Recenzja horroru

Podsumowanie roku 2007
Array

Boom na horrory trwa, z czego pozostaje się tylko cieszyć. W zeszłym roku światło dzienne ujrzało sporo ciekawych tytułów, które cieszą oko fana grozy. Festiwale gatunkowe na całym świecie były miejscami premier dobrych, często znakomitych filmów, zarówno uznanych twórców jak i debiutantów na horrorowym poletku. "All The Boys Love Mandy Lane", "The Orphanage", "Stuck", "WAZ", "30 Days Of Night" czy "Seed" to tytuły na które warto zwrócić uwagę.

Na kinowych ekranach na dobre zagościły przeróbki starych, uznanych tytułów. Można się na to zrzymać, ale wydaje się, że przerabianie kolejnych klasyków nie wywołuje już takich emocji. Ot, Hollywood odkryło kolejną kurę znoszącą złote jajka i będzie eksploatować pomysł do czasu, aż wpływy ze sprzedaży nie spadną poniżej kosztów produkcji. Ale to przecież nie oznacza, że horrormaniacy są skazani tylko na średniobudżetową amerykańską tandetę. Zresztą i w Fabryce Snów powstało kilka niezłych filmów, na które warto zwrócić uwagę - "Joshua", "Wrong Turn 2: Dead End", "1408" czy wspomniane już "30 Days Of Night".

Ale nie samym mainstreamem człowiek żyje i jak to zwykle bywa to właśnie poza wielkimi studiami należy szukać najciekawszych reprezentantów gatunku. Dlatego warto rozejrzeć się za takimi tytułami jak "The Girl Next Door", "Signal" czy "Storm Warning" i "Black Water". I spokojnie można darować sobie znakomitą większość azjatyckich produkcji, a ten czas poświęcić na zapoznanie się z odradzającym się horrorem europejskim.

Co dla polskiego widza najważniejsze to fakt, że nad Wisłą nastały czasy całkiem łaskawe dla horrormaniaków. Na ekrany kinowe trafiły wszystkie większe filmy. Można było zobaczyć "Straż Dzienną", "Niepokój", "1408", "The Host" i nie tylko. Rynek DVD również rozwija się w przyzwoitym tempie - Carisma i IDG wydają tytuły w cenach akceptowalnych dla zwykłego zjadacza chleba. Fakt, że sporo tam śmiecia i obrazów zwyczajnie tragicznych, ale trafiają się i perełki "A Tale Of Two Sisters", "Broken", "Hatchet", seria "Masters of Horror" czy "6 Films To Keep You Awake". Pochwalić należy również serię "Horrory Świata", która umożliwia zaznajomienie się z horrorem nie tylko amerykańskim, europejskim i japońskim. Czyli nie jest tak źle, jak mogłoby się wydawać i polski horrorysta nie jest skazany tylko na piractwo pod banderą torrenta czy muła.

Tym razem postanowiliśmy zrobić podwójną listę - filmów najlepszych i tych najgorszych wydanych w Polsce w zeszłym roku. Każdy tytuł w rankingu doczekał się kilku słów uzasadnienia - dlaczego uważamy, że daną pozycję warto obejrzeć, lub dlaczego należy ją omijać. Pod uwagę wzięliśmy tylko tytuły wydane w Polsce na DVDi te wyświetlane w kinach (choć z niezrozumiałych powodów zabrakło w zestawieniu pozycji z Horror Festiwalu ;-) od stycznia do grudnia ubiegłego roku. Każdy redaktor głosował na 10 hitów i tyleż kitów. Wyniki przeliczonych głosów prezentujemy poniżej. Mamy nadzieję, że to podsumowanie wywoła trochę kontrowersji, w końcu to tylko nasze subiektywne oceny. Na pewno znajdą się oburzeni, którzy uważają "Saw 3" za arcydzieło "psychologicznego horroru" (tak, tak, są tacy!), lub ci, którzy uważają, że "A Tale Of Two Sisters" to tylko ładnie sfotografowana bzdurna historyjka, która nie potrafi niczym zaskoczyć (ja należę do tej grupy). W każdym razie zapraszamy do zapoznania się z listą hitów i kitów polskiego filmowego rynku grozy 2007.


grzEGOrz

Najlepsza 10

Wolf Creek

(Wolf Creek)

reż. Greg Mclean

54 pkt.

