Recenzja horroru

FrightFest 2007 - relacja
Array

O tegorocznej edycji FrightFest rozmawialiśmy z grzEGOrzem już od pewnego czasu. On, wiedziony doświadczeniem poprzedniego roku, bardzo zachwalał imprezę, ja chciałem się przekonać, ile w tym prawdy. Niestety po obliczeniu całkowitych kosztów okazało się, że to wycieczka nie na moją kieszeń, nie na polskie warunki. Dlatego też nigdy nie zapomnę tego dnia, w którym z samego rana odebrałem sms’a z informacją bym rezerwował sobie bilet lotniczy, bo wejściówkę na całą imprezę już mam! Kolejny miesiąc to już tylko nieustanne odliczanie dni do wylotu i śledzenie zmian zachodzących w programie festiwalu.


Dzień 1


W Londynie spotkaliśmy się zaledwie kilka godzin przed rozpoczęciem pierwszego seansu, w barze, który był obsługiwany, jak się pewnie domyślacie, przez Polaków. A właściwie to przez dwie całkiem niebrzydkie, choć średnio kontaktowe Polki. Nie mieliśmy jednak za dużo czasu, więc opuściliśmy lokal, po czym szybko odnaleźliśmy właściwą ulicę, zostawiliśmy graty u jednego znajomego i czym prędzej ruszyliśmy do centrum, aby w końcu rozpocząć ten szaleńczy maraton, podczas którego mieliśmy w ciągu niecałego tygodnia obejrzeć 26 filmów.

Odeon West End, nasz drugi dom przez najbliższe kilka dni, przywitał nas wielkim plakatem „Sinema with a bite” oraz zbitą masą maniaków horroru, którzy gromadzili się u wejścia do kina. Z dumą odebraliśmy karnety na cały festiwal, po czym udaliśmy się na salę kinową, zajęliśmy wygodnie swoje miejsca i po kilku minutach wraz z resztą widzów powitaliśmy Alana Jonesa i resztę ekipy. Po krótkim wprowadzeniu zgasły światła i po raz pierwszy ujrzeliśmy na ekranie komunikat „Keep chainsaws switched off during this feature”…

„Black Sheep” – Świetne rozpoczęcie festiwalu! Krwawa i absurdalna opowieść o zmutowanych owcach sprawiła, że całe kino ryczało ze śmiechu. Może nie wszystkie żarty były na poziomie (momentami można było odnieść wrażenie, że ogląda się niemiecką komedię dla nastolatków), ale ogólne wrażenie bardzo pozytywne. Jak się miało okazać, motyw miłości człowieka do innych zwierząt miał być jednym z przewodnich tematów filmów tegorocznego FrightFestu, podobnie jak żarty o nadaktywności jelit – tutaj w roli obiektu pożądania oczywiście owce.

Nie jestem wielkim fanem filmów z gatunku animal attack i rzadko je oglądam. FrightFest był więc świetną okazją, żeby odświeżyć znajomość z jednym z przedstawicieli morderczej fauny. I muszę przyznać, że „Black Water” to niezły film. Ciekawie zarysowane postacie, które można polubić i faktycznie żywo interesować się czy uda im się wygrać walkę z morderczym krokodylem. Nieco przeszkadzał mi fakt zbytniego antropomorfizowania bestii, ale może takie są prawa gatunku, nie wiem. W każdym razie australijski obraz to intensywne kino z kilkoma pełnymi napięcia scenami, gdzie parę nerwowych podskoków w fotelu widz ma zagwarantowane. No i niezbyt wesołe zakończenie, co mnie zawsze cieszy.

Na koniec dnia Neil Marshall po raz pierwszy zaprezentował trailer do swojego najnowszego filmu pt. „Doomsday”. No cóż, jeśli ktoś liczy na kolejny „The Descent” to będzie musiał o tym zapomnieć… Futurystyczny thriller, w którym roi się od akcji i strzelanin jak dla nas nie wypadł zachęcająco a i podobieństwa do „Land of the Dead” Romero zbytnio rzucają się w oczy.

Niemniej dwa seanse otwierające tegoroczną edycję FrightFest okazały się być wspaniałym preludium. Najlepsze było dopiero przed nami.


Dzień 2


Mieliśmy trochę obaw co do drugiego dnia. Co z niecierpliwością czekaliśmy na „All the Boys Love Mandy Lane”, ciekawi byliśmy również, co będzie prezentował trochę nachalnie reklamowany w Internecie „Shrooms”, ale już na samym początku otrzymaliśmy informację, że być może nie będzie nam dane zobaczyć znakomicie zapowiadającego się „P2”. Organizatorzy już od wczoraj przebąkiwali, że taki scenariusz może mieć miejsce. No i to właśnie w tym dniu pierwotnie miał był pokazywany nowy film Adama Masona („Broken”) pt. „The Devil’s Chair”, mój osobisty faworyt, który w ostatniej chwili został zastąpiony komercyjną produkcją „1408” (film Masona będzie pokazywany na festiwalu w Toronto). Obawy, jak się później okazało, niesłuszne, mimo że „P2” ostatecznie nie pojawił się w zestawieniu. Ale o tym za chwilę.

Dzień rozpoczął się od specjalnego pokazu „Hatchet” w reżyserii Adama Greena, który zasiadł na sali, aby na żywo komentować swój film. Seans był w pełni interaktywny – dyskusja z udziałem publiczności moderowana przez Alana Jonesa pozwoliła na bezpośrednie zadawanie pytań reżyserowi. A przynajmniej tak to zapowiadano, bo niestety nie pojawiliśmy się na projekcji. Powód był jeden: taka formuła nie pozwoliłaby na pełne rozkoszowanie się filmem i nie była zalecana, jeżeli ktoś wcześniej nie widział tego krwawego slashera. Ponieważ premiera kinowa jest zaplanowana na 7 września ta gratka była zarezerwowana głównie dla tych, którzy zapoznali się z „Hatchet” podczas zeszłorocznej edycji. Stąd wybraliśmy rozwiązanie kompromisowe: ja nie obejrzałem filmu, a grzEGOrz nie posłuchał komentarza Greena. Za to sam „Hatchet” to chyba całkiem godziwa rozrywka. Widziałem go na zeszłorocznej edycji FF. Nie wywarł na mnie wielkiego wrażenia, ale być może dlatego, że oczekiwania miałem trochę zbyt wygórowane, a poza tym Adam Green nieco mnie zniesmaczył swoim wystąpieniem na scenie (tylu „kurew” i innych „faków” w jednej wypowiedzi to nawet ja nie umiem zmieścić). Z perspektywy czasu myślę jednak, że byłem zbyt surowy i źle zaklasyfikowałem debiut reżysera. To idealna rozrywka na grupowy seans do piwa i popcornu. Jest bardzo krwawo (choć ze względu na ograniczenia budżetowe efekty „czuć gumą”), epizodyczne rólki Roberta Englunda, Tony Todd’a, sztubacki humor – nie ma się co zżymać – udany powrót do klimatu lat ’80.

