Recenzja horroru

Film4 FrightFest 2008 - relacja
Array

FrightFest to impreza na której się bywa. Przez dziewięć lat swojego istnienia festiwal wyrósł na jedno z najważniejszych wydarzeń dla miłośników horroru/fantastyki w Europie. Tym się różni od np. Sitges, Brukseli, Amsterdamu, że tutaj filmy wybiera „rada programowa” (czasami kierując się sobie tylko znanymi kryteriami) i nie ma żadnego konkursu, nawet publiczność nie głosuje na swój ulubiony obraz. Dzięki temu widz dostaje to, co w nowym horrorze najlepsze, najbardziej kontrowersyjne, odkrywcze, świeże i dobrze zrobione. Ja na przykład rezerwuję karnet zanim na dobre się wczytam w program festiwalu – po prostu wiem, że Alan, Ian, Paul i Greg nie zawiodą.

Po przyjeździe do Londynu, od razu udałem się do Odeonu, żeby odebrać swoją wejściówkę. Wiele się nie zmieniło od mojego ostatniego pobytu. Lekko padałem na twarz ze zmęczenia, ale po przejrzeniu katalogu festiwalowego stwierdziłem, że zapowiada się niezła zabawa. Na dodatek w Odeonie rozdawano darmowe napoje energetyzujące, a pierwsza pozycja programu dostarczyła takich emocji, że zapomniałem o zmęczeniu.

Pierwszy film tegorocznego święta miłośników horroru Alan Jones zapowiedział tak: o tym filmie będzie się mówić. Tutaj napiszę tylko jedno, bo reszta wisi w recenzji, dawno mnie żaden film tak nie sponiewierał i nie przestraszył. Siedziałem na sali kinowej kompletnie oniemiały. Po projekcji, „Eden Lake” wywołał dość żywą dyskusję na forum FF. Jedni zarzucali mu reakcyjne podejście do tematu, skrzywienie klasowe i nastrój rodem z „Daily Mail” (ciekawostka: rzeczone Daily Mail słowami swojego dziennikarza nazwało film arcydziełem i najlepszym brytyjskim horrorem od czasu „The Innocents” Claytona). Nawet jeśli przystać na część zarzutów, to nie można debiutowi Jamesa Watkinsa odmówić siły wyrazu. I nieważne jakie przekonania polityczno-społeczne się posiada i jakie gazety czyta – ten film naprawdę kopie w twarz. A w zeszłym roku myślałem, że „Seed” był ponury, dołujący i ciężki...

Podczas ubiegłorocznej edycji FrightFestu w którymś momencie wyświetlano trailer do „I Know How Many Runs You Scored Last Summer”. Z tego co pamiętam, wydawało mi się, że może być krwawo i zabawnie. Okazję sprawdzić czy tak jest w istocie miałem już podczas pierwszego dnia FF 08. Co za rozczarowanie! Nakręcony za grosze slasher, który próbuje zaskarbić sobie sympatię widza a to dosłowną sceną prysznicową, w której można „podziwiać” wygolony wzgórek łonowy współreżyserki filmu, kilkoma dość mocnymi w zamierzeniu scenami tortur i szczyptą perwersji. Jednak efekt końcowy jest co najwyżej mizerny. Rozpisane bez pomysłu postacie (jak nie przymierzając w „Gutter Balls”), kiepskie efekty specjalne i brak pomysłu na intrygę sprawiły, że przez większość seansu zastanawiałem się „co, do ciężkiej cholery, ten film robi na FrightFeście???”. I w ogóle nie rozumiem tego renesansu tego co w horrorach z lat ’80 mam za najgorsze - nieciekawe postaci, nieśmieszne żarty, tanie gore i brak pomysłu na film.

