Recenzja horroru
Horror Fiesta (5-7 XI 2004) - relacja

Dzień pierwszy – 5 XI 2004
Miałem niewątpliwy zaszczyt uczestniczyć w festiwalu niezależnych filmów grozy Horror Fiesta, który odbył się w dniach 5-7 listopada w domu kultury "Jary" na Ursynowie oraz w warszawskim
kinie 'Luna'. Te trzy dni minęły niestety bardzo szybko, ale absolutnie nie żałuję tych wielu godzin spędzonych przed ekranem. W szranki stanęło 60 niezależnych produkcji z wielu stron świata, wśród których dominowały filmy krótkometrażowe. Odbyło się również kilka pozakonkursowych pokazów. Poziom prezentowanych filmów grozy był rozmaity (zdarzały się filmy bardzo dobre, średnie i straszliwe gnioty), ale pod względem realizacyjnym prawie wszystkie wyświetlane horrory wypadły nadzwyczaj dobrze. I tutaj słowa uznania należą się organizatorom tej precedensowej w gruncie rzeczy imprezy za to, że zdołali pomimo braku odpowiednich środków pościągać horrorki z wielu państw, znaleźć miejsca do ich projekcji, poskładać to wszystko do kupy i dać nam trzy dni ociekającego grozą i krwią święta. Zaistniała wreszcie okazja, aby poznać wielu sympatycznych ludzi, z którymi od lat dzielę wspólną pasję i miłość do kina grozy (pozdrowienia dla prawdziwych miłośników horroru z Horror-Online - Majstra, Buio Omegi, grzEGOrza, BartaX, Spike’a za miło spędzone chwile przy browarze i specjalne podziękowania dla Buio za zapewnienie mi noclegu) oraz zamienić parę słów z autorem "Seansu z wampirem", Andrzejem Kołodyńskim. W drugim dniu imprezy pojawili się również znamienici goście z zagranicy, a z jednym z nich, reżyserem "Jemimy: Photographic Trophy" i "Jemimy: Dating Is Murder" Uisdeanem Murray’em urządziłem sobie małą pogawędkę. Nadarzyła się także okazja, aby ponownie spotkać się z moim przyjacielem Mortem i zawrzeć znajomość z flaggiem, z czego skwapliwie skorzystałem.
Pierwszy dzień Fiesty zapowiadał się dla mnie szczególnie ciekawie z uwagi na pokaz krótkich i dołujących horrorów Douglasa Bucka zebranych w "Family Portraits: A Trilogy of America". Na jeden z nich zatytułowany "Cutting Moments" szczególnie ostrzyłem sobie kły, ale od początku. Ze względu na to, że od momentu zakończenia festiwalu upłynęło już trochę czasu i sporo filmów (zwłaszcza tych mniej udanych) zatarło mi się w pamięci, celowo pominę milczeniem horrory mniej udane, a skupię się na tych, które mi się albo spodobały albo z takich czy innych względów utkwiły w mojej jaźni. I tak w pierwszym dniu Fiesty na uwagę najbardziej zasługiwały:
"Edgar Allan Poe’s The Raven" (2003, Peter Bradley)- przepięknie sfotografowana, nieco uwspółcześniona adaptacja opowiadania Edgara Allana Poe "Kruk". Nastrój grozy znakomicie potęgowały czarno-białe zdjęcia, a odtwórca głównej roli Louis Marabito wypadł znakomicie.
"The Crypt Club" (2004, Miguel Gallego) - mój i Morta zdecydowany faworyt, jeśli chodzi o krótkometrażowe produkcje. Trzy młode dziewczyny udają się na mroczny cmentarz, ażeby przeprowadzić inicjacje jednej z nich. Jeśli piętnastoletnia Julie spełni swoje zadanie, stanie się członkinią The Crypt Club, do którego przynależą pozostałe dwie dziewczęta. Jej powinnością jest wbicie kołka głęboko w grób morderczyni... Świetna niskobudżetowa produkcja zrealizowana z nerwem i pomysłem. Przepiękna, acz ponura klasyczna ścieżka dźwiękowa kreuje wyśmienity nastrój przeszywającej grozy, a ujęcia ziejącej ciemnością nekropolii powodowały u mnie gęsią skórkę.