Spieczone żarem słońca pustkowia kontynentu australijskiego. Monumentalny krater Wolf Creek – jeden z największych i najlepiej zachowanych astroblemów na świecie. Cel podroży Bena, Liz i Kristie. U jego podnóża natrafią na swe przeznaczenie utopione w oceanie bólu i cierpienia. Mick Taylor, genialnie zagrany przez Johna Jarrata. Okrutny, wyrachowany morderca polujący na nieświadomych zagrożenia turystów. Torturowanie schwytanych ofiar sprawia mu nie lada przyjemność, uwielbia przecinać rdzeń kręgowy. Wstrząsający survival horror Grega McLeana to obok “Haute Tension” największa niespodzianka roku 2005. Absolutny emocjonalny rollercoaster, luźno oparty na przerażającej serii morderstw Ivana Marko Milata, autentycznie wgniatający w fotel i na dodatek wiarygodny psychologicznie. Olśniewające, malownicze kadry australijskich plenerów kreują niezapomniany nastrój osamotnienia, a parę scen paraliżuje bezwzględną brutalnością. Z utęsknieniem wyczekuje na drugi horror McLeana „Rogue” traktujący o zmaganiach człowieka z krwiożerczym krokodylem.
Embalmer

Izolacja

Isolation

reż. Billy O’Brien

37 pkt.

Tytuł największej niespodzianki roku trafia w ręce debiutującego irlandzkiego reżysera, Billy’ego O’Briena. Spodziewaliśmy się dobrze skrojonego B-movie, dostaliśmy tymczasem kawał kina grozy z najwyższej półki. O’Brien jak na nice obraca bliski kinu Z scenariuszowy pitch „zmutowane krowy atakują!” (Nu Image już podpisało kontrakt na remake!) i przemienia go bez specjalnego zażenowania w mroczny survivalowy technothriller. Podchodzi przy tym do swojego tematu z namaszczeniem dokumentalisty i rygorem naukowca, próbując w możliwie jak najbardziej wiarygodny sposób przedstawić zajścia na jednej z irlandzkich farm, a przy tym cyzeluje swoją narrację do granic możliwości rezygnując z wszelkich fabularnych ozdobników. W rezultacie film od początku do końca trzyma widza za gardło, a termin „projekcja-identyfikacja” podczas seansu „Izolacji” nabiera pełni sensu. Warto także docenić debiut O’Briena od strony czysto technicznej – przede wszystkim robi wrażenie sposób wykorzystania dźwięku, a także zdjęcia. Osobne brawa należą się zatem operatorowi Robbie Ryanowi, który znakomicie przelał na język filmu pomysły reżysera całkowicie obezwładnionego swoją autorską wizją. Wypada jednak na koniec zaznaczyć, że „Isolation” jest niewątpliwie jednym z tych filmów, który dzieli publiczność na dwa obozy na wzór znanej sentencji: „będziecie go albo kochać, albo nienawidzić”. Podkreślam to, by ustrzec się przed ewentualnymi postami z działu „skarg i zażaleń” („to wy nam polecaliście tego nudnego, pretensjonalnego gniota!?”).
flagg

W mroku zła

Broken

reż. Simon Boyes, Adam Mason

30 pkt.

Oparty na autentycznych wydarzeniach i nakręcony skromnymi środkami survival horror, który bije na głowę setki wysokobudżetowych knotów. Mocne i brutalne, a zarazem przejmujące kino, które bez reszty wsysa widza i nie pozwala oderwać oczu od ekranu. Adam Mason wraz z Simonem Boyesem nakręcili fascynującą opowieść o konfrontacji psychologicznej pomiędzy napastnikiem a ofiarą, nadając jej prawdziwie dramatyczne oblicze. Do tego dołożyli nieprzyjemny klimat izolacji w leśnej głuszy oraz kilka doskonale zrealizowanych i budzących odrazę kawałków gore – mogę się założyć, że po obejrzeniu sceny z żyletkami w trzewiach już nigdy nie zdołacie wyrzucić jej z pamięci. Wespół z „Wolf Creek”, „Broken” stanowi surviavalowy zestaw obowiązkowy roku 2007, którego wstyd nie znać.
Mort

Opowieść o dwóch siostrach

Janghwa, Hongryeon

reż. Ji-woon Kim

29 pkt.