Żeby obejrzeć „Scar 3D” trzeba było się przenieść do Cineworld. Trochę pobłądziłem, choć to tylko 3 minuty spod Odeonu, ale ponieważ dyrekcja kina coś pomieszała z godzinami projekcji i kiedy już miał się zaczynać film Jeda Weintroba, na sali leciał jeszcze „Hellboy II”. Trochę odstawszy w kolejce, w końcu zasiadłem w fotelu. Wszyscy założyli okulary, Ian zrobił zdjęcie (jak idiotycznie wyglądała publika do sprawdzenia na stronie FrightFestu ;-). Nie obiecywałem sobie zbyt wiele po tym tytule. Jak się okazuje słusznie, co nie znaczy, że się dobrze nie bawiłem. Pierwsza scena, kiedy Angela Bettis wbiega w kadr i widz ma wrażenie, że uprawia jogging dosłownie centymetry od niego, pokazują możliwości formatu 3D. Sceny gore wykonane w trójwymiarze sprawiają niesamowite wrażenie. Szkoda tylko, że kino już to wszystko przerabiało. Nie bardzo rozumiem kolejny zachwyt nad trójwymiarowością (wychodzi mi, że ja w ogóle niewiele rozumiem ze współczesnego horroru;-). Fabułka jest mizerna, morderca oczywisty od samego początku, aktorsko jest to żadne. Mam wrażenie, że filmy z lat ’50 i ’80 potrafiły więcej wyciągnąć z fabuły niż „Scar”. W filmie Weintroba wszystko jest podporządkowane formatowi, w którym go kręcono. Pełno nonsensownych i z punktu widzenia fabuły kompletnie niepotrzebnych ujęć, tylko po to, żeby widz mógł poczuć, że mu żyrandol na ekranie tuż przed nosem mu wisi. Typowy przerost formy nad treścią, czego jednak należało się spodziewać. Szkoda tylko Angeli Bettis, która przewija się przez ekran, ale nie wywołuje większych emocji. Ech... żeby tak wzniosła się na poziom „May” – albo inaczej, żeby ktoś jej zaoferował sensowny scenariusz. Bo „Scar” to typowa slasherowo-splatterowa brednia, którą ratuje tylko to, że widz skupia się na wizualiach, nie na fabule. Wszystko to napisawszy, chcę jeszcze raz podkreślić – bawiłem się naprawdę nieźle i raz na rok jestem gotów oglądać filmy w 3D (ale tylko na dużym ekranie). No i jest jedna scena, która aż mnie skręciła – odcinanie własnego kciuka przez jedną z postaci – brrr... Swoją drogą, jak się na chwilę zdejmie okulary to obraz na srebrnym ekranie wygląda przedziwacznie...

Jak się później okazało, drugi dzień był jedynym, podczas którego udało mi się dotrzeć na pierwszy seans. Oczekiwania miałem całkiem spore, Hiszpania ostatnimi czasy nieźle namieszała w kinie gatunku, do tego w folderze FF wyczytałem, żeby bardzo uważnie oglądać „Time Crimes”, bo wszystko na ekranie jest elementem wielkiej układanki. Lubię postmodernistyczne zabawy formą i igranie z widzem. Tym większe było moje rozczarowanie, kiedy okazało się, że dzieło Vigalondo to całkiem przewidywalny thriller, który nadawałby się do „The Twilight Zone”. Owszem, jest klimat, postać w różowym bandażu na głowie wywołuje pewien niepokój, wszystko zagrane jest bardzo sprawnie. Co z tego jednak, jeśli po 20 minutach jest się w stanie rozwikłać główne zagrywki fabularne, które chyba miały widza zaskoczyć. Niestety. Mimo to, „Time Crimes” to solidny przeciętniak, który może się podobać. Polscy widzowie będą mogli się o tym przekonać podczas drugiej edycji Horror Festiwalu a Multikinie.

W programie FrightFestu następnym filmem miał być „Vikaren” – szwedzka produkcja sf. Jednak kopia w momencie trwania festiwalu była jeszcze w Niemczech, więc organizatorzy zdecydowali się na wyświetlenie „El Rey de la montaña” (“King Of The Hill” – nie mylić z serialem animowanym Mike Judge’a). Umiarkowanie pozytywną recenzję obrazu Gonzalo López-Gallego czytałem bodaj na bloody-disgusting po premierze na Fantasii albo TIFF, ale BD wierzyć nie można (oceniają filmy tak dziwacznie, że dla mnie stracili już dawno wiarygodność). I okazało się, że znowu nie mieli racji. Dobrze zagrany survival thriller, z parą wiarygodnych aktorów (bardzo sympatyczna María Valverde) i sugestywnie budowanym klimatem. Dwójka przypadkowych znajomych stara się wydostać spod ostrzału tajemniczego snajpera, gdzieś w odludnych lasach. Znakomicie zrealizowane sekwencje ataków strzelca, podczas których słychać tylko echo wystrzału i pada kolejny trup. Jest realistycznie i przekonująco. Do momentu ujawnienia tożsamości napastnika. To był kolejny już film tegorocznego FF, gdzie występował podobny typ mordercy. Cóż, może trochę to zmęczenie materiału, a może sam finał, który wydał mi się zbyt patetyczny i łzawy, sprawiły, że „King Of The Hill” w moich oczach to bardzo solidne kino, któremu zabrakło pazura. Ale seans ze wszech miar rekomenduję, bo warto!

Następny w kolejce był „Trailer Park Of Terror” o młodej dziewczynie, która marzy tylko o tym, by wyrwać się z osiedla przyczep kempingowych i najlepiej uciec ze swoim ukochanym jak najdalej od dusznej nory. W skutek nieszczęśliwego wypadku chłopak ginie, a Norma poprzysięga zemstę, przy okazji zaprzedając duszę diabłu. Inspirowany komiksem pod tym samym tytułem film należy do dzieł lżejszego kalibru filmowej grozy. Nie brak tu humoru, bandy nastolatków w niebezpieczeństwie, sugestywnych i pomysłowych charakteryzacji, a w tle przygrywa southern rock i country. Nie moja „cup of tea” jak mówią Anglicy, ale widowni się podobało. Trzeba przyznać, że Steven Goldman dobrze się czuje w takiej filmowej formie, akcja płynie wartko, jest krwawo i śmiesznie. Jeśli ktoś lubi „Opowieści z krypty” powinien być zadowolony z seansu.