"Black Gulch" (2003, Michael Strode) - filmik ten otrzymał nagrodę jury za najlepszy krótkimetraż na festiwalu. Decyzja taka wydawała mi się poniekąd mocno kontrowersyjna z tego powodu, iż widziałem horrory dużo bardziej zasługujące na owo zaszczytne wyróżnienie, ale mówi się trudno. Trójka cwanych złodziejaszków postanawia obrobić bank w małym, położonym gdzieś na uboczu miasteczku. Robota ma być łatwa i szybka, ale po dotarciu na miejsce bandytów ogarnia coraz większy niepokój. Mała mieścina wydaje się być kompletnie wyludniona, a po jej pustych ulicach krąży straszliwy upiór. Z obecnością tajemniczego stwora wiąże tajemnica skrywana przez małego chłopca... "Black Gulch" niczym nie specjalnym mnie nie zachwycił, ale oglądało się go przyjemnie. Sporo ciekawych nawiązań do twórczości Quentina Tarantino, zwłaszcza w sferze dialogów, odrobina gore i trochę czarnego humoru.
"Family Portraits: A Trilogy of America" (2003, Douglas Buck) - pierwszy horror długometrażowy zaprezentowany na festiwalu i obok trylogii Nacho Cerdy mój zdecydowany faworyt. Składający się z trzech nowel film Douglasa Bucka stanowił niezwykle depresyjną podroż w głąb prywatnego piekła dysfunkcjonalnej rodziny, psychicznego terroru i emocjonalnej grozy. Pierwsza nowelka "Cutting Moments" z 1997 roku w sposób wyjątkowo sugestywny przedstawia kompletny rozpad więzi rodzinnych w średniozamożnej, amerykańskiej rodzinie. Młoda żona pragnie być kochana i usilnie próbuje zwrócić na siebie uwagę swojego nieczułego męża (ubiera się w czerwoną suknie, aby być bardziej powabna, ale bez sukcesu). Mąż nie czuje wobec niej nic, jego uwaga skupia się natomiast na synu, którego bije. Stojąc przed lustrem zrozpaczona kobieta najpierw rozciera sobie gąbką aż do krwi usta, a potem ucina wargi nożyczkami, co wreszcie skłania jej męża do ostatecznego (i maksymalnie obscenicznego) wyrażenia swoich uczuć. Dołujący i brutalny horror, w którym już z mimiki twarzy głównych bohaterów, można wyczytać w jakim mentalnym piekle żyją. Druga nowelka "Home" z 1998 roku przedstawia również skrajnie pesymistyczny obraz kolejnej, amerykańskiej rodziny. Tym razem Buck nie postawił na szokowanie realistycznymi scenami sadomasochistycznego gore, a skupił się bardziej na psychice poszczególnych członków rodziny, zwłaszcza na osobie ojca. Film kończy się mocną w swojej wymowie sceną, w której mężczyzna morduje swoja żonę i córkę. I choć mord ten następuje poza kadrem, to zakończenie jest bez wątpienia bardzo depresyjne. Ostatnia i zarazem najdłuższa nowelka zatytułowana "Prologue" z 2003 roku opowiada o nastolatce, która została napadnięta i brutalnie zgwałcona przez zboczeńca, który obciął jej obie dłonie. Właśnie wychodzi na wózku inwalidzkim ze szpitala, a ojciec zabiera ją do domu rodzinnego, w małym mieście gdzie wydarzyła się ta tragedia. Matka zamieszkująca w miasteczku wita ją chłodno, a dziewczyna nie czuje się zbyt dobrze w miejscu przywołującym najgorsze wspomnienia. Postanawia więc stanąć twarzą w twarz z jej oprawcą, lokalnym malarzem Benjaminem Millerem, który rysuje obsceniczne obrazki młodziutkich dziewcząt. "Prologue" wydaje się być najbardziej optymistyczną nowelką spośród wszystkich zgromadzonych w "Family Portraits", ale i tak oglądałem ją z zapartym tchem.