Nie ma tego złego, bo późniejszy start pozwolił nam łagodnie przestawić się na tryb festiwalowy, co z uwagi na ograniczoną ilość snu i zmęczenie związane z podróżą było jak najbardziej wskazane.

Mimo obaw, o których pisałem z ciekawością i entuzjazmem zasiedliśmy do pierwszego dla nas seansu tego dnia. Był to „Sword Bearer” – ponoć największy hit w dziejach rosyjskiej kinematografii. Fantastyczna opowieść o młodym chłopaku, który od narodzin cierpi z powodu swojego nietypowego daru/przekleństwa. W chwilach silnego wzburzenia emocjonalnego z jego dłoni wysuwa się ostrze, które nie oszczędza nikogo… nawet widzów FrightFest! Co tu dużo pisać, jeden z trzech naprawdę złych filmów, które zaprezentowano na tegorocznym festiwalu. I choć w programie zachwalano go jako unikatowy horror, pełen gore i fantastycznych motywów, łączący momenty autentycznej grozy i fascynującego romansu, to naszym zdaniem była to kompletna klapa. Sam pomysł może i ciekawy, ale całkowicie niewykorzystany. Horror tak naprawdę z tego była żaden, twórcy eksponowali jedynie co jakiś czas wątki fantastyczne dodając do tego masę naprawdę marnych dialogów, ckliwy wątek miłosny i parę kiczowatych scen. A gore ograniczyło się do kilku litrów krwi rozlanej w więziennej celi. Pomijam już fakt, że o ile my byliśmy w stanie wychwycić pewną specyfikę regionalną, to dla widzów z Wysp z pewnością niektóre elementy „Sword Bearer” były zupełnie niezrozumiałe. A żeby przybliżyć Wam nasze odczucia po zakończonej projekcji to przytoczę pierwsze słowa grzEGOrza, po tym jak na ekranie ukazały się napisy końcowe „Oglądało się jak filmy Pasikowskiego”. I choć nigdy tego nie powiedziałem, to jestem przekonany, że chodziło mu przede wszystkim o „Reich”. Paul McEvoy w jednej z rozmów powiedział, że „Sword Bearer” znalazł się w programie zamiast „Dead Daughters”, który zupełnie nie przypadł do gustu jemu i jego kolegom. Ciekaw jestem czy film Pavela Ruminova jest naprawdę aż tak zły? ”Sword Bearer” – o matko! To były naprawdę koszmarne prawie dwie godziny!!! Scenariusz tego gniota to projekcja marzeń sfrustrowanego szesnastoletniego onanisty (żeby zobrazować opiszę jedną scenkę: główny bohater, wyglądający jak nie przymierzając żul spod budki z piwem, spotyka na klatce schodowej piękną dziewczynę, po kilku minutach kompletnie absurdalnych dialogów i nieśpiesznych żartów reżyser funduje nam cięcie do następnej sceny, gdzie Sasha i Katya w najlepsze dziko kopulują – scenarzysta-masturbator pewnie opisał swoją skrywaną fantazję seksualną). Sam scenariusz nie istnieje – nie dowiadujemy się skąd, po co i dlaczego Sasha ma taki dar. I tak naprawdę owo ostrze wysuwające się z dłoni jest tylko drobnym szczegółem, który nie ma żadnego istotnego wpływu na fabułę. Gdyby zastosować „brzytwę Lema” tzn. pozbawić film elementów fantastycznych, historia niewiele by straciła, a to co zostanie to tylko mdły jak telenowela zestaw klisz i kiczowatych rozwiązań, seksistowskiego spojrzenia na kobiety, gangsterskiej mentalności, koszmarnego aktorstwa, jednych z najgorszych dialogów, których dane mi było słuchać od długiego czasu. Kompletna strata czasu – gdybym oglądał to w domowych warunkach, wyłączyłbym najdalej po pół godzinie. Ach, zapomniałbym – jak na produkcję wysokobudżetową montaż był tragiczny a niedopasowanie ścieżki dźwiękowej wołało o pomstę do nieba. Pasikowski? Filipp Yankovsky chciałby może nim być. A raczej widz by chciał, bo wtedy otrzymalibyśmy ersatz amerykańskiego kina sensacyjno-fantastycznego, ale strawny po przyjęciu konwencji. A tak… Po prostu szkoda słów.

Lekko rozczarowani zajęliśmy miejsca, aby obejrzeć „The Signal”, hit festiwalu filmowego w Sundance, choć po poprzednim seansie nie przykładaliśmy już większej uwagi do słowa hit. Jak się jednak okazało publiczność zgromadzona w Sundance ma lepszy gust niż mieszkańcy całej Rosji. Historia przypomina nieco najnowszą powieść Stephena Kinga pt. „Komórka”: pod wpływem dziwnego sygnału nadawanego za pośrednictwem telewizji, radia i telefonu w ludziach budzą się mordercze instynkty. Całość podzielono na trzy części, każda z nich jest utrzymana w innym tonie i opowiedziana z punktu widzenia jednego z bohaterów, których losy są ze sobą splecione. Film krwawy i miejscami autentycznie zabawny, trzyma w napięciu, niejednokrotnie zaskakuje i zawiera pokaźną dawkę przyzwoitych efektów specjalnych. Dzięki temu zyskał sobie uznanie również widzów zgromadzonych na festiwalu w Londynie, w tym również nasze.

Bardzo pozytywne zaskoczenie po koszmarze pt. „Sword Bearer”. Utrzymana nieco w klimacie cronebergowskiego „Videodrome” socjologiczna rozprawka o wpływie mediów na człowieka. Co ciekawe, nawet w komediowym segmencie środkowym bohaterów nie opuszcza poczucie zagrożenia, a groteskowość przyjęcia noworocznego, gdy na ulicach szaleją stada zainfekowanych ludzi podkreśla apokaliptyczny wymiar sytuacji. Szkoda tylko, że w finale twórcy zaczęli mnożyć mało zrozumiałe zwroty akcji, które w zamierzeniu miały pewnie dodać atrakcyjności i zaskoczyć widza, a zamiast tego psują nieznacznie bardzo pozytywny odbiór całości. Osobiście najbardziej podobał mi się monolog czarnoskórego bohatera, który właśnie furiacko zatłukł bejzbolem osobę na ulicy i próbuje przekonać Mayę, główną bohaterkę, że on nie został zarażony wirusem agresji. Bo słowa, które padają z ekranu dobitnie obrazują dylemat – jak rozpoznać tych zainfekowanych? Skoro w obronie własnej (przeciw realnemu czy tylko wyimaginowanemu zagrożeniu) człowiek zdolny jest to ekstremalnych wybuchów agresji, to gdzie leży różnica?

