Recenzja horroru
Wywiad z Piotrem Mańkowskim
Danse Macabre: Czyją inicjatywą był festiwal? To Multikino dostrzegło komercyjny potencjał w horrorze, czy był to pomysł oddolny?
Multikino zaczęło przyglądać się fenomenowi nocnych maratonów filmowych. Okazało się, że bardzo dużą popularnością cieszył się m.in. maraton „Piły”, co było pewnego rodzaju zaskoczeniem. Skoro znajdowało się ponad tysiąc osób w jednym mieście, chcących do drugiej w nocy oglądać krwawe horrory, to może pójść dalej? To stanowiło punkt wyjścia do dyskusji o kształcie Horrorfestiwalu. Podejrzewaliśmy, że horror jest w stanie przyciągnąć do kin szeroką publiczność, również tę „popcornową”, ale efekt przeszedł najśmielsze oczekiwania. Na festiwal przychodzili nie tylko zdeklarowani fani gatunku, ale również pary, które wybrały to zamiast spaceru czy wypadu do klubu.
Danse Macabre: To dało się zauważyć. Kiedy byliśmy we wrześniu tego roku na Fightfeście w Londynie, 80% uczestników to ubrani na czarno, wytatuowani, wykolczykowani fani w koszulkach z okładkami horrorów, tylko co jakiś czas przemykali nieliczni, nazwijmy to, „normalni” ludzie.
No właśnie, a my tak naprawdę nie chcemy promować horroru jako gatunku dla dziwaków, tylko dla ludzi, którzy twardo stąpają po rzeczywistości, a od czasu do czasu mają ochotę na coś co się nazywa „grzeszną przyjemnością”. Kiedyś przez moment uczestniczyłem w życiu anglojęzycznej grupy dyskusyjnej alt.horror, ale gdy zobaczyłem, że przesiadujący tam ludzie to w większości najzwyczajniejsi w świecie zwyrodnialcy, szybko się stamtąd wylogowałem. Horror rozumiem jako skok w Nieznane, obcowanie z niecodziennością, ale nie nieustannym delektowaniem się obrzydliwościami.
Danse Macabre: Pomysł organizowania festiwalu ogólnopolskiego, pod patronatem sieci kin jest dość niecodzienny (jedyny podobny znany nam przykład to After Dark Horror Festival) – jakie są główne zalety takiego rozwiązania? Czy nie lepiej było skoncentrować się na jednym miejscu?
Główne założenie było takie, żeby impreza odniosła znaczący sukces komercyjny, aby można było powtórzyć ją w kolejnych latach. Decydując się na zakup kopii filmów, chcieliśmy wykorzystać je w maksymalnym zakresie. Standardowy festiwal odbywa się w jednym miejscu i w jednym czasie. Gdyby tutaj stało się podobnie i pokazalibyśmy filmy w jednej sali zamiast w trzynastu, to mniej więcej obejrzałoby je trzynaście razy mniej osób, a my chcieliśmy dotrzeć do jak największej liczby widzów.
Danse Macabre: Zamysł stojący za ideą festiwalu – pokazać co ciekawego dzieje się w światowej grozie jest jasny, ale jak określony został krąg zainteresowań? Innymi słowy, dlaczego głównie Azja i USA z listkiem figowym w postaci „Cold Prey” i „The Devil’s Chair”? Świat jest jednak nieco większy, skąd takie zawężenie?
Dobór filmów wynikał w dużej mierze z możliwości. Jeżeli robisz festiwal po raz pierwszy i wiesz, że musi on zarobić na siebie, trzeba dbać zarówno o repertuar, jak i o koszty. Pieniądze, jakie trzeba wyłożyć za zakup praw do poszczególnych tytułów nie są małe, a poza tym w pewnych sprawach czasem musisz iść na kompromis. Masz świadomość ograniczeń, a jednocześnie chcesz pokazać jak najlepsze tytuły. Stąd taki a nie inny program, w którym znalazły się m.in. cztery filmy z USA. Ale tak naprawdę mieliśmy tytuły ze wszystkich kierunków świata. Zabrakło chociażby kina francuskiego czy hiszpańskiego (chcieliśmy wyświetlić m.in. „The Abandoned” Nacho Cerdy), ale na tamtą chwilę nie było to możliwe.