"The Ghouls" (2003, Chad Ferrin) - dużo dobrego słyszałem o wcześniejszym horrorze Chada Ferrina "Unspeakable" z 2000 roku, nastawiłem się więc na mocne, pobudzające do myślenia kino. Rozczarowanie było spore, bowiem "The Ghouls" to film płytki i niezbyt udany. Eric (Timothy Muskatell) jest reporterem, który trudni się nagrywaniem przy pomocy kamery obrazów zbrodni i wypadków, po czym sprzedaje je mediom w celu publicznej konsumpcji. Pewnej nocy jest świadkiem morderstwa oraz kanibalizmu młodej kobiety dokonanego przez ludzi żyjących w podziemiach miasta, którzy pożywiają się ludzkim mięsem. Udaje mu się ujść z życiem, ale jego materiał z zajścia trafia szlag. Przy pomocy swojego kolegi Trenta, Eric postanawia zejść do kanałów i odszukać kanibali, by nakręcić o nich film, który uczyni go sławnym i bogatym, ale to 'ghoule' odnajdują go pierwsi... Film ten próbuje zwrócić uwagę widza na demoralizujący aspekt mediów przy jednoczesnym ukazaniu reporterów takich jak Eric jako osób żerujących na cudzym nieszczęściu, ale tematykę ową podejmował już w znacznie efektywniejszy sposób słynny "Cannibal Holocaust" Ruggero Deodato. Sam film bardziej mnie śmieszył aniżeli przerażał, ale oglądało się go bez większego bólu.
"Callous Sentiment" (2002, Vincent Grashaw) - kolejna festiwalowa niespodzianka, bo ten trzynastominutowy horror wprowadził mnie w niemy zachwyt. Bohaterem "Callous Sentiment" jest młody chłopak imieniem Baskin (Jeremy Pryer), który codziennie wychodząc z domu mija opuszczony plac zabaw. Z miejscem tym wiąże się wiele tragicznych zdarzeń takich jak napaść, samobójstwo czy morderstwo. Chłopak podświadomie widzi owe przerażające wydarzenia, a odciskają one na jego psychice tak silne piętno, że prowadzą go do szaleństwa. Świetnie nakręcony i sfotografowany krótkometrażowy horror, w którym na sam widok pustego placu zabaw przebiegał mnie dreszcz grozy. Uwielbiam takie horrory o dość mrocznej i posępnej tematyce i już nie mogę się doczekać nowego dzieła Vincenta Grashawa.
Na koniec wypada wspomnieć o polskich filmach grozy, których kilka wyświetlono w pierwszym dniu festiwalu. Z przykrością muszę jednak stwierdzić, że ich poziom był żenująco słaby. Zarówno "Drimm" Marcina Pośpiecha jak i "Hiena" Łukasza Kozaka były straszliwie nudne i zupełnie pozbawione atmosfery grozy. Na plus wyróżniał się jedynie horror "Skurcze" w reżyserii Szymona Jakubowskiego, ale tylko pod względem wizualnym (był przepięknie sfotografowany). Wniosek nasuwa mi się jeden - Polacy nie potrafią i jeszcze przez długi czas nie będą potrafili stworzyć porządnego filmu grozy, który naprawdę będzie mroził krew w żyłach i zachwycał inteligentnie opowiedzianą historią.
(Embalmer)
Dzień drugi - 6 XI 2004
Drugi dzień Horror Fiesty spoczął na barkach
hiszpańskiego reżysera Nacho Cerdy. Trudno się dziwić - to pokaz jego twórczości budził najwięcej oczekiwań wśród fanów gatunku. Zanim jednak przejdziemy do twórcy "Aftermath", czas na podsumowanie wcześniejszych projekcji, w trakcie których zabrakło może prawdziwych odkryć i "niespodzianek sezonu" (w zamian sporo programowych nieporozumień - tu nagrodę kamienia milowego przyznaję filmowi "Zymosis" niejakiego Daniela-Jamesa Matrundoli z Kanady), ale na brak emocji nie można było narzekać.