Po krótkiej przerwie powróciliśmy na salę. Przed widownią pojawił się Mikael Håfström, reżyser kolejnego filmu pt. „1408”, tym razem już rzeczywiście opartego na twórczości Kinga. Wyraźnie zdenerwowany Szwed lekko łamiącym się głosem powiedział, że emocje udzieliły mu się bo po raz pierwszy prezentuje ten film „ekspertom”. Po tej szczerej deklaracji w krótkich słowach przedstawił swoje najnowsze dzieło po czym rozpoczęła się projekcja. W przeciwieństwie do grzEGOrza do seansu zasiadłem z bardzo dużym, potrójnym wręcz, uprzedzeniem. Po pierwsze, miałem okazję oglądać wcześniejszy obraz gatunkowy tego reżysera („Drowning Ghost”) i mówiąc pokrótce nie byłem zachwycony. Po drugie cały czas miałem w głowie fakt, że to zastępstwo za film, na który autentycznie czekałem (tego „The Devil’s Chair” im chyba nigdy nie daruję!). Po trzecie to ekranizacja opowiadania Stephena Kinga, a jak wiadomo ani większość adaptacji jego dzieł jest udana, ani ja jestem specjalnym fanem twórczości amerykańskiego pisarza. „1408” był skazany na niepowodzenie już na starcie. Ku mojemu zdziwieniu film, jak na mainstreamową produkcję okazał się całkiem udanym kawałkiem grozy. Garść ciekawych pomysłów, dynamiczna akcja, wciągająca historia zwieńczona zwrotami akcji i przede wszystkim fantastyczny John Cusack, który ponoć sam zabiegał o rolę w tym filmie. Na deser Samuel L. Jackson w drugoplanowej roli jako właściciel hotelu, w którym znajduje się tajemniczy pokój.

Ja tam żadnych uprzedzeń nie miałem. Kinga lubię od czasu do czasu poczytać (choć ostatnią książką tego autora z jaką miałem do czynienia była zdaje się „Serca Atlantydów”), kilka ekranizacji jego prozy to obrazy, które na długo zapadły mi w pamięci - „Stand by Me”, „It”, „Shawshank Redemption” czy nieśmiertelne „Carrie” i „The Shining”). Bez uprzedzeń, ale i większych oczekiwań zasiadłem w fotelu i otrzymałem godziwą rozrywkę. Nie jest to jakieś epokowe osiągnięcie, arcydzieło, ale przyjemna i momentami potrafiąca przestraszyć historia. Może wpływy kasowe nie są bardzo wiarygodnym wskaźnikiem jakości filmu, ale „1408” to na dzień dzisiejszy najbardziej kasowa adaptacja Kinga. Nie byłbym bym sobą, gdybym nie ponarzekał trochę, bo zerwanie z racjonalizmem, którego dokonuje główny bohater, odbyło się moim zdaniem zdecydowanie za szybko, ale bawiłem się naprawdę nieźle.

Po projekcji, korzystając z dłuższej przerwy, wybraliśmy się, oczywiście za namową grzEGOrza, do wegetariańskiej restauracji na obiad, co okazało się dla mnie doznaniem równie nieprzyjemnym co seans „Sword Bearera”. Pewną rekompensatą okazał się odbiór prezentów, które organizatorzy przygotowali dla wszystkich, którzy wykupili karnet na całą imprezę. Znaleźliśmy w nich DVD, magazyny poświęcone grozie, znaczki, zapalniczki z logo filmów, zakrwawioną owieczkę z gąbki i kilka innych gadżetów, z których zapewne nigdy nie skorzystam, ale które stanowią dobrą pamiątkę tego wspaniałego wydarzenia.

Obładowani materiałami wróciliśmy na salę, aby dowiedzieć się, że „P2”, zgodnie z wcześniejszymi sygnałami, nie zostanie jednak pokazany. Powodu takiego stanu rzeczy już teraz nie pomnę, ale wielka szkoda, że tak się stało, bo nowy film francuskiego trio odpowiedzialnego za „Haute Tension” i remake „The Hills Have Eyes”, zapowiadał się naprawdę rewelacyjnie. Przełknęliśmy brak „The Devil’s Chair”, przeżyliśmy i to, ale uczucie rozczarowania pozostało. W zamian organizatorzy zaproponowali „Teeth”, amerykańską produkcję o pochwie z zębami… grzEGOrz bardzo się ucieszył, bo odkąd obejrzał „Killer Pussy” wydaje się być żywo podekscytowany takimi filmami, jednak dla mnie była to typowa festiwalowa, ekhem, za wybaczeniem, zapchaj dziura. Były co prawda śmieszne momenty, trochę gore w postaci jakichś odciętych penisów i palców, ale jak dla mnie to całość dość średnia i niekoniecznie w pełni satysfakcjonująca… Z kolei grzEGOrz wyglądał na zadowolonego. Niezależnie od naszych opinie warto zaznaczyć, że każdy prawiczek powinien obejrzeć „Teeth” przed pierwszą randką!

Nie każdy jest Cronebergiem niestety. Tak można najkrócej podsumować ten film. Intrygujący temat, który można fascynująco rozwinąć i stworzyć przejmujący horror cielesny, znowu doczekał się komediowego ujęcia. Cóż, może kiedyś. Niemniej jednak, Mitchell Lichtenstein nakręcił całkiem zabawną i świeżą komedię z elementami horroru. Nie jest to może humor zbyt wysublimowany, a odgryzione penisy (jeden zostaje nawet zjedzony przez psa!) jako najśmieszniejszy pomysł to za mało, by mówić o objawieniu, ale film powinien spodobać się dziewczynom ;-) Bezpretensjonalna rozrywka z feministycznym, antyseksistowskim podtekstem.