Danse Macabre: W planach tegorocznego festiwalu była wizyta Dario Argento i projekcja trzeciej części trylogii o Trzech matkach. Czemu ostatecznie do tego nie doszło? Czy nie można było tak przesunąć terminów tak, aby dostosować się do wymagań włoskiego reżysera?
Jako że festiwal horroru odbywał się w Polsce po raz pierwszy, byliśmy trochę skazani na łaskę i niełaskę poszczególnych twórców. Za rok będziemy już mocniejsi, będą przygotowane odpowiednie materiały, które pokażą jak impreza została przyjęta, jak jest rozreklamowana. W każdym razie, jako debiutantom nie udało nam się dotrzeć do Argento bezpośrednio, a poza tym w tym samym czasie prezentował on swój najnowszy film w Rzymie.
Danse Macabre: Nawiązując do powyższego pytania: skoro już wiadomo, że odbędzie się kolejna edycja festiwalu, czy będą przewidziani jacyś goście czy może jeszcze za wcześnie o tym mówić? A jeśli tak, to jak rozumiem, pojawią się Warszawie. Czy w ten sposób nie będzie się dyskryminowało pozostałych kin, a tym samym widzów, biorących udział w imprezie?
Po tym jak nie udało nam się z Dario Argento braliśmy pod uwagę zaproszenie na festiwal Adama Masona, reżysera „The Devil’s Chair”. Ale w ostateczności zrezygnowaliśmy z tego pomysłu z dwóch powodów. Po pierwsze, jeśli chcesz już mieć gościa specjalnego, to musi to być gwiazda. Dla ludzi, którzy nie widzieli „Broken” Adam Mason byłby osobą kompletnie nieznaną. Po drugie, po przeanalizowaniu sytuacji doszliśmy do wniosku, że powstałby problem, bo moglibyśmy Masona zaprosić jedynie do jednego miasta. Pojawiłyby się pretensje, że ludzie w innych miastach też zapłacili za bilety a nie mogą go zobaczyć. To się zresztą tyczy jakiegokolwiek innego reżysera. Cały czas pracujemy koncepcyjnie nad tym tematem.
Danse Macabre: Odnośnie produkcji azjatyckich – patrząc na program można odnieść wrażenie, że festiwal był poniekąd nadrabianiem strat – The Eye (2002) czy The Host (2006) – to choć bardzo ciekawe tytuły, to jednak nie pierwszej świeżości. Zresztą skośnooka groza od jakiegoś czasu radośnie zjada swój własny ogon, produkując kolejne dzieła o długowłosych straszydłach, czego dobitnym przykładem jest „Death Tunnel”. Czy można uznać, że tą edycją festiwalu nadrobiliśmy straty i przyszłoroczna impreza będzie bardziej na czasie?
„The Host” to świeży film, wcześniej był prezentowany w Polsce jedynie na festiwalu Era Nowe Horyzonty. Jeśli chodzi o drugi tytuł, to jestem wielkim fanem „The Eye”. To horror jaki lubię, taki, który straszy niedopowiedzeniem, tajemnicą, autentyczną grozą – fruwający staruszek w szlafmycy w windzie to mistrzostwo świata! Ten film, o ile mi wiadomo, również był pokazywany tylko raz kilka lat temu na festiwalu w Cieszynie. A skoro teraz znowu nadarzyła się okazja, aby go zaprezentować na dużym ekranie, skorzystaliśmy z niej. Przypominam również, że był pokazywany poza konkursem. Poza tym, jak się okazało, „The Eye” cieszył się dużą popularnością wśród widzów, otrzymałem sporo maili z różnymi pytaniami odnośnie tego filmu.
Danse Macabre: Dlaczego filmy puszczane były z DVD? To odbiło się na jakości prezentowanych obrazów – zarówno jeśli chodzi o stronę wizualną jak i dźwięk – zadecydowały koszty? Rozumiem, że sprowadzenie 10 kopii danego tytułu dla jednego tylko seansu to kosztowne przedsięwzięcie, ale tez Multikino chyba posiada odpowiednie zaplecze finansowe. Czy nie lepiej byłoby uczynić z HF coś w rodzaju objazdowego festiwalu – po kolei we wszystkich kinach sieci w Polsce, ale za to wyświetlać filmy w porządnych kopiach?