„Mum & Dad” to film dla wszystkich tych, którzy na Wyspach szukają szczęścia... Lena, polska emigrantka (grana co prawda przez Ukrainkę, co słychać zwłaszcza w momencie, kiedy wściekła krzyczy „kurwa mać!”), pracuje na Heathrow. Podstępem zostaje zwabiona do domu swojej nowej koleżanki z pracy, Birdie. Tam okazuje się, że rodzina w osobach Mamy, Taty, Birdie i Elbie jest cokolwiek szalona i upodobanie znajduje w porywaniu, więżeniu i torturowaniu emigrantów. Częściowo zjadliwa satyra na brytyjskość, częściowo polityczny komentarz, a częściowo hołd dla Pete Walkera i Freddie Francisa. Jak to określił jeden z widzów – był to chyba najbardziej sleazowaty film tegorocznej edycji FrightFestu. I nie jest to w żadnej mierze zarzut. Szkoda tylko, że widać mikroskopijny budżet praktycznie na każdym kroku - kamera trzyma się blisko postaci, jest raptem tylko kilka wnętrz. Ale te niedostatki wynagradzają zwichrowane kreacje aktorskie i kilka naprawdę szurniętych pomysłów. Swoją drogą, Brytyjczycy to jednak wyluzowany naród – obraz dofinansowała Film Council. Jakoś nie wydaje mi się, żeby w Polsce projekt choć w połowie tak zwariowany i kontrowersyjny miał szansę ujrzeć światło dzienne przy wsparciu państwa.

Od czasu teledysków Aerosmith i „Stealing Beauty” Bertolucciego, Liv Tyler trwale zapadła mi w pamięć. Nie ma się co oszukiwać – piękna kobieta. I to był tak naprawdę główny powód, dla którego czekałem na „The Strangers”. Po projekcji filmu Bryana Bertino uczucia mam mieszane. Reżyser sprawnie buduje klimat, kilka scen to majstersztyk napięcia i zaskoczenia (choć zbudowane z tysiąckroć już użytych patentów, to jednak wykonane znakomicie i przez to efektywne) i Liv jest zjawiskowa jak niegdyś. Jednak mi osobiście czegoś zabrakło. Mam tylko problem z określeniem czego dokładnie. Na pewno nie nielogiczności, bo tych w scenariuszu znajdzie się całkiem sporo. Na pewno nie wymuszonej i w efekcie sztucznej pogłębionej psychologii postaci. Na pewno nie podobieństw do „Vacancy” z jednej i „Them” z drugiej strony. I na pewno nie to, że Liv niekoniecznie umie grać i bardziej widziałem ją, córkę wokalisty Aerosmith na ekranie, niż Kristen McKay. Ale półtorej godziny z tą hollywoodzką historią a la ekscesy bandy Mansona to nie jest czas stracony. Przede wszystkim dla paru sekwencji, gdzie napięcie wręcz kapie z ekranu. Podobała mi się również końcówka i los dwójki głównych bohaterów. Żadne wielkie kino, mimo to ma do zaoferowania widzowi całkiem sporo.

Miałem złe przeczucia, kiedy w programie festiwalu zobaczyłem nowy film Paddy Breathnacha. Zeszłoroczne „Shrooms” nie zrobiło na mnie żadnego wrażenia, a bełkotliwe wywiady, których udzielał reżyser w irlandzkiej prasie zniechęciły mnie do prób zapoznania się z resztą jego twórczości. Jednak ekipa odpowiedzialna za FF postanowiła dać Irlandczykowi jeszcze jedną szansę. I po co? O ile jeszcze „Lęk” był oglądalny, to „Freakdog” jest knotem w pełnym tego słowa znaczeniu. Historia przedstawia się tak: studenci medycyny borykają się z zemstą szpitalnego sprzątacza, który może przejmować kontrolę nad dowolną osobą, mimo że sam leży pogrążony w śpiączce. Ech, ilość bzdur, uproszczeń, idiotyzmów, naciągactwa i zwykłego traktowania widza jak idioty jest kolosalna. Nawet nie wiem co mnie bardziej drażniło – sztampa w rozwoju akcji, pseudonaukowość, która wywoływała szczery śmiech czy nieprawdopodobieństwa przy których Michael Myers tachający nagrobek to wzór filmowego realizmu (pozdro Ślepy!). Ale chyba najbardziej wściekał mnie dysonans – próba robienia z widza debila, który łyknie każdą bzdurę, scenariusz pisany specjalnie pod trzynastolatków, okraszone efektami specjalnymi, które raczej nie zapewnią filmowi Breathnacha PG13 (przynajmniej tak mi się wydaje, że kilka krwawych scen było, ale może mi się już coś miesza). Generalnie - straszny jest ten film i szczerze radzę – omijać szerokim łukiem.