Mimo, że niezwykły film Jee-woon Kima ukazał się na naszym rynku 4 lata po światowej premierze, jest się z czego cieszyć. Ten mroczny dramat psychologiczny podany w formie klimatycznego horroru to prawdziwe osiągnięcie kinematografii koreańskiej. Inteligentnie i precyzyjnie skonstruowana fabuła, powolne, ale nigdy nie nużące tempo akcji, doskonałe kreacje aktorskie, urzekająca oprawa muzyczna oraz autentyczna groza, której nie wywołują nachalnie dźwięki wydobywające się przy byle okazji. A do tego zdjęcia Mo-gae Lee, które stanowić będą niedościgniony wzór dla setek tysięcy filmowców jeszcze przez wiele lat. Deszcz w pełni zasłużonych nagród potwierdza status jednego z najlepszych obrazów gatunku tej dekady. Jeśli jeszcze go nie oglądaliście, to lepiej nie przyznawajcie się do tego publicznie i czym prędzej nadróbcie braki.
Mort

Topór

Hatchet

reż. Adam Green

28 pkt.

Oto horror na który czekali wszyscy wielbiciele slasherów z lat 80-tych! Krwawy, nurzający się w schematach, wypełniony po brzegi prostackim humorem, ale w pełni oddający ducha tamtego okresu, bo zrobiony przez fana dla fanów. Do tego rozjuszony i zdeformowany morderca Victor Crowley, którego niektórzy już określają mianem nowej ikony horroru oraz kilka smakowitych epizodów, w których pojawiają się znane każdemu maniakowi twarze gatunku. Czy jest to arcydzieło, jak chcą jedni, czy tylko zgrabnie nakręcony film wykorzystujący znaną konwencję, jak twierdzą inni – oceńcie sami. Nic jednak nie zmieni faktu, że to jeden z najciekawszych filmów, które ukazały się w tym roku. O sile obrazu niech świadczy fakt, że jeden z dużych rodzimych serwisów grozy przypisał mu nawet zwycięstwo w pierwszej edycji horrorfestiwalu w Multikinie :)
Mort

Hotel zła

Cold Prey

reż. Roar Uhtaug

21 pkt.

Slashery to obok zombie chyba najbardziej żywotny ze wszystkich nurtów filmowej grozy. Ale trzeba spojrzeć w inną stronę niż USA, żeby znaleźć reprezentanta gatunku, który wyzwolił się z kopiowania kanonów wytyczonych przez "Piątek trzynastego" z wydawałoby się nieśmiertelnymi regułami subgatunku, a jednocześnie wolny od postmodernistycznego mrugania okiem do widza. Roar Uthaug nakręcił film na poważnie, nie starając się odkrywać ponownie Ameryki, ale podchodząc do tematu jak profesjonalista. Otrzymaliśmy więc historię znaną z tysiąca różnych wersji, ale sprawnie opowiedzianą, z sympatycznymi bohaterami, malownicze plenery i trochę krwi. Jest kilka zauważalnych odstępstw od najbardziej wydawałoby się żelaznych reguł stalk'n'slash, co tylko wyszło "Fritt Vilt" na dobre. Solidny film, który powstał w jednym z najmniej oczekiwanych miejsc na świecie (jeśli chodzi oczywiście o opowieści o zamaskowanym mordercy wykańczającym grupę młodych ludzi).
grzEGOrz

28 tygodni później

28 Weeks Later

reż. Juan Carlos Fresnadillo

20 pkt.

