Recenzja horroru

Wywiad: Barry J. Gillis i Andrew Jordan, „Things” (1989)
Array

Danse Macabre: Czy naprawdę uwielbiacie czytać negatywne recenzje filmu?

Barry: Kochamy czytać negatywne recenzje „Things”, hahaha... Dobrze wiemy, jak zły jest to film, także zabawne jest dla nas czytanie wszystkich tych recenzji. „Things” staje się coraz bardziej znany, a tytuł „najgorszy horror wszechczasów” bardzo nam schlebia. Zwykle, częściej niż zazwyczaj, „Things” wygrywa uznanie wielu osób jako „najlepszy najgorszy horror wszechczasów”. I z tego jesteśmy najbardziej dumni.

Andrew: Lubię czytać złe recenzje „Things”, jak i dobre. Nawet w negatywnych recenzjach znajduję coś, co pozwoli mi się uśmiechnąć. Natomiast nie przepadam za jednozdaniowymi recenzjami albo takimi, w których recenzent nienawidzi mojego filmu nie argumentując dlaczego.

Danse Macabre: Ile wynosił budżet filmu? Kto zaprojektował mrówopodobne kreatury?

Barry: Trudno mi teraz określić budżet filmu co do centa, ale nakręciliśmy „Things” za sumę od 30 do 35 tysięcy dolarów wliczając w to również koszty post-produkcji. Zdajemy sobie sprawę, że tych pieniędzy nie widać na ekranie, niemniej zajęło nam dwa miesiące nakręcenie filmu.

Andrew: To ja na początku zaprojektowałem stworki, aby miały maziste ciała i pajęcze odnóża. Ich prostota była celowa: w tamtym czasie nie znałem nikogo, kto mógł je zrobić. Nieco później Doug Bunston przedstawił mnie Glenowi Orrowi, który od kilku lat babrał się w efektach specjalnych. Podałem mu kilka wskazówek, co ma czynić. Chciałem, aby miały długie nogi pająka i wiele zębów. To Glen odpowiada za projekt finalny. Z tym że skonstruował on pierwsze monstrum posiadające w głowie elementy mechaniczne. Barry J. Gillis i ja zbudowaliśmy pod jego nadzorem pozostałe w jednej maratońskiej sesji. Nie pomagał w ich tworzeniu chcąc za pomoc więcej szmalu.

Danse Macabre: Czy z nakręceniem „Things” wiążą się jakieś śmieszne historie?

Barry: Było ich mnóstwo, ale w tamtym czasie nie były śmieszne jak np. kilkakrotne wybuchy spalin w domu Andy’ego. W końcu Andy miał dosyć i stwierdził „Do diabła z tym wszystkim” i tamtego dnia przerwaliśmy filmowanie. Więcej zabawnych historii usłyszycie na DVD w trakcie naszego reunion i ogladając film wraz z komentarzem.

Andrew: Większość alkoholu spożywana w filmie była prawdziwa. To był atut przebywania na planie. Mogłeś być pijany tak długo, jak nie rzygałeś (poza kadrem, rzecz jasna). Pod koniec dnia zawoziłem ludzi do domów i pewnego razu mieliśmy problem z policją, bo jeden z aktorów pił w samochodzie. Gliniarz nas zatrzymujący nie był zbyt wyrozumiały. Groził rozwaleniem łba jednemu z członków obsady!

Danse Macabre: Jaka była reakcja widowni na „Things” po premierze, a jaka jest obecnie?

Barry: Wielu fanów horroru znienawidziło ten film, bo oczekiwali od niego więcej, niż im obiecaliśmy, ale wraz z upływem czasu i wzrostu popularności internetu zaczęliśmy otrzymywać coraz więcej maili z Kanady i Stanów Zjednoczonych, gdzie film był pierwotnie dystrybuowany na kasecie video przez LETTUCE ENTERTAIN YOU/TRIWORLD/INTERAMERICAN Mela Liebermana. Mel jest znany jak osoba, która po raz pierwszy wprowadziła na rynek amerykański „Italian Stallion” (pornos z Johnem Rambo z 1970 roku - Embalmer). No i nagle znalazło się tylu fanów zasypujących nas listami, także uświadomiliśmy sobie, iż „Things” zyskuje miano filmu kultowego i to było spoko... Mamy więc potencjalny hit w rękach, ludzie domagają się wydania DVD z bonusami itd, itd.