Po zetknięciu się z mitem vagina dentata przyszedł czas obejrzeć w końcu jeden z filmów, na który autentycznie czekaliśmy. Ponoć miał to być powiew świeżości w nurcie współczesnego slashera, łamiący jego konwencje i w błyskotliwy sposób wykorzystujący schematy. W wydawanej codziennie gazetce festiwalowej wyczytaliśmy nawet, że „All the Boys Love Mandy Lane” to „najbardziej inteligentny slasher ostatnich lat”. Odważne stwierdzenie, jeśli wziąć pod uwagę, że w zeszłym roku na FrightFest 2006 prezentowano „Behind the Mask: The Rise and Fall of Leslie Vernon” Scotta Glossermana. I jak się później okazało stwierdzenie raczej na wyrost, bo film Jonathana Levine’a owszem jest godny uwagi, ale żadnej rewolucji nie przynosi. Kilka elementów zasługuje na szczególną uwagę: autentyczny portret młodzieży, niektóre techniczne i realizacyjne rozwiązania, czy też bardzo dobra końcówka, ale czy to miało nas rzucić na kolana? Odpowiedź brzmi nie, jedyne co rzuciło nas na kolana to śliczna i seksowna Amber Heard w głównej roli. Tak, kochamy Mandy Lane! I tak jak bohaterowie filmu potrafilibyśmy zarówno zginąć dla niej, jak i zabić!

Ostatnim seansem tego dnia był „Shrooms” – niewątpliwa frajda dla fanów horroru lubiących najeść się halucynków. Grupka Amerykanów wybiera się do Irlandii, aby pobiwakować i przyswoić kilka magicznych grzybów licząc na dobrą jazdę. Jedyne na co muszą uważać to gatunek z charakterystyczną czarną kropką na kapeluszu. Kiedy jedna z uczestniczek na skutek niefortunnego wypadku zażywa silnie toksycznego grzybka, doświadcza wizji, w których odziany na czarno morderca wycina w pień kolejne osoby. A może to nie są tylko zwidy? Oglądaliśmy ten horror nie przyjmując wcześniej żadnych specyfików i być może dlatego nie byliśmy w pełni zadowoleni z seansu. Niemniej przez sporą część jest na co popatrzeć: kilka brutalnych mordów, trochę grozy, parę „odjechanych” scena, jak ta, w której mężczyzna wdaje się w gadkę ze spotkaną w lesie krową. W sumie mało oryginalny, choć miejscami efektowny slasher, który jednak za bardzo skojarzył nam się pod koniec z pewnym bardzo dobrym francuskim horrorem. Ale za to okładka bije na głowę wszystkie pozostałe!

Twórcy „Shrooms” na kilka miesięcy przed premierą filmu prowadzili dość prymitywną kampanię reklamową na forach internetowych poświęconych horrorowi. Rejestrowali się pod dziwnymi nickami i próbowali wywołać zainteresowanie swoim obrazem. Sporo osób poczuło pewien niesmak nieudolnością takiej akcji promocyjnej. Szczerze mówiąc mi się to również niezbyt podobało, ale absolutnie genialny plakat promocyjny sprawił, że wpisałem „Shrooms” na listę filmów do obejrzenia. A z racji tego, że od pewnego czasu horror irlandzki podnosi głowę, a sam mieszkam na Szmaragdowej Wyspie, tym bardziej byłem ciekaw jaki jest efekt pracy Paddy Breathnach’a. Kolejny raz okazało się, że najlepsze co do zaoferowania mają twórcy to właśnie plakat. Ale uczciwie trzeba przyznać, że ten dziejący się w leśnych ostępach slasher to całkiem poprawna robota. Nie straszy jakoś wybitnie, ale ogląda się go z umiarkowanym zainteresowaniem.

To był najdłuższy dzień festiwalu i jak się ostatecznie okazało nie taki zły, jak pierwotnie sądziliśmy. Opuściliśmy więc Odeon West End zadowoleni i udaliśmy się nocnym autobusem do zachodniej części Londynu. Kiedy około 3:00 wreszcie dostaliśmy się do domu, myśleliśmy tylko o tym by przespać się te 5 godzin, zanim znowu przyjmiemy na twarz kolejną dawkę filmów.


Dzień 3


Jedną z największych bolączek podobnych festiwali, poza oczywiście odparzeniami na tyłku, przekrwionymi oczami i niedostateczną ilością snu, jest konieczność konsumowania w miejscach, których normalnie unikam. W niedzielę musieliśmy zadowolić się pompowaną bułą z masą dodatków nie pierwszej, zapewne, świeżości oraz naprawdę paskudną kawą. Co prawda znam takich, którzy twierdzą, że im gorsza kawa tym lepsza, ale muszą oni mieć chyba nie po kolei w głowie. no to dzięki, bo ja właśnie tak mam, że lubię krążyć po Dublinie w poszukiwaniu najgorszej kawy, jaką można dostać ;-P

Nabici kanapskiem i opici lurą zasiedliśmy na swoich miejscach, aby kontynuować maraton filmowy. Dzień poprzedni zakończył irlandzki slasher, sobotę otworzył zaś stalk’n’slash z Norwegii. I trzeba powiedzieć, że Norwegowie górą. Niby wszystko jest grane według gatunkowych reguł (choć jest parę interesujących odstępstw od ustalonych zasad), ale na korzyść „Cold Prey” przemawiają niesamowite krajobrazy i niezła obsada aktorska. Chyba każdy fan horroru przeżywał w pewnym okresie fascynację tym subgatunkiem, a takie filmy jak dzieło Roara Uthauga pokazują, że nie każda opowieść o zamaskowanym mordercy, który sukcesywnie wykańcza grupkę młodych ludzi, musi być bezmózgą rozrywką w klimacie „Friday the 13th”. Jeżeli ktoś nie zdążył się jeszcze rozbudzić, a nie pomogła mu w tym obrzydliwa kawa sprzedawana w obrębie Charing Cross, tego z pewnością na nogi postawił filmowy debiut Roara Uthauga. Warto wspomnieć, że reżyser pojawił się osobiście przed i po pokazie, aby zaprezentować swój film i odpowiedzieć na kilka pytań.

Przerwa na papierosa i wracamy na salę.

