror pokazywany w Polsce w moim przypadku padło na podatny grunt. Obejrzeć taki rarytas to jest naprawdę coś! Kilka szybkich kliknięć w Internecie i mój entuzjazm natychmiast został ostudzony. Praktycznie wszystkie recenzje zapowiadały istną katastrofę, co było dla mnie sygnałem ostrzegawczym z czym można mieć do czynienia. Po raz kolejny podczas tego festiwalu uznałem, że nie warto kierować się opiniami innych i należy samemu zapoznać się z filmem i po raz kolejny tego żałowałem… „Odrodzone zło” było w istocie tym, przed czym przestrzegano potencjalnego widza w licznych recenzjach – koszmarnym gniotem, którego nic nie ratuje i nic nie usprawiedliwia. To obraz ze wszech miar nie nadający się do oglądania i tylko hobbystyczne zboczenie pozwoliło mi wysiedzieć do końca seansu. Kulawa fabuła, bezmyślne dialogi, kiepskie wykonanie, koszmarne aktorstwo, tandetny potwór… A w to wszystko uwikłany poruszający się na wózku Lance Hendriksen, który wyglądał jakby pomylił plany filmowe i przez przypadek znalazł się tam, gdzie nie trzeba. Dla przybliżenia jak bardzo negatywnie ów film zachował się w mojej pamięci, niechaj świadczy fakt, że wybrałem go w naszym redakcyjnym podsumowaniu na najgorszy horror 2008 r. Nigdy jednak nie zapomnę reakcji siedzącego koło mnie Buio, który okazał się, podobnie jak i większość publiki, prawdziwym człowiekiem ze spiżu. Po jednej z niewiarygodnie głupich scen, odwróciłem się w jego stronę, na co on, patrząc nieprzerwanie w ekran, zdołał tylko potrząsnąć głową i zmarszczyć czoło, co oznaczało mniej więcej tyle co: „Nie, nie… Mnie się nie pytaj”…

Ten dzień był chyba najbardziej rozczarowujący. Jeśli pomyśleć, że zamiast zastępczych pozycji w postaci „The Feeding” i „Dying God” można było obejrzeć „Blood River” i „Jack Brooks Monster Slayer” to aż chce się wyć z rozpaczy. Wydaje się też, że organizatorzy powinni być lepiej przygotowani na pewne nieoczekiwane ruchy programowe i w razie podbramkowych sytuacji uzupełniać braki pozycjami, które zadowoliłyby fanów grozy. Zastępowanie nieźle zapowiadających się tytułów dość marnymi filmami, dokooptowanymi naprędce i praktycznie bez jakiejkolwiek weryfikacji ich jakości, nie stawia w dobrym świetle całej imprezy. To, że niektóre filmy czasami wypadają z zestawienia jest normalne i zdarza się właściwie na każdym, nawet największym, festiwalu. Tyle, że na takie sytuacje trzeba być przygotowanym i mieć w zanadrzu dobrą alternatywę. W przypadku Horrorfestiwalu 2008 tego niestety zabrakło. Pozostaje nadzieja, że podczas kolejnej edycji, w którą szczerze wierzę, uda się wyeliminować ewentualne błędy.


(Mort)


Piątek – 24 października 2008


Na Horror Festiwal nie przyciągnęła widzów ani „Suspiria” Dario Argento, ani intrygujący thriller o podróżach w czasie Nacho Vigalondo. Nic to towarzystwo nie miało do zdziałania w konkurencji z Panem Piłą (pozdrowienia dla polskich tłumaczy)… Po paru dniach festiwalowej posuchy frekwencyjnej w Krakowie, w piątek publika stawiła się nadzwyczaj licznie na dwa wieczorne pokazy. A prawdę mówiąc na jeden pokaz – to „Piła V” okazała się bezwzględnym hitem tegorocznej edycji.