Andrew: Reakcje widowni były rozmaite. Nie wiedzieli, czego oczekiwać. Przez wiele lat nienawidziłem „Things” uświadomiwszy sobie wszystkie zmarnowane szanse i popełnione błędy. Po nieoglądaniu filmu przez wiele lat odkryłem, iż potrafię się śmiać z tych pomyłek.

Danse Macabre: Czy oglądanie „Things” rzeczywiście powoduje śmierć w męczarniach?

Barry: Nie jestem pewien co do tego pytania o śmierć na skutek obejrzenia „Things”, hahaha. Niemniej nasz film powoduje rozmaite reakcje wśród oglądających. Zadziwiające jest przede wszystkim to, iż ludzie po projekcji „Things” wpierw są w stanie szoku co do tego, czego przed momentem doświadczyli i zazwyczaj film nienawidzą, ale... wnet następuje coś magicznego. Film w jakiś sposób wkrada się do ich podświadomości (hahaha), nie wiem, cholera; w każdym bądź razie pojawia się u nich chęć ponownego obejrzenia i po drugim seansie niektórzy się uzależniają. Możesz zostać „things-ite” po dwukrotnym obejrzeniu „Things”. To właśnie owa druga projekcja transformuje widzów w zagorzałych wielbicieli. Następnie rekrutują nowe osoby do wspólnego oglądania i w taki oto sposób rodzi się coraz więcej things-ites. To dosyć zadziwiający fenomen, ale wiem, że ma miejsce, bo słyszałem takie historie wiele razy.

Andrew: Nikt jeszcze nie umarł od obejrzenia „Things”, ale to jest tak jak w klasycznym opowiadaniu Roberta W. Chambersa „The Yellow Sign”, w którym ludzie czytali książkę pod tytułem „The King in Yellow” powodującą szaleństwo i halucynacje.

Danse Macabre: Czy to prawda, że projekt sequela „Things” upadł?

Barry: Nie, to nie prawda. Nie wiem, skąd wyczytałeś takie informacje... Są rozmaite ogłoszenia, w dostępnej wkrótce wersji komiksowej pojawi się ad do „Things: The Second Coming of the Beasts”, w którym szukamy inwestorów dla filmu. Jak tylko znajdziemy fundusze, ten film powstanie błyskawicznie...

Andrew: Mamy nadal plany co do sequela „Things”. Wszystko zależy od czasu, finansów, itd.

Danse Macabre: Czy naprawdę uważacie, że „Things” zyskał sobie status filmu kultowego? Wiele osób ma obsesję na jego punkcie...