Kolejny hit festiwalu w Sundance. Od razu przemknęło nam przez myśl, że jeśli poziomem będzie dorównywał „The Signal” to możemy się spodziewać czegoś naprawdę godnego uwagi. I tak było! „Joshua” to historia 9-letniego chłopca, który zaczyna terroryzować własną rodzinę. Zimny, nieprzeciętnie inteligentny i bezwzględny w swoich działaniach doprowadza rodzinę na skraj obłędu. Scenariusz, w którym odnaleźć można podobieństwa do takich filmów jak „Omen”, „Synalek” czy „Mikey” nabiera wyrazistych kształtów dzięki bardzo dobrej reżyserii Georga Ratliffa. Tak naprawdę nigdy do końca nie byliśmy pewni co przyjdzie do głowy szatańskiemu dzieciakowi i jak daleko się posunie. Film całkowicie pozbawiony krwi, jednak wypełniony niepokojącym klimatem grozy. Dodatkowym plusem są świetne role zarówno Jacoba Kogana, który wcielił się w tytułową postać, jak i Sama Rockwella i Very Farmigi jako jego rodziców. ”Dziecko Rosemary” kilka lat później. Opowieść o małym, diabelnie przewrotnym małym terroryście potrafi zmrozić ze zgrozy. Nigdy nie darzyłem dzieci specjalną sympatią i trafiało do mnie powiedzenie Freuda, że „dzieci nie są złośliwe, dzieci są po prostu złe” i ten film tylko utwierdził mnie w moich przekonaniach. Sprawnie nakręcona opowieść o postępującej dezintegracji rodziny atakuje widza realizmem. Nie ma tu wyznawców szatana za sąsiadów, nie pojawiają się czarnowłose zjawy, a mimo to widzowi (w każdym razie mi) przez prawie cały seans towarzyszy poczucie egzystencjalnego niepokoju. Chcecie mieć dzieci? To lepiej sobie projekcję „Joshua” odpuśćcie. Szkoda tylko, że śpiewany finał nie bardzo przystaje do całości, jakby był wyjęty nieco z innej bajki.

Papieros i kawałek pizzy.

Zajęliśmy miejsca by obejrzeć zestawienie kilku krótkometrażówek. Większość spośród prezentowanych filmów była dość marna, jednak publiczność i tak nagradzała je brawami. To jest zresztą specyfika FrightFest – widzowie klaszczą nawet po zakończeniu projekcji kiepskich filmów. Na uwagę zasłużył właściwie jedynie „Little Brats”, krótka opowiastka o człowieku, który nie mógł wytrzymać ciągłego gadania dzieci i postanowił się z nimi rozprawić w sposób makabryczny i skuteczny. Przynajmniej do czasu… Zabawny i iście krwawy filmik z dobrym zakończeniem. Jak się jednak okazało nie był to najlepszy krótki metraż prezentowany na tegorocznym festiwalu. Ale o tym mieliśmy się przekonać dopiero ostatniego dnia.

Bezpośrednio po tych pokazach rozpoczęła się projekcja kolejnego pełnometrażowego punktu programu. Nie przykładaliśmy większej wagi do tego tytułu, ponieważ nazwisko reżysera skutecznie nas zniechęciło i obniżyło oczekiwania. Nawet osoba scenarzysty, prawdziwego weterana gatunku Everetta De Roche („Patrick”, „Long Weekend”, „Razorback”) jakoś nie mogła nas przekonać do „Storm Warning”. Pierwsze minuty zdawały się potwierdzać nasze obawy, bo zdjęcia wykonano kamerą wideo, co dało fatalny efekt. Wydawało się, że historia dwójki żeglarzy, którzy zabłądzili i w obawie przed nadchodzącą burzą znaleźli schronienie na wyspie, na której natykają się na rodzinę degeneratów jest przesądzona. Ale to co nastąpiło potem nastąpiło totalnie nas zaskoczyło! Brutalny survival (nie slasher! :)) horror, w którym Jamie Blanks („Valentine”) nie bał się wcisnąć kilku naprawdę chorych pomysłów i sporej dawki brutalności. Ponoć podczas pokazu w Cannes publiczność zasłaniała oczy z przerażenia. I trudno się dziwić. Nie trzeba chyba dodawać, że bardzo nam się spodobało nowe oblicze reżysera, ale coś nam się zdaje, że po tym filmie Jamie Blanks będzie w Hollywood spalony.

Słusznie zaplanowano dłuższą przerwę po tym seansie. Chwila oddechu była konieczna, zwłaszcza że następny w kolejce był „Wrong Turn 2”. Wolny czas wykorzystaliśmy, aby zdać Wam krótką relację w pobliskiej kafejce internetowej oraz żeby naładować akumulatory. GrzEGOrz po raz kolejny zapychał się sojowymi paskudztwami, natomiast ja postanowiłem dołożyć cegiełkę do walki ze zdrowym odżywianiem pałaszując kilka kawałków pizzy. Z pełnymi żołądkami przystąpiliśmy do corocznego quizu frighfestowego, na którym nie będziemy ściemniać, polegliśmy sromotnie. Zresztą nie my jedyni. Ponoć zeszłoroczny konkurs był tak łatwy, że Alan i spółka zdecydowali się podnieść poprzeczkę. Efektem tego była masa dziwnych pytań, z których najłatwiejsze było o debiut reżyserski Jacinto Moliny. (jassssne... w zeszłym roku wcale nie było wiele prościej. Pamiętam, że siedziałem z prawie pustym kwestionariuszem i głupawo się uśmiechałem, podobnie jak sporo osób dokoła mnie ;-). Natomiast „Wrong Turn 2” to całkiem godziwa rozrywka jeśli widz nie oczekuje od filmu nic ponad flaków i krwi w ilościach hurtowych. Ten w sumie lekki w klimacie splatter nie powala na kolana, a Henry Rollins biegający po leśnych ostępach niczym inkarnacja Rambo jest żałośnie groteskowy, ale widać, że twórcy mieli wiele frajdy kręcąc go. Pozbawiony większych ambicji film Joe Lyncha ogląda się łatwo i przyjemnie, akcja toczy się wartko, tu i ówdzie mignie goła pierś, krew bryźnie efektowną fontanna – nie ma co narzekać..

Kolejnym filmem była, wyświetlana obecnie na ekranach naszych kin, „Disturbia”. Współczesna wariacja na temat „Rear Window” Hitchcocka, która za modelowego widza upatrzyła sobie nastolatków. Elektroniczne gadżety, problemy dojrzewającej młodzieży, a w tle sąsiad – seryjny morderca. Raczej przewidywalny i niekoniecznie wciągający thriller, który dość późno się rozkręca, ale na tyle szybko, by w końcówce zaoferować nieprawdopodobne wręcz rozwiązanie. Zadziwiające jest natomiast to, że był to chyba jedyny film, co do którego mieliśmy minimalnie różne zdanie, choć co do całości się zgodziliśmy: lepiej po raz kolejny obejrzeć klasyk Hitchcocka. Po krótkiej przerwie byliśmy gotowi wrócić na salę.