Odpowiedź na to pytanie jest najbanalniejsza w świecie. To wynikło z formuły festiwalu, nie było innej możliwości. W przypadku festiwalu dystrybutor przysyła jedną, góra dwie kopie filmu. W praktyce oznacza to, że jeśli chciałbyś puszczać film na taśmie 35mm, musiałbyś tak ułożyć program, aby móc zdążyć przewieźć kurierem kopię z jednego kina do drugiego. A nuż kurier wpadnie do rowu z kopią i nie masz filmu… A tak mogliśmy skopiować je na nośnik DVD i pokazać w każdym z miast bez większych problemów.
Danse Macabre: Jury wybrało „The Devil’s Chair” jako najlepszy film festiwalu, a jaki był Twój osobisty faworyt i dlaczego?
„The Devil’s Chair”. Zresztą ten film wygrał dość zdecydowanie podczas obrad jury. Wszyscy się spodziewali, że głównym kandydatem do nagrody będzie ‘The Host”, który nie mógł się nie podobać, bo to przecież znakomity, momentami komiczny „monster movie”, godny spadkobierca „Wstrząsów”. Jednak film Joon-ho Bonga łączył w sobie różne gatunki filmowe, natomiast „The Devil’s Chair” był horrorem czystym gatunkowo. To był film o wiele mądrzejszy niż by można się tego spodziewać po opisie. Kiedy go zatwierdzaliśmy go festiwalu – a muszę się przyznać, że jeszcze wtedy go nie widziałem – spodziewałem się, że będzie to okrutna rzeźnia. A tymczasem okazało się, że to niegłupia analiza umysłu psychopaty i to jeszcze ukazana w ciekawej konwencji: pełna ironii, świetnych tekstów, nawiązań do innych filmów gatunku.
Danse Macabre: No i był przy tym pedagogicznie niewłaściwy, jak to stwierdziło jury. Co oznacza to określenie? I czy w ogóle można powiedzieć o jakimkolwiek horrorze, że jest pedagogicznie właściwy?
Dla horroru to jest to moim zdaniem komplement. Kiedy się czyta rozmaite recenzje filmów, to często się pojawiają takie komentarze, że „autor chciał powiedzieć to i to”. A tutaj autor chce przede wszystkim wykpić pewne rzeczy i przekazać sparodiowaną stronę rzeczywistości, niejako przy okazji mówiąc dość nietrywialną rzecz: zacznij przekonywać potencjalnego wariata, że nie jest wariatem, a efekty tego będą opłakane. Przy tym „The Devil’s Chair” to film, w którym mamy wszystko to, co definiuje horror jako gatunek: strach, terror, szok. A te elementy trudno uznać za pedagogiczne. Aczkolwiek, od razu dodaję, że zdarzają się czasem horrory całkowicie poprawne pedagogicznie, humanistyczne do szpiku kości i mówiące widzom: porzućcie świat magii, bo życie i miłość są najważniejsze. Bredzę? To obejrzyj dokładnie „Przepowiednię”. Uwielbiam ten film.
Danse Macabre: Halloween – jak wrażenia?
Niezbyt mi się podobał, zwłaszcza, że jestem wielkim fanem Johna Carpentera. Ale jury w miarę przypadł do gustu. Był, powiedzmy, na trzecim miejscu (po „The Devil’s Chair” i „The Host” – przyp. DM). Ten film to swego rodzaju ciekawostka: do połowy, do momentu kiedy Michael wychodzi ze szpitala psychiatrycznego, jest prequelem, a w drugiej połowie, kiedy już wyrusza do Haddonfield, staje się remake’iem. Nie przypominam sobie drugiego takiego filmu. Ale generalnie nie ma tam czystej grozy, Zombie syci się jedynie pokazywaniem bólu i dosłownej przemocy, zabrakło też kilku klasycznych linijek z oryginalnego „Halloween”. Poza tym od horroru oczekuję jednak minimum logiki i psychologii, a tutaj tego zabrakło.