(…) świetne zdjęcia, ciekawie zarysowane postaci, kilka autentycznie przejmujących scen, świetny scenariusz, krwawa łaźnia, film z politycznym podtekstem, godny następca filmu Boyle'a może przewyższający nawet oryginał (…)
grzEGOrz

Labirynt Fauna

Pan’s Labirynth

reż. Guillermo del Toro

19 pkt.

Wystawny coming-to-age horror film, którym Guillermo del Toro symbolicznie wraca do źródeł. Zapomnijcie zatem o baśni typowej dla ery Myszki Miki, meksykański reżyser powraca do czasów, w których dominowały opowieści pełne okrucieństwa, brzydoty, będące zaprzeczeniem politycznej poprawności. W filmie del Toro nie brakuje scen pełnych grozy (przede wszystkim kłania się tu wyprawa Ofelii do groty Pale Mana), przemocy (Vidal masakrujący podejrzanego o kolaborację chłopa), a reżyser obficie korzysta z ikonografii bliższej gotyckiemu horrorowi niż kinu familijnemu. Zwraca także uwagę niesamowicie subwersywny morał baśni opowiadanej przez reżysera (w skrócie: „per aspera ad astra”), a także dwuznaczna postać samego Fauna, skądinąd najbardziej „ludzkiej” postaci w całym filmie. Autor „Kręgosłupa diabła” bowiem coraz bardziej oddala się od swojej katolickiej wrażliwości na rzecz inspiracji symboliką pogańską i hermetyczną, bliższej korzeniami tradycji stricte mitycznej. „Labirynt Fauna” poświadcza przy tym, że del Toro ze swoim wyczuciem szczegółu, dbałością o stronę wizualną filmu, namiętnością do symboli i stworów jest twórcą urodzonym, by nakręcić adaptację „W górach szaleństwa” Lovecrafta. Biorąc pod uwagę wstrząs, jakim dla publiczności całego świata okazała się opowieść o małej dziewczynce wciągniętej w chaos hiszpańskiej wojny domowej, wymarzony projekt może niedługo się ziścić. „Labirynt Fauna” opus magnum del Toro? Wszystko wskazuje na to, że tylko chwilowo…
flagg

Motel

Vacancy

reż. Nimród Antal

15 pkt.

Gdyby traktować ten film jako krytykę lub satyrę na widza horrorów (a "Kontrolerzy", poprzednie dzieło Antala, zapraszałoby do takiego odczytania), to "Vacancy" trafiłoby pewnie na listę knotów. Ale jeśli odbierać ten obraz w kategoriach czysto rozrywkowych to okazuje się, że mamy do czynienia ze sprawnie nakręconym widowiskiem. Przymykając oczy na nieprawdopodobieństwa fabularne, można się całkiem nieźle bawić. Szczególnie że w rolach głównych można zobaczyć Kate Beckinsale (dla panów) i Luke Wilsona (dla pań). Tak więc z odpowiednim nastawieniem, można miło spędzić 80 minut wolnego czasu.
grzEGOrz

Grindhouse: Planet Terror

Grindhouse: Planet Terror

reż. Robert Rodriguez

13 pkt.

Za pieniądze o jakich twórcy filmów klasy C mogliby tylko pomarzyć, Robert Rodriguez zabiera widza w świat szalonych lat '70. Rodriguez zna się na kinie eksploatacji mniej niż Tarantino, to Quentin wyszedł z pomysłem "double feature", ale paradoksalnie to właśnie pomogło "Planet Terror". "Death Proof" był mocno przegadanym hołdem Tarantino dla samego siebie i niejako przy okazji ukłonem w stronę krainy The Deuce. A dzieło Teksańczyka jest kiczowatą jazdą bez trzymanki, pełną krwi, szalonych pomysłów i obleśnego momentami humoru. Szalone pomysły pogrupowane są w serię mniej lub bardziej powiązanych ze sobą epizodów i stanowią ucztę złego smaku. Rodriguez nie jest zbyt dobrym reżyserem i dlatego udało mu się oddać ducha niezależnych produkcji, które królowały w grindhousach ponad trzydzieści lat temu. Zaś pomysł na bohaterkę z karabinem zamiast nogi jest genialny w swej absurdalności. No i nie można zapomnieć świetnej postaci J.T. ogarniętego obsesją stworzenia najlepszego sosu do barbeque.
grzEGOrz

Najgorsza 10

Dom Usherów

The House of Usher

reż. Hayley Cloake

41 pkt.