Zanim jednak przeszliśmy do ostatniego tego wieczoru seansu mieliśmy okazję podziwiać, zarówno na żywo, jak i na taśmie filmowej, niejaką pannę Emily Booth („Evil Aliens”) z Zone Horror. Znana brytyjska prezenterka, a obecnie również aktorka, przedstawiła bardzo interesujący dokument dotyczący kina eksploatacji, w którym zawarto historię oraz fenomen tego zjawiska i przedstawiono najważniejsze dzieła tego nurtu. Nie zabrakło również „Grindhouse”, który to film przyczynił się w olbrzymim stopniu do rozpropagowania idei tego kina wśród współczesnej widowni. A skoro już mowa o projekcie Quentina Tarantino i Roberta Rodrigueza, to warto wspomnieć, że organizatorzy festiwalu starali się o sprowadzenie amerykańskiej, „połączonej” wersji tego filmu, ale niestety się nie udało. Na otarcie łez widzowie FrightFest mogli obejrzeć trailer do „Don’t”, gdzie zresztą występuje wspomniana powyżej Emily Booth.

Na koniec dnia przyszło nam się zmierzyć z „The Devil Dared Me To”. I to dopiero było wyzwanie! Szczerze mówiąc do tej pory nie jesteśmy w stanie zrozumieć, jakim cudem ten film znalazł się w programie festiwalu. Głupawa opowieść o losach kaskadera, którego celem życia było przeskoczenie na motocyklu z południowej na północną wyspę Nowej Zelandii. Wątpliwej jakości dowcipy połączone z lekko absurdalnym humorem, szybka akcja, z jedna odcięta noga i masa trików, w których bohaterowie ryzykują życie ku uciesze spragnionej mocnych wrażeń publiki. Ale gdzie tu ma być groza? Doprawdy nie wiemy. „Skinwalkers” był żenującym, ale bądź co bądź, horrorem, „Sword Bearer” to film fantastyczny, czyli mieszczący się w gatunkowych ramach festiwalu. Ale „The Devil Dared Me To” jest zwykła błazenada zupełnie nie pasująca do całości. Ku naszemu zdumieniu film Chrisa Stappa podobał się publiczności, która nagrodziła go oklaskami. Kompletnie zdezorientowani i zawiedzeni, bo nie tak wyobrażaliśmy sobie ostatni seans dzisiejszego dnia, opuściliśmy kino. Pozostało nam tylko przedrzeć się przez rozimprezowany Londyn do domu. Ale i tu czekała na nas niemiła niespodzianka, bo okazało się, że stara polska zaczepka „Masz może papierosa?” znana jest również i tu. Tym razem jednak krzywa akcja zakończyła się jakimś cudem szczęśliwie.


Dzień 4


Na niedzielny film otwierający pokazy ostrzyliśmy sobie zęby. „The Girl Next Door” to adaptacja makabrycznej książki Jacka Ketchuma, opowiadającej o jednej z najohydniejszych zbrodni XX wieku. To co wydarzyło się w Indianapolis stawia włosy na głowie i zmusza do pytań o granice człowieczeństwa i pokłady zła drzemiącego w homo sapiens. Książka Ketchuma stanowi potężny kopniak w twarz, jej narrator – nastoletni David nieśpiesznie prowadzi czytelnika w głąb piekła. Sceny tortur autentycznie sprawiają, że łzy stają w oczach (a i tak autor postanowił nie opisywać najdrastyczniejszych bestialstw, jakich dopuszczali się oprawcy), a po zakończeniu lektury ciężko się otrząsnąć. Oczekiwania były więc wysokie. Ale skoro Chrisowi Siverstonowi udało się przenieść „The Lost” na ekran, można było mieć nadzieję, że tak samo będzie w przypadku „The Girl Next Door”. Cóż… Po pierwsze spóźniliśmy się na seans, bo któryś skład metra stanął w płomieniach i wstrzymano działanie linii Picadilly, którą dojeżdżaliśmy do Odeonu. Ale na szczęście straciliśmy tylko początek. Jednak film w porównaniu z absolutnie wbijającą w ziemię książką stanowi mocne rozczarowanie. Akcja toczy się zbyt szybko, nie ma powolnej podróży do kresu zezwierzęcenia i bestialstwa. Szaleństwa a jednocześnie zimnego wyrachowania brakuje Ruth, granej przez Blanche Barker. Gdyby jednak oderwać dzieło Gregory Wilsona od literackiego oryginału otrzymujemy naprawdę wstrząsającą historię, o której niełatwo zapomnieć.

Na kolejny seans organizatorzy wybrali lżejszą pozycję, aby trochę podnieść na duchu tych widzów, których zdołował „The Girl Next Door”. Faktem jest, że niektórzy byli bardzo poruszeni obrazem Wilsona, ale my, mając świeżo w pamięci lekturę, byliśmy raczej rozczarowani. W każdym razie kolejnym punktem programu było „Botched” Kita Ryan’a. Ta bezpretensjonalna komedia wyładowana po brzegi flakami i krwią sprawiła, że cała sala śmiała się w głos. Bo trzeba przyznać, że historię pechowego złodzieja, który pakuje się w niekiepską kabałę w ogromnym moskiewskim biurowcu, nakręconą lekkim stylem, gdzie sceny krwawe przetykane są zabawnymi momentami, a w tle słychać skoczne rosyjskie melodie ludowe, to godziwa rozrywka. W rolę profesjonalnego złodzieja, Ritchiego, wcielił się Stephen Dorf, znany z „Alone In the Dark”, „Feardotcom” czy „Cold Creek Manor”. W głównej roli żeńskiej wystąpiła brytyjska aktorka serialowa Jaimie Murray. Ta dwójka tworzy sympatyczną parę, której perypetie śledzi się z zaciekawieniem, mimo że mniej więcej wiadomo, dokąd film zmierza. Ale sposób w jaki reżyser prowadzi widza do napisów końcowych jest tak zwariowany, że na pewno wart uwagi.

Kolejne dwa czekające nas seanse napełniały nas obawami. „Uwe Boll double-bill”??? Przecieraliśmy oczy ze zdumienia, nie bardzo wierząc w zdrowe zmysły organizatorów FrightFestu. Okrzyknięty jednym z najgorszych reżyserów w dziejach X muzy, Niemiec dał się poznać jako twórca tak strasznych knotów jak „House Of The Dead” czy „Alone In The Dark”. Ale też w początkach swojej kariery „Amoklauf”, który jest całkiem zdatnym do oglądania amatorskim filmem o psychopatycznym mordercy. Poza tym ekipa organizująca festiwal to starzy wyjadacze i decydując się na projekcję dwóch filmów tak kontrowersyjnej postaci jak Boll, musieli wiedzieć co robią. I okazało się, że dobrze wiedzieli.