Za to na koniec piątkowego maratonu wyświetlony został film, na który wszyscy wielbiciele starego dobrego kampowego horroru czekali z nadzieją. Proszę państwa, Frank Henenlotter wrócił na scenę. I to w jakim stylu! „Bad Biology” to uczta złego smaku, sprośny humor, nie liczenie się z nikim i niczym i poklatkowa animacja, a także ujęcia z punktu widzenia 24 calowego penisa oraz kobieta z (przynajmniej) siedmioma łechtaczkami! Jak można nie pokochać tego filmu? Bawiłem się naprawdę wyśmienicie, ale filmy twórcy „Frankenhooker” nie są dla każdego i trzeba o tym pamiętać przystępując do seansu. Komu podobało się „Basket Case” (zresztą „Bad Biology” to tematycznie tak naprawdę czwarta część cyklu, tylko zamiast Beliala jest monstrualny penis obdarzony własnym rozumem, wolą i możliwością odłączania się od właściciela), ten i na najnowszym filmie Henenlottera będzie się turlał ze śmiechu i kiwał z zadumą głową nad pomysłowością reżysera. Choć przerabiane są tu znane już motywy to nagromadzenie kiczu i perwersji, obrazoburstwa i humoru jest na tyle duże, że wtórność nie przeszkadza. I nie przeszkadzają też CGI, bo widz dostaje również sporą dawkę animacji poklatkowej, więc fani starszych dzieł Henenlottera nie powinni być zawiedzeni. Było to świetne zwieńczenie wieczoru.

Na kolejny film nie udało mi się dotrzeć. Jak się wraca do domu gdzieś w Acton Town koło godziny trzeciej, a projekcje zaczynają się o 10:30 rano i lubi się pospać tak jak ja, to „Fear(s) Of The Dark” człowieka omijają. Z przynajmniej jednej zasłyszanej opinii dowiedziałem się jednak, że ten animowany film był momentami mocno pretensjonalny i irytujący. Może lepiej byłoby gdyby organizatorzy puścili jakieś anime o tematyce grozy? Poczekam na DVD i sam wyrobię sobie opinię (tak przy okazji „Zombie Diaries”, które ominąłem w zeszłym roku i kupiłem na płycie, nadal leży nieobejrzane ;).

Udało mi się natomiast zdążyć na „Dance Of The Dead” i jestem z tego bardzo zadowolony, bo bawiłem się świetnie. O tym, że postać zombie może być metaforą tego czy owego zapisano już grube tomy i analiza filmów pod kątem, „co komunikuje nam figura zombie?” to największa żenada, którą można cisnąć (chyba, że robi się film taki jak „Otto, Or Up With The Dead People”). Dlatego wszelakie metafory na bok – proszę państwa film Gregga Bishopa to jeden wielki list miłosny do czasów licealnych. Ten miks klimatu znanego z obrazów Johna Hughesa oraz nieumarłych jak z „Return Of The Living Dead” (i oczywisty ukłon w stronę „Dellamorte Dellamore”) to zabawna komedia, która mimo niskiego budżetu potrafi mile cieszyć oko efektami specjalnymi. Jest krwawo, ocierając się wręcz momentami o splatter (no, ale film o żywych trupach bez takich rekwizytów obyć się nie może, czyż nie?) , z przyzwoitą młodą obsadą. Szkoda jedynie, że czasami reżysera nieco ponosi i za dużo patosu ładuje w kadr. Mam wrażenie, że w oczach tzw. „poważnych krytyków”, „Dance Of The Dead” to przykład na to, że horror jest rozrywką dla dużych dzieci, które nie chcą dorosnąć. No i dobrze, jestem dużym dzieckiem i na filmie Bishopa bawiłem się świetnie i co mi zrobicie?

Kolejny obraz w kolejce to „Rovdyr”(aka „Manhunt”) – zanim jeszcze przyjechałem do Londynu oczekiwania wobec debiutu Patrika Syversena miałem wysokie, ale potem dostałem w łeb „Eden Lake” i byłem już pewien, że norweski film nie będzie miał startu. Moim zdaniem historia czwórki przyjaciół, którzy podróżują vanem gdzieś przez leśne ostępy ojczyzny fiordów, choć surowa, brudna i brutalna, nie jest ani w połowie tak angażująca. Nie znaczy to, że film jest słaby, wprost przeciwnie. Rzecz jest świetnie nakręcona, jako hołd dla kina eksploatacji lat ’70, a przede wszystkim dla „The Texsas Chainsaw Massacre”, co podkreśla grube ziarno obrazu i samo umiejscowienie akcji właśnie w 1974 roku. Mam wrażenie jednak, że film byłby znacznie bardziej przerażający i poruszający, gdyby osadzić go we współczesności. Bo oglądając „Rovdyr” cały czas byłem świadom tego, że to homage i reżyserskie ćwiczenie formalne (choć naprawdę rewelacyjnie odrobione). A i jeszcze jedno - feministki powinny być w siódmym niebie oglądając debiut Syversena;-)