Barry: Tak, „Things” jest oficjalnie filmem kultowym. Status kultowości przywierał do niego już od pewnego czasu i systematycznie rósł, a o naszym filmie pisali we wrześniowym numerze Rue Morgue, co tylko wzmacnia ten fakt. Jest tyle książek, recenzji i esejów na temat „Things” (grubymi nićmi szyta przesada – przypis: Embalmer), że coraz trudniej przychodzi nam zwrócić na je wszystkie uwagę, chociaż staramy się. Całkiem niedawno „Things” został wyemitowany na Południowoafrykańskim Festiwalu Horroru. Ludzie od festiwalu się z nami skontaktowali i jak to mówią: reszta to historia, hahaha. Ten festiwal to tygodniowa celebracja kina grozy, a „Things” poleciał tego samego dnia, co „The Last House on the Left” Wesa Cravena, co jest dla mnie wspaniałym osiągnięciem. Chodzi o to, że kto przy zdrowych zmysłach postawiłby „Things” w tym samym rzędzie, co „The Last House on the Left”? Zresztą w „Things” mamy taki wewnętrzny żarcik, w którym ja wspominam, że Doug mieszkał kiedyś w ostatnim domu po lewej, hahaha, a w komiksie zostaje powtórzony. Komiks jest świetny, uwielbiam go... Owszem, niektórzy fani mają obsesję na punkcie „Things”. Nasz film powoduje, że coś klika w ich głowach i... whammo (jak to przetłumaczyć? – przypis: Emb)... stają się things-ites; jak wcześniej wspominałem, ma to miejsce po drugim obejrzeniu filmu. Po dziewiczej projekcji niektórzy nie obejrzą naszego horroru już nigdy; innych szok i niedowierzanie skłoni do ponownego sięgnięcia po „Things”, a potem zaczną go regularnie oglądać i rozpowiadać innym, czego doświadczyli. Things-ites opowiadali mi, że otwarły się dla nich nowe ścieżki, pojawiły się nowe doznania w związku z każdym kolejnym seansem, nowe spojrzenie na fabułę, kiedy dyskutują z innymi things-ites. To doprawdy fascynujące, gdy wraz z następną projekcją i następną docierają do utopii wewnątrz ich samych... Nie potrafię tego wytłumaczyć. Ja sam nie cierpiałem przez lata mojego filmu, ale teraz nałogowo go oglądam z nie dających się wytłumaczyć względów. To tak jakbym oglądał „Things”, po to by uwierzyć... Czy my naprawdę nakręciliśmy TAKIE coś? Hahaha, mam coraz to nowe spojrzenie na ten film, a jestem jego częścią!!! Sam jestem teraz things-ite, hahaha... ten film jest tak zły, że to zadziwiające... Tak kiepski, niemniej jego nadpoziom psychologicznego znaczenia jest trudny do wytłumaczenia nawet przez największych myślicieli...

Andrew: Ludzie nie mieli dużych szans z zapoznaniem się z filmem z racji sporadycznej jego dystrybucji na VHS. Wraz z wydaniem „Things” na DVD poszerzy się liczba widzów i decyzja należy do nich. Nawet z tak ograniczoną dystrybucją odkryliśmy, że otoczka kultu wisi nad filmem. Skontaktowało się z nami wielu fanów.

Danse Macabre: Kto jest odpowiedzialny za ukucie terminu things-ite?

Barry: Steve Szczepaniak napisał do mnie wiadomość, w której posłużył się po raz pierwszy terminem „things-ite’. Co??? Things-ite... Koleś opisuje siebie jako things-ite... OK, teraz wiemy jakim mianem określają się wielbiciele filmu. To było tak niesamowite, że wezwałem do mnie Andy’ego i powiedziałem mu, że mamy określenie na zatwardziałych fanów filmu... Tak się to stało, my nieczego nie wymyślaliśmy... Tak więc fani „Things” to coś więcej niż tylko fani, to things-ites, a to wyróżnienie, z którego trzeba być dumnym jak paw, hahaha...

Danse Macabre: Barry, opowiedz mi o „Wicked World”? Czy to slasher? Jak wiele krwawych scen zawiera?

Barry: Tak, to slasher, ale są w nim inne elementy wychodzące poza ten nurt. Mamy 49 morderstw w „Wicked World”, z czego dwa są poza kadrem; zremasterujemy film i wypuścimy na rynek w 2009. Zrealizowałem „Wicked World” na taśmie 16 mm za połowę budżetu „Things”, ale to produkcja znacznie lepsza. I moje imię na niej widnieje – tego samego kolesia od „Things”, hahaha. Czy zatem „Wicked World” zyska status filmu kultowego tak jak „Things”? Śmiem w to wątpić, bo „Things” to własny autonomiczny świat i nic nie jest mu w stanie dorównać... „Wicked World” zawiera o wiele więcej gore niż „Things”... To film ogromnie depresyjny, którego nakręciłem w stanie ogromnego przygnębienia i ilekroć go oglądam nadal mnie dołuje... Przez wiele lat znajdował się w magazynie, w końcu zdecydowałem się pokazać go światu... Stanowi on część mojej filmowej kariery, dlatego musi się ukazać na DVD... Andrew Jordan zajmuje się jego remasteringiem i będzie wydawcą „Wicked World”, tak jak ja...

Autor: Embalmer