W końcu, gdzie można było szóstego listopada tego roku obejrzeć psychodeliczny, rosyjski horror gore, niezwykłe filmy hiszpańskie, klasyczne w duchu angielskie kino grozy, szereg eksperymentów formalnych i (dla nich szczególne brawa!) polskie, pół-amatorskie produkcje świecące w tym roku prawdziwe triumfy! A to wszystko w przeciągu paru sobotnich seansów. Jeśli patrzeć na festiwale przez pryzmat różnorodności to organizatorom Horror Fiesty należą się szczególne brawa - pokazali nam wiele obliczy horroru. I nawet jeśli narzekaliśmy, że w konkursowych zmaganiach zdecydowanie przeważały produkcje "z przymrużeniem oka", że zabrakło (z paroma wyjątkami) filmów mocnych i prowokacyjnych, to pamiętajmy, że kino niezależne rządzi się własnymi prawami. Jak nigdzie indziej, preferowana jest tam niczym nie krępowana zabawa gatunkiem.
Wśród komedii zwyciężył film Allana Pipera "Roommate from Hell", który można potraktować jako sympatyczny dodatek do "Jeepers Creepers". Współtwórcy pierwowzoru przedstawiają nam naszego ulubionego Creepera jako Toda - demona z VIII Kręgu Piekieł, wywołanego przez niepomnego konsekwencji Dave`a. Jego współlokator Eryk będzie musiał teraz rozdzielić domowe obowiązki po równo, bo jak powszechnie wiadomo: łatwiej demona wywołać niż odesłać na tamten świat. Z polskich produkcji, które sprawdzają się wyłącznie na polu komediowym, wyróżnił się "Was ist los?" Pawła Czarzastego. Grupa przyjaciół wyjeżdża na wakacje do górskiej chatki, którą zamieszkuje tajemnicza istota w postaci… (nie, nie będę psuł wam wrażeń) A nie trzeba tłumaczyć, że z przyjazdu nowych gości nie będzie specjalnie zadowolona. Film amatorski (ze wszystkimi tego konsekwencjami), ale za to naprawdę dowcipny i oryginalny. Rzadko zdarza się polska produkcja zrealizowana po niemiecku z morderczą lodówką, kanapą i prysznicem w tle!
Osobiste wyróżnienie przyznałbym "La Consulta del Dr. Natalio" Javi Camino, surrealistycznemu filmowi z Hiszpanii, który ze swoją czarno-białą stylistyką i sadystycznym doktorem w roli głównej nawiązał do najlepszych tradycji gatunku z Półwyspu Iberyjskiego (Jess Franco, where are you?!). Falę entuzjazmu na widowni wywołał "Danger Zone" Dylana Keelinga o mężczyźnie, któremu (pod wpływem zbyt długiego przesiadywania na stronach erotycznych w Internecie) przyrodzenie nie tylko urosło do gigantycznych rozmiarów, ale na dodatek postanowiło wrzucić coś na ząb (a ma zęby, ma)… Jeśli by się ktoś pytał, to tak wygląda dzisiaj nowe kino edukacyjne…
W pastiszowym dziele wystąpił nasz ulubiony Doug Bradley. "On Edge" Frazera Lee przywołuje na myśl "Dentystę" Yuzny (Pinhead jako niezaspokojony dentysta-sadysta) i nie byłoby w nim nic szczególnego gdyby nie… rola Bradleya właśnie. Z kronikarskiego obowiązku dodam, że ten sam duet jest odpowiedzialny za całkowicie wyzbyte sensu "Red Lines". Ale nie ma co narzekać - Doug Bradley już swoją rolę życia ma…
Ciemną stronę gatunku miało odsłonić rosyjskie "Gvozdi" zapowiadane jako "psychodeliczne kino gore" z płatnym zabójcą na zleceniach rządu w roli głównej. Tenże, by odegnać dręczące go wizje, zaczyna wbijać sobie gwoździe w głowę. Na zapowiedziach się niestety skończyło, choć film znalazł paru zwolenników, na przykład takiego Morta :) (gwoli wyjaśnienia: też się zawiodłem, bo film był momentami zbyt rozwlekły i przeeksperymentowany, jeśli można użyć takiego sformułowania, niemniej scena mordu kobiety, która "nie miała duszy" była naprawdę odjechana - przyp. Mort). Luki budżetowe widoczne są aż nadto i naprawdę trudno przymknąć na nie oko. To jedno z tych dzieł, które "chce, ale nie może". Dało się to poznać po reakcjach widzów - jedni wybuchali histerycznym śmiechem, a drudzy znaleźli dobry moment by odespać piątkowe imprezy.