W zeszłym roku Alan Jones w wywiadzie po festiwalu mówił, że kino azjatyckie się wypaliło i nie ma nic ciekawego do zaoferowania. Dlatego zdziwiony byłem widząc koreańską produkcję w tegorocznym programie. Ale okazało się, że Azjaci nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa w temacie horror/thriller. „The Chaser” to oparta na faktach opowieść o byłym policjancie, który obecnie zajmuje się stręczycielstwem. Zaniepokojony faktem, że kolejne dziewczyny, którymi się opiekuje, znikają mu spod nosa nie spłaciwszy swoich długów zaczyna prowadzić własne śledztwo. Kiedy orientuje się, że wysłał Mi-Jin Kim do niewłaściwego klienta, a poprzednie dziewczyny prawdopodobnie wcale nie uciekły, tylko zostały zamordowane, zaczyna się bezwzględna walka z czasem. Kolejny debiut reżyserski i jednocześnie wciągające kino na światowym poziomie. Przede wszystkim podobało mi się, że reżyser sprawnie zwodzi widza i igra z jego oczekiwaniami – do samego końca nie byłem w stanie odgadnąć jak potoczy się akcja. Obraz Hong-jin Na jest ponury i krwawy i dlatego nie pasowały mi sekwencje niemal slapstickowe z udziałem seulskiej policji – psuły nieco rytm narracji. Bo „The Chaser” mimo nieśpiesznej akcji (niektórzy mówili o nijakim środkowym akcie) wciąga i urzeka klimatem. Ciekawie budowane są relacje między bohaterami – para alfons i córka jednej z jego dziewczyn to bardzo przekonujący duet, jakiego nie pamiętam w kinie chyba od czasu „Rainy Dog” Miike Takashi.

Po nieprzyjemnym spotkaniu z „I Know How Many Runs…” nie byłem specjalnie pozytywnie nastawiony do kolejnej niskobudżetowej produkcji. Obawy okazały się słuszne, choć nie do końca. Oto historia gdzie zarażona odmianą BSE wołowina zamienia mieszkańców zabitej dechami dziury w Texasie w krwiożerczych zombie. Jak to powiedział po seansie sąsiad z fotela obok: „No, kolejny Peter Jackson to nie jest”. I niestety miał rację. Joey Evans nakręcił hołd dla filmów swojej młodości, oglądanych w kinach typu „drive-in”. Próby odtworzenia klimatu tamtych czasów są z góry skazane na niepowodzenie – przede wszystkim miejsce projekcji jest inne. A poza tym, jeśli w kinie samochodowym autor stracił dziewictwo, to choćby nie wiem jak się starał, ale drugi raz już mu się ta sztuka nie uda. Niemniej jednak, nie można odmówić „Bubba’s Chili Parlour” zaangażowania i próby uchwycenia kluczowych elementów dla kina eksploatacji i kin samochodowych (włącznie z przerwami reklamowymi, które umożliwiały spokojne dokupienie popcornu czy napoi). Jest kilka ciekawych ujęć, jedna z bohaterek, dziesięcioletnia Ashley Elizabeth Evans gra nad wyraz dobrze jak na swój wiek, a Bubba to sympatyczny główny bohater. Niestety filmowi brakuje humoru, akcja się wlecze i reżyserowi trochę nie starczyło pomysłów. Ale cały czas trzeba mieć w pamięci, że to film nakręcony w czasie wolnym od pracy, przez reżysera i jego znajomych (wszyscy z branży barmańsko-kelnerskiej), który nie próbuje udawać wielkiego dzieła. Jest coś z donkiszoterii w próbach powrotu do lat szczenięcych, ale rozumiem takie podejście i z sympatią patrzę na nie, mimo że efekt finalny nie jest powalający.