Można owszem zasugerować, że to raczej skutek weekendowego wieczoru (swoją drogą podobne wnioski mogłyby zainspirować organizatorów do nieco rozważniejszego ułożenia harmonogramu w roku przyszłym), ale też nie należy się specjalnie łudzić. Kolega Jigsaw sprowadzający błądzących na prawą drogę i ratujący ludzkie życia, okazał się dla organizatorów strzałem w dziesiątkę, ustrzegając ich tym samym przed totalną klapą, której widmo jeszcze w czwartek wisiało nad całą krakowską odsłoną festiwalu. I jak się miało paradoksalnie okazać, „Piła V” - pewny kandydat na miano knota HF 2008, wcale nie odstawała jakościowo od większości tegorocznych tytułów, co nie świadczy najlepiej o poziomie programu.

Tymczasem znacznie większą atrakcją wydawał się pierwszy seans piątkowego wieczoru, czyli „Czarodziej Gore” („Wizard of Gore”), remake eponimicznego filmu H. G. Lewisa sprzed niemal 40 lat. Choć dla większości festiwalowych widzów zgromadzonych w Multikinie był to tylko przedsmak przed odcinkiem ulubionej telenoweli (rodzaj wydłużonego do przeszło 90 minut bloku reklamowego), to niewątpliwie „Czarodziej Gore” Jeremy’ego Kastena na papierze prezentował się o wiele ciekawiej od piątej już części sagi „Piła”. Przede wszystkim dzięki naprawdę znamienitej obsadzie, jaką zgromadził na planie Kasten (znany również jako autor zacnego „Attic Expeditions”). W nowej wersji „Czarodzieja…” pojawiają się nazwiska, których nie wypada przedstawiać, m.in. Jeffrey Combs, Brad Dourif, Bijou Philips i mój prywatny faworyt Crispin Glover, nie zapominając o paru Suicide Girls – ich akurat wkład jest co prawda skromny, ale jakże przyjemny dla oka. Można było zatem oczekiwać kampowej zgrywy obficie czerpiącej z tradycji grand-guignolu i przyzwoitej rozrywki.

Niestety, opowieść o dziennikarzu, który organizuje prywatne śledztwo w sprawie iluzjonisty dokonującego na scenie symulowanych zbrodni striptizerek werbowanych z nocnego klubu, bawi wyłącznie przez pierwsze pół godziny, a później zbacza w stronę manierycznego thrillera paranoicznego. Zwrot konwencji niefortunny, biorąc pod uwagę, że początek z ekscentrycznymi występami Czarodzieja Gore – Montaga (świetna kreacja Glovera) i efektownymi murder scenes z udziałem półnagich Suicide Girls przykuwał uwagę. Niestety z każdą minutą klimat filmu robi się coraz cięższy, a miejsce krwawego show zajmuje nieinteresująca fabuła, oparta w dużej mierze na rozbudowanych ponad miarę dialogach. Można by jeszcze zaakceptować historię o popadającym w narkotykową psychozę bohaterze, gdyby nie nazbyt sztywny i wygładzony Kid Pardue, który nie wypada dobrze w głównej roli dziennikarza, stopniowo przestającego odróżniać fikcję od rzeczywistości. Wybór obsadowy nietrafiony, podobnie jak wykorzystanie „luźnej” kompozycji kadru (jej ofiarą padło mniej więcej 80 procent ujęć), która rzekomo miała służyć wytworzeniu atmosfery paranoi. W rezultacie od pewnego momentu oglądanie „Czarodzieja Gore” staje się prawdziwą męczarnią, której asystowanie nie przynosi żadnej satysfakcji. Kolejne zwroty akcji nie robiły na mnie najmniejszego wrażenia, a ostatnie pół godziny metrażu obejrzałem w stanie letargu. Uczciwie trzeba jednak nagrodzić twórców za próbę utrzymania filmu w klimacie późnych lat 50. (scenografia i kostiumy) oraz za oryginalne aktorskie epizody (Jeffrey Combs, nie do poznania). Niewielka to jednak rekompensata, stąd z prawdziwą ulgą przyjąłem widok napisów końcowych – znak, że „Czarodzieja Gore” nadszedł koniec i czas na kolejny odcinek przygód Jigsawa!