Choć konkurencja była spora i zacięta, szczególnie uwzględniając filmowy śmieć wydawany przez Carismę, to "House of Usher" jest zdecydowany faworytem tegorocznego podsumowania. Są czasami takie chwile w recenzenckim życiu, kiedy zwyczajnie słów brakuje. Standardowe zwroty typu "fatalne aktorstwo", "wolne tempo akcji", "zero nastroju", nie są w stanie oddać choć namiastki tego, co prezentuje sobą sam film. Nawet udział Izabeli Miko w tej celuloidowej katastrofie nie jest w stanie pomóc w przetrwaniu seansu. Nie, żeby Miko była dobrą aktorką, ale jest tu kilka na wpół rozbieranych scen, a dziewczyna całkiem ładna. Niestety, jedyne reakcje jakie jest w stanie wywołać jakakolwiek sekwencja z dzieła australijskiej reżyserki to ziewanie. Niestety nie jest to film tak zły, że aż dobry - to nawet nie jest Uwe Boll ani Uli Lommel. To jest absolutna katastrofa. A biedny Poe przewraca się grobie.
grzEGOrz

Noc żywych trupów 3D

Night of the Living Dead 3D

reż. Jeff Broadstreet

27 pkt.

Trójka zbombionych nastolatków ogląda fragmenty „Nocy żywych trupów” w telewizji. Urywki filmu Romero są największą przyjemnością, jaką dostarcza arcyniestrawny gniot wyduszony przez Jeffa Broadstreeta. Trójskładnikowy przepis na zakalec sezonu? Sid Haig zatrudniony na zasadzie: „fajna łysa pała, kolo!”, efekty 3D, których powstydziliby się twórcy „Robot Monstera” i zombiaki, czyli Broadstreet po premierze przygotowuje dzielnicowe who is who: „znajdź swojego sąsiada na ekranie!”. Ot, i cały „Night of the Living Dead 3-D”! A rzekoma scena-mistrz? Dym wypuszczany ze skręta w trójwymiarze! Wow, jestem pod wrażeniem! A cycków w 3-D to już wam się nie chciało pokazać :( ?!
flagg

Krew jak czekolada

Blood & Chocolate

reż. Katja von Garnier

25 pkt.

Przeklinam dzień, w którym postanowiłem pouzupełniać braki i obejrzałem film Katji von Garnier. Nie minęło bowiem dziewięćdziesiąt kilka minut i już miałem zwycięzcę w kategorii najgorszy szrot roku 2007 r. Film przeznaczony wyłącznie dla niepoprawnych romantyków, marzących o pięknej i naznaczonej wątpliwym dramatem miłości z wilkołakami (i akurat pięknym Bukaresztem) w tle. Miało być słodko i strasznie, jest słodko i niestrasznie, poza momentami gdy jest po prostu nieznośnie i pretensjonalnie. Szczytem żenady są sceny przemiany ludzi w wilki, które zasłużyły sobie u LOBO na wyróżnienie w kategorii najgorsza scena roku. Cóż tu więcej pisać?
Mort

UKM: Maszyna do zabijania

UKM: The Ultimate Killing Machine

reż. David Mitchell

23 pkt.

Co będzie rezultatem wojskowego eksperymentu mającego stworzyć z rekrutów amerykańskiej armii prawdziwe maszyny do zabijania? Odpowiedź jest banalna: jeden wielki zlepek tłustych klisz. „UKM” cierpi na kryzys tożsamości: nie potrafi się zdecydować, czy jest komedią, czy niskobudżetowym widowiskiem sci-fi, w którym zmutowany wojownik krąży po kompleksie wojskowym w poszukiwaniu świeżego mięsa, a krew wesoło tryska po ścianach. W rezultacie dostajemy pozbawiony logiki, fatalnie zagrany gniot z ledwie paroma przyzwoitymi scenami gore. Zastanawia mnie jedno: co skłoniło ulubieńca Tarantino Michaela Madsena do zagrania w tej katastrofie. Czyżby brak rozsądnych ofert aktorskich?
Embalmer

Ostatnia sekta

The Last Sect

reż. Jonathan Dueck

22 pkt.

