Recenzja horroru
Relacja z Festiwalu Horroru w Multikinie (2007)

Dzień pierwszy – czwartek 25 X
Choć od festiwalu horroru w Multikinie minął już prawie drugi miesiąc nadal bardzo miło wspominam tą imprezę. I od razu zaznaczam, iż wcale nie chodzi mi tutaj o dobór filmowy (zresztą mocno kontrowersyjny, ale w kilku przypadkach nadzwyczaj zadowalający), ale bardziej o możliwość ponownego spotkania się z ekipą Danse Macabre w osobach Lobo, Morta i Raziela, poznania sympatycznych chłopaków z Animal Attack, wspólnego oglądania wraz z nimi horrorów na sali nr 5 poznańskiego Multikina 51 i wypicia w trakcie poseansowych, częstokroć burzliwych dyskusji morza piwa.
W czwartek podekscytowany festiwalem zwlokłem się z domu na autobus linii numer 1 z Chyb do Poznania i pojechałem do Lobo i Juranda, u których miałem zapewniony nocleg. Na miejscu spotkałem się z Michałem i Jurem, po czym nasza nieświęta trójca żwawym krokiem ruszyła na meeting ze ślepym i Crittersem. Po wymianie uprzejmości kwintet DM/AA ruszył w kierunku kina. Czwartkowy program imprezy nie zapowiadał się zbyt imponująco, bowiem leciały tylko epizody pierwszej edycji serii „Masters of Horror”, a te akurat widziałem wcześniej i uważałem serię za słabą. Dlaczego organizatorzy nie zdecydowali się puścić „Cigarette Burns” Johna Carpentera czy „Pick Me Up” Larry Cohena słusznie uchodzących za najlepsze epizody?
Wystrój kina przedstawiał się zadowalająco: spragnionych grozy widzów straszyły halloweenowe dynie i znacznie pomniejszone plakaty do starych horrorów, a także makieta uciętej nogi w trampku, natomiast w tle leciała muzyka z „Suspirii”, „Halloween” i „City of the Living Dead”. Wraz z Jurem, Crittem i ślepym szybko wbiliśmy się na salę, aby poobserwować, jak wypadnie Lobo jako mistrz ceremonii konkursowej. Wystąpił w nieodłącznym sweterku Freddy’ego Kruegera, zadał kilka banalnie prostych pytań i parę osób z widowni odeszło zadowolonych z nagrodami (DVD Kina Grozy, kupony na pizze, itd.) Z trudniejszych pytań wyłowiłem te o cytat ze „Szczęk” Stevena Spielberga („We are gonna’ need a bigger boat.”), ale trafiła kosa na kamień. Po efektownej konferansjerce nadszedł czas na pierwszy seans. „Jenifer” Dario Argento to moim zdaniem jeden ze słabszych epizodów serii „MoH”. Przesycona seksem i gore opowiastka o gliniarzu, który ratuje od śmierci z rąk psychopaty straszliwie zdeformowaną dziewczynę i z czasem zaczyna darzyć ją uczuciem z tragicznym skutkiem np. dla jego kota. Świetne efekty make up KNB na twarzy Carrie Anne Fleming, nieco kanibalizmu, erotyki i wściekłego głodu, ale ogólnie towarzyszyło mi nieznośne poczucie nudy. Drugi w emitowanej kolejności epizod Takashi Miike „Imprint” wywołał u publiczności salwy śmiechu co rusz przerywane odgłosami obrzydzenia. Wbijanie igieł pod paznokcie, mizoginistyczna przemoc wobec kobiet z powodu sake, płody spływające wodami rzeki, manieryczna gra Billy’ego Drago i dziwaczne, przywodzące na myśl „Basket Case” Henenlottera zakończenie. Zdecydowanie najmocniejszy odcinek „MoH”, jednak nieśpieszny i chwilami irytujący. To już wolę „Audition” i „Visitor Q”, jeśli chodzi o zdrowo poryte kino Japończyka. Poleciał jeszcze „Deer Woman” Johna Landisa – osobisty faworyt Juranda o seksownej indiańskiej piękności (Cinthia Moura), która uwodzi napalonych na nią facetów, po czym zabija ich jelenimi nogami. Sporo humoru, nieco golizny, odwołania do indiańskiej mitologii oraz pyszne nawiązanie do „An American Werewolf in London”. Sympatyczny epizodzik. Pierwszy dzień festiwalu zakończył „Haeckel’s Tale” Johna McNaughtona – nudnawy odcinek o wskrzeszaniu zmarłych, choć (uwaga: spoiler) końcowa scena stosunku płciowego pięknej kobiety z gnijącym zombie zapada w pamięć. Po ostatnim pokazie ruszyliśmy do poznańskiej (i chyba mojej ulubionej) knajpy Live na piwo i tyle nas widziano...