Problem innego rodzaju spotkał "Two Story House", zapowiadający się na elegancką ghost story. Jak się jednak okazało, ciężko zbudować napięcie w kilkunastominutowym metrażu opierającym się wyłącznie na gatunkowych kalkach (duchy w oknie, tajemnicza właścicielka, samotnie bawiąca się dziewczynka, hałasy w opuszczonym mieszkaniu). Żal także niezwykle pomysłowego "Mime After Midnight". Pomysł krótkiego slashera z mimem w roli głównej był znakomity, ale dlaczego wykorzystać nadarzającą się okazję dopiero po jakichś dwunastu minutach! Początek, w którym mim "rozmawia" na przystanku ze swoją przyszłą ofiarą jest nieznośny i w niczym fabuły nie ubogaca. Przynajmniej w finale Armando D. Munoz pozwolił sobie na mały "gore fest", za który mu serdecznie dziękujemy. Ten 23-minutowy film byłby jednak znacznie, znacznie ciekawszy gdyby ograniczył się do przysłowiowego kwadransa. Dodatkowy plus za znakomitą scenę z mimem przebierającym w swoim "arsenale broni" - na białej ścianie widać jedynie rozrysowane kontury przedmiotów.
Najlepiej z zadania wyszedł jak dla mnie krótki "Scream for Me!" Christophera Alana Broadstone`a. Oto morderca pastwiący się nad swoją kolejną ofiarą wpada w szpony innego psychopaty. Ta przewrotna fabuła nie tylko trzyma od początku do końca w napięciu, ale na dodatek zadziwia profesjonalizmem wykonania i gry aktorskiej (słusznie nagrodzono w tej kategorii Tony`ego Simmonsa). Cieszy także, że obejrzeliśmy film, który ze swoich pozornych niedostatków (zamknięta przestrzeń, jednolita, czerwona kolorystyka kadru, trzech aktorów) uczynił główne atuty. Tak konsekwentnego, przemyślanego dzieła jeszcze na Horror Fieście nie było (choć ktoś mi podpowiada, że jest jeszcze niejaka "Druga Strona Cienia").
Ostatnim pokazem w Domu Sztuki był pełnometrażowy "London Voodoo" Roberta Prattena, który sam pofatygował się do Warszawy. Fabuła aż nieprzyzwoicie typowa. Czas na cytat: "gdy nowojorski analityk przeprowadza się z rodziną do Anglii, jego żona popada w niewolę pradawnego ducha". Tadadam! Mówiąc krótko: jest dom, jest piwnica, w której ni stąd ni zowąd znajdują się zwłoki, jest wreszcie kobieta, która zaczyna pod wpływem tego wszystkiego babrać palcami w cukrze (dosłownie!), a wszystko to oblane oczywiście odpowiednią warstwą voodoo i scenariuszowych nieprawdopodobieństw. Aha i zapomniałbym o finałowym moralitecie (ojcze, walcz z pracoholizmem, zajmij się swoją żoną i dziećmi!). Po prostu film, który może zadowolić jedynie Morta… (to wynik wyrobionej tolerancji na filmowe badziewie... jednak muszę przyznać, że finał był faktycznie koszmarny, a nagroda dla tego filmu to kompletna pomyłka - przyp. Mort). Dodam, że jury z Andrzejem Kołodyńskim na czele, przyznało "London Voodoo" pierwszą nagrodę.