„The Midnight Meat Train” to jeden z najbardziej wyczekiwanych filmów festiwalu. Muszę przyznać, że nowelę Barkera czytałem gdzieś w okolicach końca podstawówki i jakoś nie zdążyłem odświeżyć przed FrightFestem. Nie miałem więc jakichś ściśle określonych wymagań co do tego jaki ma być film, poza tym, że ma być dobry. I nie zawiodłem się. Film Kitamury to świetnie nakręcona, wciągająca (choć może nieco przewidywalna) i przekonująco zagrana opowieść. Może nieco rażą niektóre efekty komputerowe, ale jak przyznaje sam reżyser, takiej choreografii gore nie dałoby się uzyskać tradycyjnymi metodami. Oczywiście skoro za kamerą stanął twórca „Versus” to nie mogło zabraknąć dozy kung fu, ale spokojnie, nie wygląda to tak źle, jak brzmi;-) Zamysł stojący za sfilmowaniem kilkunastu opowiadań wchodzących w skład „Ksiąg krwi” jest godzien pochwały. A patrząc na wynik pracy Kitamury można spokojnie czekać na „Book Of Blood”, którego pierwsze 10 minut wersji roboczej zostało pokazane po projekcji głównego filmu. Szkoda tylko, że to, co wyprawia Lionsgate z „TMMT” woła o pomstę do nieba, ale to temat na osobny artykuł.

Ostatnia projekcja soboty to „Tokyo Gore Police” – reżyserski debiut speca od efektów specjalnych Nishimura Yoshihiro. Jakoś nie jestem przekonany do komiksowych splatter festów rodem z Japonii. Na „Machine Girl” zasnąłem po niecałych 30 minutach. No ale za tą akurat produkcją stoi Nikkatsu, więc przynajmniej można było się spodziewać porządnej realizacji. W Tokio grasuje wirus, który przemienia ludzi w szalone bestie, zdolne wykształcać śmiercionośne bronie w miejscu zadanych im ran. Ruka jest oficerem prywatnej policji i specjalistką od zwalczania „inżynierów” (jak slangowo nazywa się zarażonych). Cóż, na pewno jest to gratka dla miłośników zwariowanych japońskich filmów i co bardziej szalonych aspektów ich kultury popularnej. Ja do nich nie należę, ale pomimo późnej godziny, udało mi się nie zasnąć i momentami bawiłem się wcale nieźle. Kilka momentów sprawiło że biłem brawo lub podziwiałem w ciszy wyobraźnię twórców: szalona wariacja na temat vagina dentata, człeko-pies z katanami zamiast kończyn, czy naprawdę imponujące fontanny krwi zalewające ekran. No i nie można zapominać o kompletnie wygiętych reklamach telewizyjnych wplecionych w fabułę (gdzieś na styku „Robocopa” i „Starship Troopers”). Do tego szczypta Cronenberga w wersji pop, Eiihi Shiina znana z „Audition” oraz doza perwersji charakterystycznej dla Nikkatsu i efekt finalny jest przyjemną rozrywką, filmem, który zgrabnie zamknął trzeci dzień FrightFestu.

Potrzeba snu wygrała z projekcją „From Within” – poczekam na premierę DVD, bo ponoć debiut reżyserski operatora Phedona Papamichaela („3:10 do Yumy”) wart jest uwagi. Kolejnym punktem programu był szwedzki film wampiryczny. Hmmm, kolejny? – pomyślałem sobie. Dwa lata temu na FF wyświetlano bowiem „Frostbite”, który podobał mi się umiarkowanie, ale na plus. Mimo to nie miałem wielkiej ochoty na powtórkę z tematu. Tym bardziej kajam się i utwierdzam w przekonaniu, że nie ma co się sugerować opisami fabuły czy zajawkami w folderze FF – „Let The Right One In” to jeden z najlepszych i najciekawszych filmów tegorocznej edycji londyńskiego festiwalu. Nakręcona na podstawie książki Johna Ajvide Lindquista historia Oskara, dręczonego przez szkolnych kolegów, który nawiązuje znajomość z Eli, wampirem, który niedawno wprowadził się wraz swym opiekunem do bloku chłopaka, urzeka ujęciem tematu. Żeby tak wzruszająco i mądrze opowiadać o dojrzewaniu, dziecięcych strachach i niepewnościach trzeba odejść od reguł gatunku (Lindquist przyznaje, że na horrorze się nie zna) i postać wampira potraktować jako figurę, metaforę (choć krwawych momentów w opowieści o nieśmiertelnych krwiopijcach zabraknąć wszak nie mogło). Dynamika rozwoju znajomości Oskara i Eli przemawia do widza swoim realizmem i subtelnym ujęciem. Jest w tym mocno autobiograficznym filmie dużo więcej prawdy niż w niejednym realistycznym dramacie. Duża zasługa tu dziecięcych aktorów, którzy zostali wybrani z ponad 4000 dzieci, które brały udział w castingu. Całość podkreślona jest chłodnymi zdjęciami Hoye van Hoytema i muzyką Johana Soderqvista. Prowokujący do myślenia, niejednoznaczny i miejscami kontrowersyjny film Tomasa Alfredsona to pozycja obowiązkowa dla każdego, kto w horrorze szuka czegoś więcej.