(Embalmer)
Dzień drugi – piątek 27 X
Pomimo czwartkowych utyskiwań na zdawałoby się przypadkowo wyselekcjonowane z całej pierwszej serii epizody „Masters of Horror”, ludziska stawiły się na piątkowe projekcje w wyjątkowo dobrym nastroju. Nie wiem, co dokładnie wprawiło ich w taki klimat, ale jeśli chodzi o naszą załogę to odpowiedź jest tylko jedna – Victor Crowley. To właśnie piątek zapowiadał nadejście krwawego koszmaru od strony bagien Luizjany, na który czekałem z utęsknieniem od chwili zapoznania się z repertuarem festiwalu. „Topór”, najlepszy film piątkowych zmagań z japońskimi zjawami o czarnych, przetłuszczonych włosach i odgrzewanymi legendami z podwórka Johna Carpentera, był tym na co wszyscy czekali. Energicznym, krwistym, zabawnym i przede wszystkim głupiutkim młotem pneumatycznym wycelowanym w pełną nadziei na udany wieczór publikę.
Jednak zanim rozsiadłem się wygodnie w fotelu, a operatorzy pozbawili nas światła spuszczając na salę widmo zagłady w postaci dwumetrowego zwyrodnialca („Hatchet” startował jako pierwszy), należało piątkowy repertuar przynajmniej w kilku skromnych słowach zapowiedzieć. Zatem wbity w zielono-czerwony sweterek i wydobyty z piwnicy kapelusz od białkowania drzew, wystartowałem do wszystkich zebranych na widowni z kilkoma pytaniami o ulubione horrory. Metoda prostsza od samodzielnego wymyślania pytań, a i rąk w górze więcej niż poprzedniego dnia. Tym sposobem rozdałem kilka nagród w postaci filmów DVD i zaanonsowałem trzech reżyserów wraz z makabreskami jakie dla nas zgotowali. Szybko, sprawnie i wesoło, choć nie ukrywam, że rzucane przez zebranych na sali tytuły typu „Piła” bądź „Smakosz” zbijały mnie nieco z pantałyku skuteczniej niźli wygrzebane spod ziemi starocia.