Choć Pan Piła pożegnał się ze światem w finale części trzeciej, to zawczasu zadbał o to, żebyśmy się nie nudzili przez najbliższe lata na Halloween. Armia następców Jigsawa czeka tylko w pogotowiu, podobnie jak i pułapki, które ten jeszcze przed śmiercią zastawił na kolejne ofiary. A wszystko to dzięki nieograniczonej inwencji scenarzystów, którzy robią wszystko, by utrzymać przy życiu serię, z której dawno uszły siły. Jak dotąd skutecznie, jeśli spojrzeć na wyniki w box-officie, jednak prognozy nie rokują najlepiej.

Można bowiem stwierdzić, że „Piła V” jest filmem lepszym od „Piły IV” (przede wszystkim nie razi już tak bardzo nadęty pseudo-filozoficzny bełkot), a nawet, że da się ją obejrzeć bez większego bólu, jednak trudno to poczytywać za zaletę – najnowsza „Piła” nie różni się od przeciętnego odcinka telewizyjnego serialu kryminalnego niczym, nie licząc paru dodatków gore. A nawet tych kilka krwawych momentów nie wzbudzi większego entuzjazmu amatorów świeżej posoki – jest to najbardziej wstrzemięźliwy odłam serii.

Pozostaje zatem „Piła V” ultra-konwencjonalną opowiastką sfilmowaną bez polotu i mechanicznie powielającą doskonale już opatrzone schematy (od szybkich panoram 360 stopni, po końcowy plot twist ze znanym tematem muzycznym w tle). Nic co by miało nas zaskoczyć. I choć duet scenarzystów Patrick Melton i Marcus Dunstan usilnie stara się wprowadzić element suspensu (jak głosi tagline: „nie uwierzycie, jak to się skończy”), to zapomina, że sukces pierwszej „Piły” zapewniła oryginalność i świeżość skryptu Wana i Whannella. Trudno mówić o jakiejkolwiek świeżości, w sytuacji w której piąty epizod grzęźnie w dialogowych mieliznach i mnożonych do znudzenia flashbackach (mamy nawet podwójną retrospekcję), które może przypominają nam, że seria ta miała kiedyś lepsze dni, ale niewiele ponad to wnoszą. W rezultacie film Davida Hackla, dyrektora artystycznego trzech poprzednich części, nawet bez moralizatorskiego nadbagażu jest produktem po prostu ciężkostrawnym. Chwilami nawet zabawnym (Tobin Bell instruujący Costasa „nie nadaję się na gwiazdę filmów grozy” Mandylora: „patrz dalej. Jeszcze się nie nauczyłeś”), ale najczęściej tylko patetycznym.

Na szczęście po „Gore’owo”/„Piłowym” wieczorku, w którym brakowało gore, a sama piła okazała się mocno skorodowana, można było szybko zapomnieć… Sobotnie pokazy rzutem na taśmę uratowały festiwal od repertuarowego blamażu.


(flagg)


Sobota – 25 października 2008


Wszystko ma swόj początek i koniec. Święte słowa. Sobotni wieczόr zwiastował pożegnanie z Horror Festiwalem 2008, lecz programowo zapowiadał się najlepiej. Wprawdzie publika nie stawiła się tak licznie, jak w piątek, ale w końcu „Saw V” musi zobaczyć każdy szanujący się fan horroru w Polsce. Zadziwia mnie, jak wielu wielbicieli ma ta mierna seria, w ktόrej schemat goni schemat, a moralizowanie Jigsawa wzbudza pusty śmiech. Jak zwykle przyszedłem do kina punktualnie, dołączyli do mnie Kuba, Osama i dwie urocze Karoliny i hajda na salę obserwować Lobo w akcji. Nasz redaktor wywołał do konkursu ośmiu śmiałkόw z widowni. Padły pytania o ulubiony horror i odpowiedzi w stylu „Silent Hill” (dwukrotne) i „Braindead” (scena z kosiarką do trawy jako narzędziem do koszenia zombies wymiata!). Kojot zapowiada pierwszy film... „Mulberry Street” (2006) Jima Mickle.