„The Broken” wzbudził sporo negatywnych reakcji, zarzucano mu wtórność, brak pomysłu, niekonkluzywność fabuły i sporo innych grzechów i grzeszków. A ja bawiłem się całkiem nieźle. Owszem, całej projekcji towarzyszyło uczucie dojmującego deja vu – doppelgangery, „Inwazja porywaczy ciał”, trauma/amnezja – katalog chwytów fabularnych znany aż za dobrze. Oryginalności nie ma w tym za grosz. Ale ogląda się to więcej niż znośnie, dzięki niezłym zdjęciom – w końcu Ellis ma za sobą bogate doświadczenia jako fotograf mody. Akcja dzieje się powoli, ale nie nudzi, za to pozwala cieszyć oko wizualiami. Szkoda tylko, że „The Broken” to zdecydowany przerost formy nad treścią. Może potrzeba też drugiej projekcji by rozebrać fabułę na czynniki pierwsze i należycie docenić konstrukcję filmu. Przed kolejnym seansem na pewno też warto przeczytać opowiadanie Edgara A. Poe „William Wilson”, z którego cytat jest mottem obrazu Ellisa. Na pewno nie na każdy gust, ale nie oczekując zbyt wiele można się wcale dobrze bawić.

„Mother of Tears”, „Toolbox Murders”, „Night Of The Demons”. Co łączy te filmy? Osoba scenarzysty i/lub reżysera – Adam Gierasch we własnej osobie pojawił się na FrightFeście by promować swój debiut reżyserski – “Autopsy”. Wnioskując z jego wcześniejszych dokonań można było być pełnym obaw, co do historyjki piątki przyjaciół, którzy trafiają do podejrzanego szpitala na odludziu. Ale przejażdżka w lata ’80 do klimatu znanego z choćby „Re-Animatora” była przyjemna i zabawna. Żadne wielkie dzieło i fanem Gierascha nie zostanę. Ale było kilka scen, które mi się podobały – zwłaszcza „organ tree” i Robert Patrick w roli psychopatycznego doktora.

„Martyrs” – o tym filmie się mówiło przed projekcją. Po projekcji też wywołał sporo emocji, żywo dyskutowany był na forum FrightFestu. A ja się zastanawiam dlaczego? Może brakuje mi tak zwanej „łaski wiary” ale problemy eschatologiczne w sosie gore z daleka pachną mi pretensjonalnością. Mimo to film jest fachowo nakręcony, dobrze zagrany, a pierwsza połowa ma spory potencjał. Potem to już jazda po równi pochyłej do przewidywalnego finału. Jednak emocje debiut Laugniera wywołuje, widzowie doszukują się w nim głębokich treści, wyrażania niepokojów współczesnego człowieka... Co kto lubi – to film, który wywołuje bardzo osobiste reakcje i tak naprawdę trzeba samemu obejrzeć – a nuż do ciebie przemówi. Każdy ma takiego Bergmana na jakiego zasłużył...

Ostatni obraz wieczoru i niestety przedostatni film tegorocznego FrightFestu jaki udało mi się obejrzeć to „Jack Brooks Monster Slayer”. Bardzo prosty filmik o koleżce, nie potrafiącym zapanować nad swoimi negatywnymi emocjami, który znajduje właściwe dla nich ujście tłukąc wszelakiej maści potwory (a wypada wspomnieć, że jego rodzice padli ofiarą jednookiego mutanta, podczas biwaku gdzieś w dżungli). Jego pierwszym przeciwnikiem będzie Robert Englund w roli zmutowanego profesorka, terroryzujący mackami i ostrymi zębiskami grupkę uczniów wieczorowego liceum. Jest lekko, zabawnie i przyjemnie, bez silenia się na rewolucjonizowanie gatunku. Jon Knautz postanowił raczej wrócić do lat ’80 i tym razem (w przeciwieństwie do „I Know How Many Runs...”) wybrał z gatunku to co najlepsze. Rewelacyjna kreatura wykonana bez pomocy efektów specjalnych, bezpretensjonalność i good not-so-clean fun.

Ostatniego dnia udało mi się dotrzeć tylko na seans „Mirrors”, ale cóż to był za seans. Takiego rechotu na sali, wręcz histerycznych spazmów, nie słyszałem jeszcze podczas żadnego z seansów tegorocznego FF. O ile jeszcze na początku większość ludzi starała się zachowywać powagę, bo przecież wpadki zdarzają się każdemu, to gdzieś tak pewnie od połowy film był oglądany jak komedia i to wbrew intencjom reżysera. Ale jak tu nie ryczeć ze śmiechu widząc Kiefera Sutherlanda, który wygląda i zachowuje się jakby właśnie uciekł z planu kolejnego odcinka „24”. A przecież w „Mirrors” gra Bena Carsona, nie Jacka Bauera. Wygląda na to, że Sutherland tak już zżył się z rolą bezwzględnego agenta CTU, że nawet w teoretycznie nastrojowym horrorze musi wymachiwać giwerą (coś jak Arnie w „The End Of Days” ;-) i wyszczekiwać pogróżki pod adresem oponentów. Nie wiem, może fakt, że Aja jest Francuzem sprawił, że nie wychwycił idiotycznie brzmiących partii dialogowych („You gotta be careful with water, it creates reflections!”), ale gdzie, do cholery, byli producenci tego gniota? „Mirrors” pełne jest dziur, niedopracowań, przeszarżowanej gry aktorskiej, brakuje mu klimatu, wiarygodności i właściwie wszystkiego czego od klimatycznego horroru można oczekiwać. Ale rozrywki dostarcza przedniej, pod koniec seansu z sali było słychać gromkie okrzyki „Go, Jack, go!” i kolejne idiotyzmy scenariusza witane były salwami śmiechu – jednym słowem ubaw po pachy. Rozrywka z cyklu tak złe, że aż dobre, na wysokim poziomie. Aha, jest jeszcze oprócz tego kilka krwawych scen gore. Innymi słowy – gorąco polecam!