Show z udziałem Freddy’ego dobiegł końca i jeszcze tylko standardowa porcja reklam trwających znacznie krócej niż w czwartek dzieliła nas od mrocznych zakątków nawiedzonego bagna. „Hatchet” Adama Greena, opowiadający historię nieudanej wycieczki grupy turystów po mokradłach Nowego Orleanu nie tylko wprowadził całą salę w prawdziwie festiwalowy nastrój, ale też jako jeden z nielicznych otrzymał gromkie brawa po seansie, a nawet kilka razy w trakcie. Salwy śmiechu rozpędzały się nad głowami widzów i uderzały w ekran, który akurat eksplodował krwią za sprawą kolejnej niemiłosiernej sceny gore. Prawdę rzekłszy był to najgłośniej oklaskiwany film tej imprezy w Poznaniu, mimo, iż po projekcji podzielił fanów gatunku na dwa fronty. Jednym grasujący po cmentarnych ostępach, zdeformowany Victor Crowley pozwolił powrócić do lat świetności, skorych do eliminowania uzbrojonej w piwo młodzieży, slasherów. Inni ochrzcili go mało oryginalnym pastiszem pełnym odgrzewanych schematów, nadający się wyłącznie do piwa i orzeszków. Cóż mogę stwierdzić? Ci drudzy nie mieli racji i korzystając w sobotę z okazji posiadania mikrofonu wyznałem zgromadzonym na sali co na ten temat myślę. Wyszło to mniej więcej tak, że zapytałem o wrażenia z piątku i od razu zacząłem szturmować kwestie „Hatchet” wyznając na głos, że to arcydzieło. Może i przesadziłem, ale już dawno żaden film nie postawił mnie pod murem by na zmianę traktować serią śmiechów i flaków. To wyjątkowe połączenie legendarnego "Pieces" z "The Burning" wymaczane w sosie z tandetnych slasherów końca lat 80-tych, których w żaden sposób nie parodiuje, a jedynie stara się wbić w ich konwencję. W tym wypadku jest to jak przymierzanie ciuchów po dziadku, a cały efekt zależy od tego jak będą pasować. Green z dopasowaniem nie miał żadnych problemów, dzięki czemu „Topór” zadowala zarówno wielbicieli bezmózgich slasherów jak i niedzielnych wyjadaczy grozy, co wspaniale udowodnił piątkowy pokaz. Potwór z toporem, panienki, kilka znajomych twarzy jak Robert Englund czy Tony Todd, wiadra posoki, aligatory i cała sala śpiewa z nami, a raczej krzyczy i kwiczy ze śmiechu – dosłownie.
Szkoda, że nie zdołał tego doświadczyć Mort, który był wtedy w drodze do kina oraz Raziel, wyjeżdżający po niego na Dworzec Główny. Nie stawili się również na drugi seans, ale jak się szybko okazało nasza dzielna załoga wraz z towarzyszami z Animal Attack także nie zagrzała miejsca na seansie. Powód był czartowsko prosty, przejadły się nam białe jak papier zmory o czarnych niczym studnie bez dna oczach i opadających do kolan włosach. Publiczność była ostatecznie zadowolona, dla mnie jednak trochę nie ten układ dań. Delektować się grozą na poważnie w japońskim wydaniu kwadrans po przejażdżce „horrorowym” rollercoasterem, toż to samobójstwo. „Ghost Train”, którego reżyserem jest zaczynający filmową karierę Takeshi Furusawa, to historia kolejnej klątwy. Tym razem rzecz dotyczy lokalnego metra. Każdy kto podniesie przedmiot zagubiony w pociągu zginie okropną śmiercią, czego oczywiście główne bohaterki pragną uniknąć. Niestety jak już wspomniałem wyżej, nie wiem na ile ich starania zdołały odwrócić z góry przesądzoną sprawę, a tym z Was, którzy postanowią to sprawdzić z miejsca serdeczniej polecam chociażby „Shutter”. Pierwsze 45 minut obrazu Furusawy zdecydowanie przesądziło o moim losie i to na korzyść kasy najbliższej pijalni piwa, gdzie nadal przeżywając „Hatchet” powitałem Morta z Razielem.
Ostatni seans oglądaliśmy już w komplecie. Początkowo sądziliśmy, że większość foteli będzie pusta, w końcu „Halloween” było już emitowane dzień wcześniej. Jednak jak się okazało czwartkowe spotkania z „Mistrzami Horroru” musiały skutecznie wywiać widzów do domów, przez co największa sala Multikina 51 w piątkową noc pękała w szwach. Rob Zombi swym doskonale rozreklamowanym filmem przyciągnął spory tłum, z którego zdołał zadowolić tylko niewielką część. W przypadku nowego „Halloween” nie miałem najmniejszych złudzeń. Spod ręki autora „Bękartów diabła” wyszedł pozbawiony najmniejszego cienia grozy na wpół prequel, na wpół remake, wynaturzony i odarty z wszelkich tajemnic. Zdobny w znajome fanom gatunku nazwiska i legendarną ścieżkę dźwiękową autorstwa Carpentera torturował me rozkochane w oryginale oczęta, neandertalską wersją niegdyś zła wcielonego. Jeden z nielicznych filmów grozy, w którym częściej rzuca się mięsem w przenośni niż dosłownie, a montaż zamiast potęgować uczucie zagrożenia wybija z rytmu do tego stopnia, że nie wiadomo do końca co i gdzie się dzieje. Całość została przyklepana kompletnie zbędnym, podwójnym zakończeniem, jednak mało rażącym i zauważalnym w obliczu poprzedzających je niedociągnięć. Z chęcią napisałbym coś więcej, ale skutecznie pracuję nad wyparciem wszelkich wspomnień po tym seansie. Szczególnie twarzy Daega Faercha, odtwarzającego rolę dziesięcioletniego Michaela Myersa – tak pucołowatego, że aż schrupać.