Po ponad godzinie przerwy (starczyło na przejażdżkę metrem i obiado-kolację) czas zająć miejsca w kinie Luna. Zanim rozpoczęła się iście hiszpańska noc z kluczem programu w postaci jedynego w swoim rodzaju Nacho Cerdy, czekała nas kolejna potyczka z filmami konkursowymi (zrozumcie, godzina 23:00, piąty pokaz tego dnia, dziewiąta godzina w kinie, wystarczy?). O tej godzinie mogli już sobie darować puszczanie kina eksperymentalnego w stylu "Ritualis" czy "La fin de Notre Amour", ale na szczęście w sukurs wszystkim przyszła niezastąpiona "Pervula"! Co prawda, zaznaczam od razu, Friedrich Wilhelm Murnau na widok takiej wersji "Nosferatu" przewróciłby się w grobie, ale nasze serca "Pervula" zdobyła za jednym zamachem! Piękna stylizacja na ekspresjonizm, czarno-biała taśma, a z drugiej strony zdumiewające pomysły narracyjne, których nie powstydziłby się sam Alex De la Iglesia. Nie był to oczywiście dowcip specjalnie wyszukany, ale jak na zabawę konwencją reżyser pokazał się od najlepszej strony.
Osobny akapit należy się KIMUAK-owi, przeglądowi krótkometrażowych hiszpańskich filmów grozy. Przegląd raczej skromny i miejscami dyskusyjny (parę tytułów nie miało z gatunkiem nic wspólnego), ale za to wypełniony dziełami, które festiwalowe podróże mają już za sobą. Obejrzeliśmy więc między innymi klasyczną adaptację "Kruka" Edgara Allana Poe, ironiczny film wokół snuff movies, ale najlepsze zostawiono na sam koniec. "El Tren de la Bruja" bez żadnych problemów wygrałby tegoroczną Horror Fiestę. Jego bohater decyduje się wziąć udział w płatnym eksperymencie, w którym badana jest ludzka odporność na strach. Przekonany, że nic nie jest w stanie go przerazić, pewny siebie, zajmuje miejsce w fotelu dentystycznym ustawionym na środku sali. Jakże się myli. Gdy zgaśnie światło jego nerwy rzeczywiście zostaną wystawione na krańcową próbę. W 17 minut Koldo Serri udała się rzecz pozornie niewykonalna - wprowadzić widzów w nastrój, utożsamić z bohaterem, a dodatkowo naprawdę przerazić.
I wreszcie. Po "El Tren de la Bruja", tego dnia pozostało już jedno, jedyne wydarzenie. Filmy Nacho Cerdy. Reżysera-pasjonata, poruszającego się na obrzeżach gatunku, od lat kręcącego dzieła autorskie i niezależne. Obejrzenie jego niepisanej trylogii za jednym zamachem dało nie tylko szansę odkrycia jego niewymiernego talentu, ale i dostrzeżenia jak Cerda przez lata precyzował swój własny język kina doprowadzając go do perfekcji. Inaczej mówiąc, jak stawał się twórcą w pełni tego słowa znaczeniu. Retrospektywę rozpoczął czarno-biały "The Awakening" nawiązujący do filmu "Paryż śpi" Rene Claira, klasyki francuskiej awangardy lat dwudziestych. Młody chłopak zasypia w trakcie lekcji. Gdy budzi się, dostrzega, że jego rówieśnicy i nauczyciel - wszyscy zamarli w bezruchu. Tu jednak przyczyną zatrzymania biegu czasu nie jest, jak w filmie Claira, szalony naukowiec. Cerda w niezwykle piękny, poetycki sposób nakręcił rodzaj pośmiertnej impresji.
Jeszcze dojrzalszą (wielu uważa, że obrazoburczą), bardziej osobistą i dookreśloną wizję śmierci przedstawił w swoim przełomowym "Aftermath" z 1994 roku. Na szczęście, w 10 lat po premierze, mogliśmy zmierzyć się z nim bez skandalicznej otoczki towarzyszącej mu od pierwszej projekcji. Trudno się dziwić takiemu przyjęciu. Nie przypominam sobie tak naturalistycznego i bezpośredniego przedstawienia człowieka post mortem. Odwiedzamy kostnicę, towarzyszymy sekcji zwłok bez cięć montażowych, oglądamy scenę nekrofilii, a całość podsumowują niezwykle sugestywne finałowe kadry. Jednak "Aftermath" nie ma, jak się może zdawać, stylu paradokumentu. Wspaniale skomponowane zdjęcia w połączeniu z klasyczną muzyką wprowadzają w rytm niemal elegijny. Dzieło, które albo was zachwyci albo wzbudzi wasz odruch sprzeciwu, ale na pewno nie pozostawi obojętnymi.