Danse Macabre: Jak ogólnie oceniasz pierwszą edycję Horrorfestiwalu? Pojawiły się głosy mocno krytyczne, że dobór filmów nie taki, że brak atmosfery – i choć trzeba przyznać, że te zarzuty mogą się częściowo wydawać uzasadnione, to jednak sale były pełne. Czy festiwal można uznać za sukces i czy wszystko odbyło się tak jak zaplanowaliście (no może poza wyjątkiem braku okularów do oglądania w trójwymiarze?)
Festiwal był dużym sukcesem komercyjnym i przyniósł organizatorom naprawdę sporo satysfakcji. To była pierwsza taka impreza na taką skalę w Polsce, sale Multikina odwiedziło w sumie prawie piętnaście tysięcy osób w całym kraju. Naprawdę, aż takiej ilości widzów nie spodziewaliśmy się. Odnośnie okularów, z powodu niespodziewanie wielkiego popytu, zabrakło ich w kilku miastach, za co już raz serdecznie przepraszaliśmy naszych widzów. Wiem, że kierownicy kin stawali na głowie, aby zaradzić trudnej sytuacji i niemal zawsze udawało się znaleźć wyjście z sytuacji. Ta projekcja była dobrą nauką dla organizatorów, z której wyciągniemy wnioski.
Danse Macabre: Jaki film dyrektor artystyczny festiwalu uważa za swój ulubiony? Jaki okres w historii gatunku uważa za najważniejszy i najciekawszy?
Moim faworytem wszech czasów, filmem do którego najczęściej wracam, jest „Mgła” Johna Carpentera. Przede wszystkim dlatego, że przez bardzo długi czas utrzymuje się stan napięcia i nie wiadomo co się dzieje, a to akurat w horrorze lubię najbardziej. Poza tym ma świetny gotycki klimat, doskonałe środowisko, no i czas akcji, który jest ograniczony zaledwie do dwóch dni. Bardzo lubię też „Dust Devil” Richarda Stanleya, „Doktora Chichota” Manny’ego Coto, nową wersję „Bloba” w reżyserii Chucka Russella, „Deep Red” Dario Argento. Najbliższy jest mi horror z lat 80., głównie ze względów sentymentalnych, bo wtedy zaczynała się moja przygoda z gatunkiem. Ponadto były to filmy kręcone przez fanów dla fanów. Później – wiem, że brzmi to bardzo kontrowersyjnie - do głosu doszli horrorowi neofici, tacy jak Jonathan Demme, Neil Jordan czy Francis Ford Copolla i gatunek popadł w teatralność, przez niemal całe lata 90. wydając na świat bardzo mało interesujących pozycji. Aż do momentu ukazania się „Blair Witch Project” i „Szóstego zmysłu”, które w końcówce dekady rozbiły bank i wytyczyły nowe trendy, gatunek po raz kolejny w historii wydawał się praktycznie martwy.
Danse Macabre: Po drodze był jeszcze „Krzyk” Cravena, to on w sumie przywrócił horror do łask.
Był, to fakt. Czy to horror, czy krwawa komedia, można dyskutować. Ale dopiero dzięki „Blair Witch Project” udało się udowodnić, że horror – mniejsza z tym czy dobry, czy zły - potrafi się przebić do masowego odbiorcy, stać się autentycznym blockbusterem, nawet pomimo faktu, że został nakręcony za garść miedziaków. I to było dla gatunku zbawienne, przyczyniając się do tego, że obecnie mamy taki wysyp horrorów. Wracając jednak do tematu, jeśli spojrzeć na sprawę trzeźwo, za najbardziej znaczący okres dla horroru uważam lata 60. i 70. Horror jest gatunkiem, który nie lubi rozwoju. Wystarczy spojrzeć na postać Drakuli, która pierwotnie pojawiła się w filmach Universalu, a po latach powróciła w produkcjach Hammera, by potem w razie potrzeby przekształcić się nawet w Murzyna. Drakula i jego arystokratyczny styl bycia stały się kanonem, zaczęto przyjmować, że to jest właśnie to, co przeraża widzów. Lata 60.i 70. zapoczątkowały pierwsze znaczące odejście od tych stereotypów. Pokazano, że do straszenia można wykorzystywać również inne atrybuty. Pojawiły się takie filmy jak „Psychoza” czy „Podglądacz”. Straszni w nich byli ludzie, a nie potwory. Potem mieliśmy już prawdziwy wysyp klasyków w tym stylu, z „Nocą żywych trupów” Romero i „Teksańską masakrą piłą mechaniczną” Hoopera na czele.