Zainfekowane nieznanym wirusem szczury zarażają nowojorczykόw. Ugryzieni pechowcy transformują się w spragnione krwi szczuropodobne kreatury. Grupka mieszkańcόw kamienicy przy Mulberry Street na Manhattanie, ktόrym przewodzi oczekujący przyjazdu cόrki z Iraku były bokser Clutch (Nick Damaci) jest zmuszona podjąć zwierzęcą walkę o przetrwanie. „Mulberry Street” to esencja niezależnego kina grozy – obsada złożona z przyjaciόł i krewnych reżysera, grających za darmo, brak pozwolenia władz na filmowanie pośrodku zatłoczonych ulic Manhattanu. Świetnie zarysowane postaci: typowi nowojorczycy w zmaganiu z szalejącą zarazą. Sporo krwi i mocnych wrażeń, chociaż rozedrgana w kilku sekwencjach kamera skutecznie uniemożliwia widok. Reakcje głόwnych bohaterόw w chwilach szalejącego horroru jak najbardziej naturalne. Wreszcie przejmujące zakończenie, ktόre poruszyło serce niejednego widza. Zgromadzona na sali numer 5 Multikina 51 publiczność odebrała niskobudżetowy debiut Jima Mickle bardzo dobrze: słychać było piski przestraszonych dziewcząt, czasami nerwowy śmiech. Film zasłużył na doniosłe oklaski, ktόre zebrał w trakcie napisów końcowych.

Ja natomiast czekałem najbardziej na zwieńczenie festiwalu: „Stuck” (2007) Stuarta Gordona. Od początku przewidywałem, że następca „King of the Ants” i „Edmond” zostanie uhonorowany przez jury Złotą Czaszką. I się nie pomyliłem, bo po wypadnięciu z festiwalu „Blood River”, „Jack Brooks: The Monster Slayer” i wysmakowanego wizualnie „The Abandoned” specjalnej konkurencji nie miał. Film Gordona oparty jest na autentycznym incydencie z 2001 roku, kiedy to kobieta potrąciła bezdomnego i pozwoliła mu się wykrwawić na śmierć w garażu. Mężczyzna utknął w przedniej szybie jej auta. To samo spotyka Stephena Rea uderzonego przez jadącą na haju amerykańską piękność, Menę Suvari. Życie niefortunnej pielęgniarki staje się coraz bardziej skomplikowane, kiedy bezdomny nie potrafi umrzeć utkwiony w szybie... Sceny, w trakcie których Rea próbuje uwolnić swe pogruchotane ciało ze szklanej pułapki, są autentycznie obrzydliwe. Tak samo jak garażowe spotkanie z wścibskim Pekińczykiem lubującym się w połamanych kościach. W filmie nie zabrakło także czarnego humoru i socjalnej krytyki (dostaje się publicznej administracji, imigracji, presji pracy, tchórzostwu i naturalnej dla mas bezczynnej obserwacji cudzego cierpienia). Inteligentny, krwawy, trzymający w napięciu horror fantastycznie przyjęty przez zgromadzonych w Multi 51 wielbicieli grozy. Chylę czoła i rad jestem zakrzyknąć: Stuart Gordon znowu w wielkiej formie!

Na koniec kilka zgrzytów: niezrozumiała jest dla mnie decyzja organizatorów o rozpoczęciu seansów w trakcie dni pracy. Uszczupliło to znacznie liczbę widzów przybyłych na festiwal. Takie gnioty jak „Dying God” zostały wepchnięte ewidentnie na siłę, tak jakby organizatorom nie zależało na prestiżu imprezy. O nierzadko fatalnym tłumaczeniu dialogów trudno nie wspomnieć (vide „The Mother of Sighs” jako „Matka Ogromu”???). Werdykt jury ze Złotych Tarasów bez niespodzianek: pierwsze miejsce i Złota Czaszka dla „Stuck”, wyróżniono także hiszpański „Time Crimes” i „Mulberry Street”.

Podziękowania dla organizatorów za danie mi możliwości zobaczenia „Suspirii” na kinowym ekranie, dla nowo poznanych fanów/fanek grozy, z którymi miałem okazję pogawędzić o tym i owym, dla Lobo za wspaniałą konferansjerkę (Multikino 51 może być dumne z TAKIEGO pracownika) i dla Raziela za uświadomienie mi, że czarny paw obecny w „Suspirii” uchodzi za symbol Szatana we wierzeniach arabskiego ludu Yezydów zamieszkującego górne tereny Mezopotamii. Do następnego festiwalu!


(Embalmer)

Autor: Embalmer, flagg, Mort