Dopiero "Genesis", koronacja trylogii, pogodziła publiczność. Biorąc pod uwagę styl, treść jest w swojej mierze dziełem absolutnym. Arcydziełem, w którym Cerda ożywia mit Pigmaliona i Galatei i czyni spotkanie człowieka ze śmiercią realnym przeżyciem. Historia rzeźbiarza, który po zgonie żony oddaje całą swoją dalszą egzystencję temu, by wrócić ukochaną do życia, wymyka się jednoznacznej interpretacji. Jakkolwiek ją potraktujemy, trudno nie ulec sile obrazów, za pomocą których reżyser buduje narrację.
Przybierają one w filmie rangę symboli, słów kluczy o niespotykanej dotąd u tego reżysera wymowie. Miejmy nadzieję, że "Genesis" (zdobywca głównych nagród na festiwalach Fant-Asia i Sitges) zainteresuje polskich dystrybutorów. A z pewnością jest filmem, który na uwagę zasłużył najbardziej.
O czwartej nad ranem wyszliśmy z kina Luna z uginającymi się od zachwytów kolanami. Tak pięknego akcentu końcowego drugiego dnia Horror Fiesty nawet my nie mogliśmy sobie wymarzyć.
(flagg)
Dzień trzeci – 7 XI 2004
Niedziela była niestety ostatnim dniem Horror Fiesty, ale leciały za to same horrory długometrażowe. Wyczekiwałem zwłaszcza na argentyński zombie horror "Plaga Zombi: Zona Mutante" zrealizowany w 2001 roku przez dwójkę zapaleńców kina grozy Hermana Saeza i Pablo Paresa. Było to moje pierwsze spotkanie z argentyńskim filmem grozy, a jako że jestem fanem horrorów ze wszystkich stron świata, byłem bardziej niż podekscytowany.
"Plaga Zombi: Zona Mutante" (2001, Herman Saez, Pablo Pares) – po zakończeniu projekcji tej oszałamiająco krwawej horror-komedii nie opuszczała mnie myśl, iż miałem do czynienia z argentyńską odpowiedzią na "Braindead" Petera Jacksona. Wpływy twórczości zarówno Jacksona jak i Sama Raimiego można było dostrzec gołym okiem. O fabule wspomnę tylko w skrócie: trójka zabijaków przedziera się przez miasto opanowane przez krwiożercze zombies. Film wypełniała ogromna dawka krwi i makabry odpowiednio zrównoważona przez masę humoru i gagów. Po raz pierwszy na ekranie ujrzałem np.: zombies rastamanów czy zombiaka mającego krwawy wytrysk. Efekty specjalne były świetne, a akcja pędziła na złamanie karku i nie pozwalała na odwrócenie uwagi. Trio głównych bohaterów miało w sobie wystarczająco dużo charyzmy, aby stać się postaciami kultowymi dla miłośników gatunku. I choć generalnie nie trawie komediowych horrorów, to na "Plaga Zombi" bawiłem się znakomicie i nie byłem w tym odosobniony.