I znowu Kino Grozy nie popisało się w doborze filmu, ergo pozytywnego zaskoczenia nie ma. Wampiryczny horror „The Last Sect” niemalże redefiniuje pojęcie nudy w kinie grozy. Pozbawiony życia, piekielnie nużący gniot o seksownej reporterce Sydney, postanawiającej przefiltrować internetową witrynę towarzyską złożoną z grupki lesbijskich wampirzyc. Filmu nie ratuje nawet David Carradine w roli Van Helsinga – jedyna znana twarz pośród obsady. Długie, niekończące się dialogi i rozwlekłe semi-erotyczne mary Sydney o Annie, jasnowłosej przywódczyni wampirycznego kultu, usypiają skuteczniej niźli nadmierna dawka barbitalu. Co gorsza, „The Last Sect” bywa określany nieadekwatnym do swej zawartości mianem ‘lesbijski horror wampiryczny’, a nie zawiera w ogóle golizny. Lepiej po raz kolejny sięgnąć po „Vampyres”, „Twins of Evil”, „Vampyros Lesbos” i oniryczne filmy Jeana Rollina – przynajmniej spragniony kobiecych wdzięków widz dostanie to, czego oczekuje.
Embalmer

Piła 3

Saw 3

reż. Darren Lynn Bousman

20 pkt.

Być może na serię "Piła" trzeba spojrzeć nieco łagodniejszym okiem, ot przeradza się na naszych oczach w kolejny tasiemiec w stylu przygód Jasona czy Cenobitów, bez jakichkolwiek większych ambicji, dla fanów makabrycznych zgonów, zgodnie z zasadą "im głupiej tym lepiej". Ale widać redaktorzy DM nie są jeszcze w nastroju do lżejszego traktowania wyczynów Jigsawa i jego wspólników, stąd miejsce wśród kitów zeszłego roku. Tym razem otrzymujemy kolejny idiotyczny scenariusz, absolutnie drewniane aktorstwo, biegunkę montażową, koszmarne dialogi, brak logiki i groteskowe sceny śmierci - pułapki zastawiane przez Johna Cramera stają się tak absurdalne, że nie sposób traktować scenariusza poważnie. A jednak twórcy chcą by brać ich film na serio - filozofowanie Jigsawa ma nadawać głębszy sens scenom kaźni. Moim skromnym zdaniem wypada to cokolwiek żałośnie. Ale jak widać tu i ówdzie seria ma swoich zagorzałych wielbicieli, którzy na poważnie kupują te pseudo-mądre dyrdymały. Cóż, każdy ma takiego Bergmana na ile mu IQ staje.
grzEGOrz

Duch Aatma

Aatma

reż. Deepak Ramsay

20 pkt.

Trochę to absurdalne, że ten film opisuje osoba, która kompletnie się nie zgadza z umieszczeniem go na liście najgorszych filmów 2007, ale tak się akurat złożyło. Nie chcę być jednak źle zrozumiany – „Duch Aatma” to film słaby, żeby nie powiedzieć beznadziejny. To zarazem doskonały przykład kina rodem z Bollywood – kiczowatego, mdłego i wyjątkowo nudnego, w którym nie brak koszmarnego aktorstwa oraz tandetnych piosenek i tańców. No i oczywiście podkradającego wszystko co się da od innych, łącznie z muzyką z gry „God of War”. Nie ratuje go nawet odwoływanie się do stylistyki lat 80-tych, ani nazwisko reżysera pochodzącego z legendarnej rodziny Ramsay, która dzierży berło hinduskiego horroru z tamtego okresu. Mimo wszystko osobiście traktuję „Aatma” jako egzotyczną ciekawostkę, bo to pierwszy horror rodem z Bollywood, który ukazał się w naszym kraju. Kto jednak jakimś cudem przebrnął przez dwie godziny tej chały, ten już wie, że indyjskie kino grozy polskiego rynku raczej nie zawojuje…
Mort

Hannibal: Po drugiej stronie maski

Hannibal: Rising

reż. Peter Webber

15 pkt.