Tak oto zakończyła się piątkowa przygoda z festiwalem, ale z pewnością nie z horrorem. Po tym jak udało się namówić redaktorów Animal Attack, Crittersa i Ślepego, na pieszą wyprawę do mego mieszkania, która w porywach trwała nie więcej niż 40 minut, przy którymś tam z kolei kielichu wybornej nalewki Juranda i dyskusji na temat porywającego „Hatchet”, rozdzwoniła się za oknem komunikacja miejska oznajmiając, iż niektórzy właśnie wstają do pracy. Cóż, dla nas była to zapowiedź kolejnego dnia festiwalu.
(LOBO)
Dzień trzeci – sobota 27 X
W sobotni poranek obudziłem się z uciążliwym szumem w głowie. Szybkie spojrzenie na wystrój pokoju uświadomił mi, że to nie odgłosy warszawskich tramwajów za oknem, tylko wspomnienie poprzedniego wieczoru i gorącego przyjęcia jako zgotowali mi LOBO oraz reszta ekipy. Jakby nie patrzeć festiwal był dla mnie przede wszystkim okazją do spotkania się ze znajomymi i pogadania o filmach przy piwie. Repertuar miał drugoplanowe znaczenie.
Ale nie tego dnia.
Sobotni program imprezy w zgodnej opinii wszystkich zapowiadał się rewelacyjnie. Niby tylko trzy filmy, ale za to jakie pozycje! Dość powiedzieć, że „The Devil’s Chair” Masona był jednym z tytułów, które zadecydowały, że wybraliśmy się z grzEGOrzem we wrześniu do Londynu na FrightFest. Jak wiadomo, ostatecznie projekcja została odwołana, co u poniektórych wywołało żądzę brutalnego odwetu na organizatorach festiwalu. A tu proszę! Wygnało nas nad Tamizę, a okazało się, że to samo możemy obejrzeć nad Wisłą! A do tego jeszcze w zestawie z koreańskim hitem wszechczasów „The Host” oraz przyzwoitym norweskim slasherem „Cold Prey”. Oczekiwania były więc ogromne.
Zanim jednak wybraliśmy się do kina, spędziliśmy czas w sposób typowy dla takich spotkań: piwo (dobre), pizza (niedobra) oraz oczywiście filmy. W pierwszej kolejności uraczyliśmy się „Slaughter High”, głupkowatym, ale jakże rozrywkowym slasherem z lat 80., który idealnie pasuje na takie imprezy. Nie ma to jak wrócić choć przez chwilę do klimatu tamtych czasów wspólnie z ludźmi, którzy również wychowywali się na VHS-ach! Coś pięknego! Na drugi seans wybraliśmy „Mountaintop Motel Massacre”, co ucieszyło mnie tym bardziej, że nie miałem jeszcze okazji oglądać tego filmu. Jak się jednak okazało, nie dane mi było zapoznać się z nim również i tym razem. Zmęczenie po całym tygodniu pracy, podróż do Poznania oraz nie przespana noc dały znać o sobie. Krótka drzemka pozwoliła zregenerować siły i przygotować się do kolejnego dnia festiwalu. A że kosztem filmu? Trudno się mówi.