"Freak Out" (2004, Christian James) – para zwariowanych na punkcie kina grozy nastolatków, Merv Doody oraz jego bliski kumpel Onkey przyjmują do siebie młodocianego zbiega z zakładu psychiatrycznego znanego jako Looney. Merv postanawia, korzystając ze swojej obfitej wiedzy na temat Jasona, Freddy’ego Kruegera czy innych filmowych morderców, wytrenować nieudolnego frajera na prawdziwą maszynkę do zabijania. Kiedy jednak Looney dokonuje masakry w supermarkecie oraz na przyjęciu w domu Merva, oboje tj. Merv i Onkey postanawiają go powstrzymać. Ta utrzymana w konwencji horroru typu slasher komedia momentami rozbawiła mnie do łez i stanowiła dużą odskocznie od krwawych horrorów, które oglądam niemal codziennie. Choć zawarty tutaj humor był niekiedy głupiutki i infantylny aż do bólu, to jednak niektóre sceny jak chociażby wywiad Merva w miejscu jego przyszłej pracy były wręcz histerycznie śmieszne. Fani "The Evil Dead" powinni z zadowoleniem przyjąć dwa lub trzy momenty parodiujące klasyk Raimiego. Po obejrzeniu "Freak Out" wielu moich znajomych uznało ten film za najlepszy horror festiwalu, z czym się jednak nie zgodziłem (ja też - przyp. Mort). Dla mnie horror powinien w pierwszej kolejności straszyć, a w drugiej wzbudzać uczucie obrzydzenia, a nie wywoływać salwy śmiechu u widza. Z niecierpliwością oczekiwałem więc na kolejny i zarazem ostatni horror zaprezentowany na festiwalu, a mianowicie na brytyjski "The Last Horror Movie".
"The Last Horror Movie" (2003, Julian Richards) – Max Parry (Kevin Howarth) z zawodu trudni się kręceniem ślubów i podobnych uroczystości. Jest kochającym ojcem swojej rodziny, ale nikt z jego bliskich nie przypuszcza, iż Max ma swoje drugie życie będąc sadystycznym mordercą z blisko 50 ofiarami na swoim koncie. Swoje zbrodnie uwidacznia na kamerze, a w jego działalności pomagają mu wynajęci do nagrywania asystenci. Świetnie zagrany i chwilami autentycznie szokujący horror zadający szereg ciekawych pytań dotyczących natury dobra i zła. Co prawda nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że fabuła "The Last Horror Movie" została mocno zainspirowana belgijskim "Man Bites Dog" i austriackim "Funny Games", ale po pewnym czasie przestałem na to w ogóle zwracać uwagę i rozkoszowałem się wydarzeniami na ekranie. Monologi Maxa ze swoimi konającymi bądź mającymi dopiero umrzeć ofiarami są fascynujące, a sceny zabójstw do najlżejszych nie należą. Ba, powiem więcej – są autentycznie brutalne, szokujące i radykalne w swojej wymowie (podobno kilka osób opuściło pokaz, co mnie specjalnie nie zdziwiło), a takie podejście do realistycznego ukazywania przemocy jest w brytyjskim horrorze bardzo rzadko spotykane. Na koniec słówko o odtwórcy głównej roli - Howarth niemalże stapia się ze swoją aktorską kreacją, jest niewiarygodnie charyzmatyczny jako Max i niewątpliwie nie brakuje mu erudycji. Reasumując, horror bardzo udany i stanowiący świetne zwieńczenie tej niezwykle udanej imprezy, jaką była tegoroczna Horror Fiesta.
(Embalmer)
WYNIKI
Jury w składzie:
Przewodniczący: Andrzej Kołodyński - krytyk filmowy
Michał Chaciński - krytyk filmowy
Bartek Fukiet - krytyk filmowy
Piotr Mańkowski - krytyk filmowy
Stanisław Mąderek - reżyser i scenarzysta
postanowiło przyznać nagrody w następujących kategoriach:
Najlepszy Film Pełnometrażowy
LONDON VOODOO
reżyseria Robert Pratten (Anglia)
Najlepszy Film Krótkometrażowy
BLACK GULCH
reżyseria Michael Strode (USA)
Najlepsze Aktorstwo
Tony Simmons
za role w filmach
MY SKIN i SCREAM FOR ME
w reżyserii Christophera Alana Broadstone’a (USA)
Najlepszy Horror Komediowy
ROOMMATE FROM HELL
reżyseria Allan Piper (USA)
Najlepszy Polski Horror
nagrody nie przyznano
Wyróżnienia otrzymali:
Marcin Czajkowski i Michał Gutowski
za walory wizualne filmu
DRUGA STRONA CIENIA
w reżyserii Marka Cichego
Paweł Czarzasty
za poczucie humoru wykazane w filmie
WAS IST LOS?
Nagroda Publiczności
PLAGA ZOMBIE: ZONA MUTANTE
reżyseria Hernán Sáez i Pablo Parés (Argentyna)