„Postal”, pierwszy z zaprezentowanych filmów, to zjadliwa polityczna satyra na wszystko i wszystkich. Niemiec udowadnia, że jest sprawnym scenarzystą i reżyserem. Fabuła może nie jest zbyt wyszukana, ale sprawnie opowiedziana, jest przyczynkiem do rozdawania kopniaków we wszelkich możliwych kierunkach. Szkoda może tylko, że obok bardzo celnych scen wyśmiewających fanatyzm religijny, terroryzm, „poprawność polityczną” znalazły się też witze bardzo niskiego lotu. Ot choćby żarty zoofilskie, skatologiczne i temu podobne. Mocno obniża to ocenę końcową, ale wzorowana na grze komputerowej anarchiczna rozrywka spod ręki Bolla to prawie dwie godziny szczerego śmiechu przeplatanego niedowierzaniem. Co więcej reżyser nie oszczędza sam siebie i bezlitośnie drwi ze swojego statusu najgorszego reżysera ostatnich lat. A dodatkowo pokazuje, że jest sprawnym filmowcem, który potrafi nakręcić film trzymający tempo, który nie nudzi i nie wywołuje irytacji nieporadnością realizacyjną. Po owacyjnie przyjętym filmie, Boll pojawił się na scenie, by odpowiedzieć na pytanie publiczności i dał się poznać jako inteligentny człowiek, który nie boi się krytykować tego, co uważa za bolączki współczesnego świata.

Kolejny film, z którym przyszło widzom się zmierzyć, to „Seed”, efekt przemyśleń Bolla na temat człowieczeństwa i wyraz jego głębokiej dezaprobaty dla gatunku ludzkiego. Cóż, trzeba przyznać, że ten kinematograficzny kopniak w twarz widza to prawdziwa nihilistyczna przejażdżka. Dyskusja po seansie, była najbardziej żywiołowa podczas tej edycji festiwalu. Niektórzy kompletnie zmieszali film z błotem, ale znaczna większość potrafiła docenić bezkompromisowość Niemca. Pojawiły się nawet głosy, że taki „Henry: Portrait Of A Serial Killer” to kino lekkie, łatwe i przyjemne w porównaniu z „Seed”. Cóż, opinia zapewne znacznie przesadzona, punkt odniesienia też może nie najtrafniej wybrany, ale nie ulega wątpliwości, że film potrafił poruszyć widownię. Bo choć na początku pewnej niezwykle brutalnej sceny, niektórzy obecni w kinie klaskali z aprobatą, to po kilku minutach na sali panowała absolutna cisza, przerywana tylko nerwowymi westchnieniami mniej odpornych widzów, a część osób w ogóle opuściła salę.

Jakby tego było mało, w kolejce czekał na nas „WΔZ”. Przykład, że można nakręcić film w stylistyce toture porn, który nie będzie obrażał inteligencji widza, serwując postaci typu Jigsaw, upozowane na demiurgicznych pół-bogów niemal. Scenariusz Clive Bradley’a opowiada przygnębiającą i przejmująco smutną historię dwójki nowojorskich detektywów, którzy prowadzą śledztwo w sprawie makabrycznych morderstw, których ofiarami padają osoby kilka lat wcześniej zamieszane w bestialski gwałt i morderstwo. Jeśli „Seed” był przygnębiający, to o filmie Shanklanda trzeba powiedzieć, że jest depresyjny ponad wszelką miarę. Obraz Wielkiego Jabłka to wszechobecny brud, ciemność, zło, przemoc panująca na ulicach i przeraźliwy chłód w relacjach międzyludzkich. Być może niektórych zrazi poczucie beznadziei i rozpaczy wylewające się z ekranu, bo trzeba przyznać, że świat przedstawiony w filmie, to piekło, bez prawie żadnej iskierki nadziei. Ten film to świetny neo-noir XXI wieku, który pełnymi garściami czerpie z kina lat ’70.

Ostatni niedzielny seans to „Skinwalkers” – opowieść o dwóch zwalczających się klanach wampirów, które toczą bój o życie trzynastoletniego chłopca, który jest kluczem do przyszłości lykantropów. Przyznajemy się bez bicia, zwyczajnie zrejterowaliśmy z kina (jak zresztą spora grupa podobnie myślących widzów). Lionsgate, które od kilku lat brało do swojej stajni utalentowanych reżyserów i rozpowszechniało ciekawe tytuły (żeby wymienić tylko „Ginger Snaps” i „Saw”) tym razem kompletnie zgubiło wyczucie. Kompletnie nieciekawy, koszmarnie zagrany, pozbawiony napięcia czy dobrych efektów specjalnych kawał celuloidowego koszmaru sprawił, że uciekaliśmy chyłkiem. Pewnie nikt nie oczekiwał, że wszystkie zaprezentowane na FrightFeście filmy, będą świetne czy tylko udane, ale dzieło Jamesa Isaaca to totalna pomyłka, o której im mniej słychać tym lepiej. Ale dzięki temu, że się poddaliśmy mieliśmy szansę trochę odespać poprzednie dni, bo zmęczenie dawało się już we znaki…


Dzień 5


Niestety, rzeczywistość okazała się bardziej prozaiczna, zamiast położyć się grzecznie spać i zregenerować siły przed ostatnim dniem festiwalu do wczesnego ranka raczyliśmy się napojami wyskokowymi, co zaowocowało koszmarnym bólem głowy po przebudzeniu. Dodatkowo nie mieliśmy siły, by dotrzeć na czas na seans „The Zombie Diaries” i ambitną próbę pobicia światowego rekordu ilości uczestników zombie walk, które miało miejsce na Leicester Square. Z zasłyszanych później plotek, dowiedzieliśmy się, że rekord faktycznie pobito, bo na miejsce zbiórki dotarło około 1000 ucharakteryzowanych zombiaków. A sam film ponoć żadnym objawieniem nie był, ale o tym pewnie przekonam się wkrótce, gdyż w Cinema Store zakupiłem wydanie DVD filmu za niewygórowaną cenę 6 funtów.

„Km 31” to próba wskrzeszenia tradycji kina grozy w kinie meksykańskim. Byliśmy więc ciekawi jak wygląda współczesny horror ubrany w sombrero. Okazało się, że to nie sombrero, a sugegasa, czyli japoński kapelusz słomkowy. Bo choć akcja filmu rozgrywa się Meksyku, to wpływy japońskiej kinematografii post-Ringu’owskiej są widoczne od sposobu konstrukcji fabuły, przez wygląd zjaw, aż po charakterystyczne próby straszenia widza. Riogoberto Castaneda, który nakręcił „Km 31” chciał uwspółcześnić tradycyjną meksykańską legendę o Płaczącej Kobiecie. Efekt jest co najwyżej przeciętny – ładnie nakręcony film, gdzie urokliwe zdjęcia są opakowaniem dla najbardziej wyświechtanych klisz azjatyckiego kina grozy. Ale cóż po dobrych zdjęciach, kiedy obrazy kompletnie nie mają rytmu, a o napięciu czy poczuciu niepokoju można zapomnieć. Jedynie końcowe minuty filmu nieco nadrabiają klimatem i intensywnością. Jedna ze scen kulminacyjnych jest autentycznie poruszająca. I choć żaden ze mnie znawca ghost stories, wydaje mi się, że los, który spotyka Catalinę, główną bohaterkę filmu, jest wyjęty z kompletnie innej estetyki, a przez to stanowi całkiem miłe zaskoczenie. Jednak gdyby nie egzotyka tego obrazu, gdyby była to kolejna produkcja spod znaku j-horror nie warto byłoby mu poświęcać uwagi.