W kinie pojawiliśmy się w miarę punktualnie, co jest o tyle dziwne, że podczas całego festiwalu spóźnialiśmy się regularnie na większość seansów. W przeciwieństwie do moich kolegów nie pędziłem co sił w nogach na „Cold Prey”, gdyś miałem już okazję wcześniej widzieć slasher Uhtaga. Chciałem przede wszystkim zobaczyć, jak radzi sobie LOBO, który miał zaszczyt, a przede wszystkim, jak sądzę, ogromną przyjemność odgrywać rolę konferansjera imprezy. Ponieważ spisał się znakomicie, z jeszcze większą przyjemnością zasiadłem do obejrzenia po raz kolejny historii grupki przyjaciół, którzy zostali uwięzieni w opuszczonym hotelu w górach wraz z tajemniczym mordercą. Solidnie nakręcony i bardzo ładnie sfotografowany, aczkolwiek w ograniczonym stopniu krwawy, film norweskiego reżysera nie wzbudził jednak podobnych owacji co pokazywany dzień wcześniej „Hatchet”. Odniosłem wrażenie, że widownia spodziewała się raczej powtórki z rozrywki, a w zamian otrzymała coś z zupełnie innej beczki. Stąd pewnie głosy rozczarowania, choć trzeba przyznać, że niektórzy (np. panowie z AA) docenili profesjonalne podejście do kina, które zaprezentował skandynawski reżyser. Dość powiedzieć, pośród naszej ekipy pojawił się ostatnio głos, że był to najlepszy film festiwalu. Ten seans różnił się od pozostałych jeszcze czymś: przez blisko 1,5h musiałem odpowiadać na szereg pytań w stylu „a kto przeżyje?”, „a co się teraz stanie?” itp. Pozdrawiam serdecznie Agnieszkę
Przerwę przed kolejnym w tym dniu punktem programu jak zwykle wykorzystaliśmy bardzo pożytecznie, stąd nie udało nam się dotrzeć na pierwsze 15 minut „The Host”. Ten szeroko rozreklamowany monster movie, który łączy w sobie kilka gatunków filmowych był jednym z mocniejszych, moim zdaniem, punktów festiwalu. Z jednej strony trzyma w napięciu, jest dynamiczny i potrafi zaserwować mało przyjemne obrazy, z drugiej stara się rozśmieszyć (często z pozytywnym skutkiem), czy skłania się ku filmowi obyczajowemu. Te nieustanne zmiany są jednak zaskakująco skuteczne i nie pozwalają odetchnąć przez większość trwania filmu. Pod koniec staje się to jednak trochę męczące, a finałowe sceny z wykorzystaniem efektów komputerowych nie wypadają najlepiej, co pozostawia uczucie lekkiego rozczarowania. Odniosłem wrażenie, że „The Host” – film dobry, żeby nie było wątpliwości – okazał się być ciut przereklamowany. No i dlaczego potwór pojawia się na ekranie już w ciągu pierwszego kwadransa?
W końcu przyszła kolej na najbardziej oczekiwany przez dużą część osób pokaz tego dnia, a w moim wypadku i całego festiwalu. Poprzedni film Masona „Broken” spotkał się z bardzo dobrym przyjęciem na całym świecie i oczekiwania wobec nowego filmu Masona były bardzo wysokie. A jeżeli ktoś wcześniej miał okazję zobaczyć trailer do „The Devil’s Chair” to apetyt miał z pewnością jeszcze większy. Ale już pierwsze momenty filmu pokazały, że nikt nie zobaczy tu tego, czego się spodziewał… Adam Mason zaskoczył wszystkich bez wyjątku, co do tego nie mam jak najmniejszych złudzeń! I to zaskoczył zarówno pozytywnie, jak i negatywnie. Brytyjski reżyser bez skrupułów igrał z widzem, wykpił gatunek i zaśmiał się prosto w twarz wszystkim fanom horroru! Publika spodziewała się krwi i szaleństwa, a dostała krew, szaleństwo a na deser cios obuchem w głowę! To dość kontrowersyjne i bardzo ryzykowane zagranie ze strony Masona ostatecznie nie opłaciło się. „The Devil’s Chair” nie spodobał się widzom festiwalu, większość była srodze rozczarowana. dlatego jedyną osobą na Sali (o ile dobrze pamiętam), która klaskała po zakończeniu projekcji był niżej podpisany. Jak się jednak później okazało film zyskał uznanie nie tylko moje, ale również i innych osób, również i z naszego grona. Doceniło go również jury, który zdecydowało się przyznać filmowi Masona główną nagrodę festiwalu – Złotą Czaszkę.