Danse Macabre: Przy obecnym boomie na horror pojawią się setki filmów oraz wielu nowych utalentowanych twórców. Czy wyróżniłbyś kogoś szczególnie?
Trudno jest wymienić jakieś konkretne nazwisko, bo żaden współczesny, nowy twórca nie zrobił na mnie naprawdę wielkiego wrażenia. Zack Snyder to interesująca postać, która może w Hollywood stworzyć coś wartościowego, jest też oczywiście Del Toro. Podobno młody Hiszpan Juan Antonio Bayona, to bardzo ciekawa postać, ale nie widziałem jeszcze jego okrzyczanego „Orfanato”. Osobiście chciałbym, aby do gatunku powrócili reżyserzy, którzy kiedyś tworzyli arcydzieła, tacy jak np. Sam Raimi czy Peter Jackson. No i żeby Frank Henenlotter robił filmy częściej niż raz na dziesięć lat.
Danse Macabre: Jeśli dobrze kojarzymy, swoją pracę magisterską pisałeś o horrorze – skąd taki pomysł? Jak brzmiał temat pracy, jakie były wnioski, gdzie się broniłeś?
Skąd to wiecie? Faktycznie, pracę magisterską dotyczącą horroru napisałem na dziennikarstwie na UW. Na tym kierunku panuje dość swobodne podejście do wyboru tematu, pamiętam nawet, że moja koleżanka pisała o nagrobkach. Dla mnie było więc rzeczą naturalną, że zajmę się grozą, bo właśnie to mnie najbardziej wówczas interesowało. Tym milej wspominam ten czas, bo zebrałem wtedy pokaźną bibliografię na temat gatunku. Tytuł pracy to „Horror w mass-mediach XX wieku”, a jej celem było ukazanie w jaki sposób groza zmieniała się przez te wszystkie lata. Główny wniosek – co dla fana gatunku z pewnością nie jest wielkim odkryciem – był taki, że kiedyś najbardziej przerażały nas wampiry, wilkołaki, najeźdźcy z kosmosu, a teraz największy strach budzimy my sami, bo zło tkwi w ludziach. Monstra z gotyckich zamczysk przeniosły się do wielkomiejskiej dżungli, a kły zamieniły na noże. Oczywiście, zdarzają się cały czas wyjątki, ale mówimy o tendencji.
Danse Macabre: Powiedz jeszcze, czym dokładnie jest dla ciebie horror? Jakie miejsce zajmuje w życiowej hierarchii?
W życiu codziennym unikam horroru jak tylko mogę – boję się widoku krwi, nie znoszę, gdy ktoś bije na ulicy psa – słowem, przeraża mnie wszystko to, co w formie umownej oglądamy często na ekranie. Pamiętasz scenę z „Dentysty”, gdy Corbin Bernsen zabija z rewolweru wściekłego brytana, który się na niego rzucił? Ja, choć nie powinienem się do tego przyznawać, podczas tego filmu niemal przez cały czas chichoczę. To niesamowita, przewrotna opowieść, kpiąca z politycznej poprawności. Generalnie horror dawkuję w niedużych porcjach, starając się jedną nogą tkwić cały czas w rzeczywistości. Poza tym bardzo lubię dyskutować o horrorze z osobami, które go znają i rozumieją. Dlatego nasza rozmowa była czystą przyjemnością. Nawet największy fan widział zaledwie ułamek tytułów, jakie nakręcono w historii, więc zawsze może się dowiedzieć czegoś ciekawego o rzeczach, które nas ominęły. I co najważniejsze, podczas takiej rozmowy nie musi się przed nikim usprawiedliwiać, że lubi właśnie horrory, a nie komedie romantyczne!