Luksusowy knot wyprodukowany za 50 mln. dol. przez Dino De Laurentiisa. Prequel „Czerwonego smoka” niby idzie zgodnie z modą (cofamy się do przeszłości, by poznać „prawdziwe” motywacje psychopaty), szkoda tylko, że wszystkie elementy układanki pochodzą z poprzedniej epoki. Rozbuchane dekoracje, dialogi ocierające się o tandetę, podniosła muzyka, na poły epicka narracja, a w ramach bonusu Gong Li spacerująca po komnatach swojej rezydencji z samurajskim mieczem. Dałoby się jeszcze znieść ten kicz podniesiony do kwadratu, gdyby nie Gaspard Ulliel w tytułowej roli, z wyraźnym trudem utrzymujący na swoich wątłych barkach ciężar roli dublera Anthony’ego Hopkinsa. Ullielowi brak i charyzmy, i umiejętności, co w konsekwencji pogrąża Hannibala (i film równocześnie) w odmętach grafomanii i błazenady. Po groteskowym „Hannibalu”, po sformatowanym remake’u „Czerwonego smoka” i „Hannibalu: Po drugiej stronie maski” może nadeszła pora Dino, by powiedzieć „dalej bawcie się w tej piaskownicy sami”?
flagg

Zew krwi

Skinwalkers

reż. James Isaac

15 pkt.

Kolejny w zestawieniu reprezentant Hollywood podkreśla jedynie obecną zdolność Fabryki Snów do produkowania licznych nieudanych horrorów. Dużo strzelania, efektów specjalnych oraz komputerowych widokówek i retuszy ma zastąpić brak pomysłu na dobre kino łączące akcję i grozę. Mimo ciekawego punktu wyjściowego historii, która bazuje na wierzeniach rdzennych mieszkańców Ameryki Północnej, dostajemy jedynie „Underworld” dla ubogich. Niech wystarczającą anty-rekomendację dla „Skinwalkers” stanowi fakt, że był to jedyny film, z którego wyszliśmy z grzEGOrzem na FrightFest 2007 i to po zaledwie 20 minutach. Dla wyższych celów (czyt.: tegoż podsumowania) niżej podpisany obejrzał co prawda całość do końca, ale nadal podtrzymuje zdanie, że decyzja o wyjściu była jak najbardziej słuszna. A przy okazji trudno uwierzyć, że pierwotnie film otrzymał kategorię R. Szczerze mówiąc PG-13 to chyba już i tak za dużo…
Mort

Posłańcy

The Messengers

reż. Oxide Pang Chun, Danny Pang

13 pkt.

Kiedy w 2002 roku ukazał się „The Eye” wszyscy przekonali się, że kino grozy początku nowego stulenia należy do Azjatów. A potem… Potem poza bardzo dobrym „Ab-Normal Beauty”, było już niestety tylko gorzej. Aż w końcu bracia Pang wylądowali na śmietnisku Hollywoodu, gdzie wspólnie z Takashi Shimizu i Hideo Nakatą stopniowo poddają się celuloidowej naturalizacji. Ich najnowszy horror to ogromny zawód pod każdym względem: wyzuta z oryginalności historia o nawiedzonym domu na farmie, bazująca na znanych każdemu widzowi elementach azjatyckiego kina grozy, doprawiona sporą ilością efektów CGI, no i obowiązkowym plot-twistem. Trudno uwierzyć, że „The Messengers” wyszło spod ręki tych samych twórców, którzy kilka lat temu przerazili dosłownie cały świat. Na mojej liście 10 szrotów 2007 r. nie ma co prawda „Posłańców” (nie zmieścili się), ale znalazł się za to „Re-Cycle”. A twórczość braci Pang zwyciężyła w kategorii rozczarowanie roku.
Mort

Autor: Mort