Jak zwykle podczas FrightFestu pełno było spotkań z aktorami, reżyserami, którzy na scenie odpowiadali na pytania widzów. Przez pięć dni przewinęli się m.in. James Watkins, Pascal Laugier, Steven Sheil, Frank Henenlotter, Paddy Breathnach, Gregg Bishop, Patrik Syversen i wielu innych. Jak zwykle można było odetchnąć atmosferą grindhousu przy projekcjach trailer trashu. Była też okazja zobaczyć pierwsze fragmenty „Book Of Blood” – drugiego filmu z cyklu Barkerowskich ekranizacji (rzetelna robota) i „Grace” produkowanego pod opieką Adama Greena. A skoro już o nim mowa... Jedną z najzabawniejszych i jednocześnie najsympatyczniejszych rzeczy podczas tegorocznego festiwalu były krótkie filmiki nakręcone przez Greena i Joe Lyncha, które puszczano między pokazami. A historia do tego jest taka, że po gorącym przyjęciu obydwu reżyserów na poprzednich imprezach, postanowili się odwdzięczyć widowni i nakręcili pięć krótkich, dowcipnych filmików pod tytułem „Road To Frightfest”. Zresztą, co ja tu będę pisał – sami możecie się przekonać co przygotowali:

A całość na stronie - http://www.ariescope.com/TZ/TZ.html Oczywiście nie da się poczuć tego klimatu, który towarzyszył kolejnym etiudom, ale nawet oglądane samodzielnie bronią się nieźle. Przynajmniej tak mi się wydaje, ale w tej akurat kwestii jestem wyjątkowo nieobiektywny.

Podsumowując – zaliczone około 20 filmów – większość z nich ciekawa i udana. Kolejny raz ekipa stojąca za organizacją festiwalu udowadnia, że serce gatunku bije mocno i nadal warto horrory oglądać (może z wyjątkiem kolejnych wyrobów horroropodobnych Paddy’ego Breathnacha :-D ). Tym razem nie towarzyszył mi Mort, więc bezkarnie mogłem się obżerać w wegańskich knajpkach all u can eat, bez wysłuchiwania jego marudzenia „chodźmy na kiebaba, albo chociaż na jakąś pizzę!”. Szkoda tylko, że finansowo trochę nie poszalałem i nie przywiozłem żadnych ciekawych zdobyczy. Swoją drogą, podczas wywiadu z Piotrem Mańkowskim, Mort coś pobredzał o freakach, którzy to mieli zaludniać FrightFest. Już wtedy pukałem się w głowę – gdzie on takich dziwaków widział. Ale postanowiłem przyjrzeć się widowni w tym roku. I cóż, szanowny redaktor naczelny zwyczajnie się myli. Owszem, było sporo wytatuowanych ludzi, z kolczykami tu i ówdzie, ale od kiedy tatuaż i kolczyk to wyznacznik freaka? Ja widziałem na sali normalnych fanów horroru, którzy może poza koszulkami nie wyróżniali się niczym spośród londyńskiego tłumu. Co więcej, choć nie byłem na Horror Festiwalu w Polsce, więc nie mam skali porównawczej, ale co najmniej zauważalne na sali były osoby starsze – nie tylko ludzie z przedziału wiekowego 20-30 lat.

W tym roku FrightFest miał swoją dziewiątą i ostatnią taką edycję. Odeon West End w którym miało miejsce bodaj sześć ostatnich festiwali idzie do demolki. Ponoć w to miejsce ma stanąć kasyno czy coś w tym guście. Ale nie znaczy to, że FF przestaje istnieć. Nie, po prostu imprezę czeka kolejna przeprowadzka. Tym razem do Empire – kina jeszcze większego, z większym lobby i tak z opowieści o klasę lepszego niż Odeon. Zobaczymy w przyszłym roku. Myślę, że na dziesiątą rocznicę organizatorzy przygotują coś ekstra.

Autor: grzEGOrz