Podzieleni w opiniach, co do ostatniego tego dnia seansu, zgodni jednak w kwestii spędzenia czasu po jego zakończeniu, udaliśmy się do Live, aby przy kufelku zimnego piwa w bardzo zacnej cenie podyskutować jeszcze o filmach i nie tylko…
(Mort)
Dzień czwarty – niedziela 28 X
Tym razem w okrojonym trójosobowym składzie stawiliśmy się do Multikina 51 na ostatnie pokazy. „The Eye” braci Pang to porządny tajlandzki straszak, który w swym rodzimym kraju zyskał ogromną popularność. Zgromadzona w piątce publiczność reagowała żywiołowo: dały się słyszeć zarówno gromkie śmiechy, jak i okrzyki przerażenia oraz piski przestraszonych dziewcząt. Klimatyczny horror azjatycki z kruczoczarnymi zjawami już dawno wyszedł mi bokiem, ale perypetie niefortunnej Mun dostrzegającej zjawy da się strawić bez gastrycznych nieprzyjemności. Na drugi w kolejce do emisji wampiryczny „Rise” wyczekiwałem ze względu na Lucy Liu, choć miałem obawy, czy film nie okaże się bzdurnym feministycznym odpowiednikiem „Blade’a”. Na szczęście „Rise” pozytywnie mnie rozczarował. Tak jak powiedział Mort w trakcie pokazu – to dobry film pod piwo. Liu w dwóch czy trzech momentach paraduje nago (świetna scena przebudzenia w kostnicy), walczy zażarcie z innymi wampirami, wypija krew przygodnie napotkanego studenta prawa i ogólnie dobrze się bawi. Nieco przemocy, kilka jump scares, w epizodycznych rólkach pojawiają się Marilyn Manson i słynna modelka Carla Gugino. Jak dotąd najbardziej udany horror z wytwórni Raimiego i Taperta Ghost House, odpowiedzialnej za wyprodukowanie takich szmir jak „The Boogeyman” czy „The Messengers”. Niestety finalny pokaz „Night of the Living Dead 3D” to straszna wtopa – i bynajmniej nie chodzi mi o brak okularów trójwymiarowych w Multikinie, bo nawet efekty 3D nie uratowałyby tej katastrofy, ale o poziom tego żenującego widowiska. Diaboliczne aktorstwo (po raz wtóry okazuje się, że zombies grają lepiej od żywej „obsady”), nieszczęsny Sid Haig robiący z siebie durnia w sztampowej roli właściciela zakładu pogrzebowego, zero grozy, niewiele gore (rzut łopatą w twarz umarlaka – tak jest!) i beznadziejne dialogi. Tragiczne zwieńczenie całkiem przyzwoitego festiwalu i nie jestem w tym twierdzeniu odosobniony. Po opuszczeniu sali kinowej zrobiliśmy sobie jeszcze kilka pamiątkowych fotek i zmęczeni wróciliśmy do Lobo. Reasumując, festiwal w Multikinie, pomimo paru kiepsko dobranych filmów, okazał się jednak sporym sukcesem. W obu poznańskich Multikinach (51 i w Starym Browarze) sprzedano podobno ponad 2000 biletów, a taka liczba robi wrażenie. Na zakończenie nie pozostaje mi nic, niż tylko pożegnać czytające mnie słodkie duszyczki i sobie oraz Wam życzyć ponownego spotkania na drugiej edycji festiwalu za rok.
(Embalmer)