„Spiral” to drugie dzieło Adama Greena, które było pokazywane na tegorocznym FrightFeście. Sam reżyser był nieco stremowany odbiorem tego filmu, jako że jest on kompletnie różny od jego debiutu. Po skąpanych w krwi i flakach ekscesach Victora Crowleya przyszedł czas na zmianę klimatu o 180 stopni. Jak stwierdził jeden z widzów, „Spiral” to w kategoriach filmowych dzieło, jak gdyby „Polański wydymał od tyłu Woody Allena”. Mocno powiedziane, ale coś jest na rzeczy. Opowiedziana w jazzującym rytmie historia wyalienowanego pracownika firmy ubezpieczeniowej, Masona, który poznaje równie nieprzystającą do atmosfery firmy Amber, autentycznie imponuje wysmakowaniem formalnym i dopracowaniem. Skojarzenia z Polańskim nasuwają się bez problemów – Mason to postać będąca skrzyżowaniem Trelkovsky’ego z Carole Ledoux. Akcja toczy się nieśpiesznym tempem pozwalając na obserwowanie rozwoju uczucia między dwójką bohaterów. Green otwarcie mówił, że próbował nakręcić film na podobieństwo utworu jazzowego – powracające motywy wizualne czy rytm łamany niespodziewaną zmianą tonacji. Zresztą ścieżka dźwiękowa doskonale współgra z obrazem i na jak w jazzie zwarta kompozycja dźwięków zostaje złamana niespodziewanym popowym kawałkiem. Początkowo „Spiral” może nieco nużyć, szczególnie jeśli ma się w pamięci krwawy „Hatchet”, ale już po kilku chwilach nie można się oprzeć magnetycznemu przyciąganiu fabuły. Dodatkowo widz zostaje umiejętnie zmylony, bo choć wydaje się, że poruszamy się po znanych do znudzenia koleinach wytyczonych przez Shyamalana, to można się delikatnie zdziwić oglądając epilog. Ale tak naprawdę nie zwroty akcji są tu istotne tylko kolejne etapy związku Masona i Amber. Ta para odludków ma w sobie jakieś ciepło, które wywołało moją sympatię. „Spiral” to było kolejne pozytywne zaskoczenie tegorocznego FrightFestu.

”Day Watch” - Przyznam się szczerze, że nie oglądałem „Night Watch”, a „Sword Bearer” jako jeden z największych hitów rosyjskiej kinematografii ostatnich czasów zniesmaczył mnie strasznie, więc pełen obaw zasiadłem w fotelu by zmierzyć się z sequelem pierwszego z wymienionych filmów. Naprawdę, ten festiwal upływał pod znakiem miłych niespodzianek i pozytywnych rozczarowań (jak również wszechogarniającej miłości człowieka do innych ssaków oraz różnych form okaleczeń genitalnych ;-). Mając w pamięci koszmarne doświadczenia z letnimi blockbusterami w stylu „Transformers” nie spodziewałem się zbyt wiele, szczególnie, że gdzie Rzym (a raczej Los Angeles), a gdzie Krym. A siedziałem z rozdziawionymi ustami, pełen podziwu dla rozmachu realizacyjnego i pomysłowości twórców. Masa rewelacyjnych patentów, którymi naładowana jest kontynuacja „Straży nocnej” nie pozwala oderwać wzroku od ekranu. Kilku tak zwanych speców od kina wysokobudżetowego mogłoby się od Rosjan uczyć, jak kręcić widowiskowe fabuły, pełne fajerwerków wizualnych a jednocześnie nie obrażających inteligencji widza. Dorzeczna fabuła to pewnie w dużej mierze zasługa książkowego oryginału, autorstwa Siergieja Łukanienki, ale naprawdę podobał mi się świat, gdzie nie ma jednoznacznie i grubą krechą rysowanych bohaterów. Wedle samego autora bowiem, nie istnieje podział na dobro i zło we świecie, są tylko siły jasności i ciemności. Za każdą stoją jakieś racje i przedstawicielom Straży Dziennej jak i Nocnej daleko do karykaturalnych manekinów rodem z Fabryki Snów. To pewnie cecha dojrzałej literackiej fantastyki, ale i ożywczy powiew realizmu psychologicznego w wielomilionowym widowisku kinowym.

Na koniec organizatorzy zostawili danie specjalne ”The Orphanage”. Protegowany Guilremo del Toro – Juan Antonio Bayona nakręcił niesamowicie klimatyczną ghost story, która godnie zwieńczyła pięć dni filmowego szaleństwa. Niezwykle nastrojowa opowieść o małżeństwie, które podejmuje trud ponownego otwarcia sierocińca, któremu na przeszkodzie stają duchy, a może tylko zwykłe zaniedbanie, urzeka wizualnym stylem i umiejętnie opowiedzianą historią. Kilka nerwowych podskoków w fotelu podczas seansu gwarantowanych. Ale ten film to również doskonały przykład jak z dobrze znanych elementów zbudować dzieło wartościowe i godne najwyższej uwagi.

Kilka słów tytułem podsumowania. Ta edycja FrightFestu wedle słów Alana Jonesa, była pierwszą, z której organizatorzy byli naprawdę zadowoleni. My, jako widzowie, byliśmy dosłownie przytłoczeni takim nagromadzeniem dobrych filmów – każdy mógł znaleźć coś dla siebie – amatorzy gore, miłośnicy ghost stories, ci, którzy lubią horror w konwencji komediowej, tacy, którzy oczekują od horroru kopniaka w twarz i nihilizmu, fani animal attack, słowem, dla każdego coś miłego. Nie w samej różnorodności jednak rzecz. Istotne jest to, że znakomita większość prezentowanych obrazów, to filmy udane, ciekawe, dobre (z tych czy innych powodów). Jak na polskie warunki nie jest to impreza tania, ale naprawdę warto zaoszczędzić trochę grosza i wybrać się za rok.

Autor: grzEGOrz & Mort