Recenzja horroru

Podsumowanie roku 2006
Array

Rok 2006 w horrorze oraz co nas czeka w najbliższych miesiącach.

Oj, działo się w ubiegłym roku, działo! W Europie eksportowym produktem roku było bez wątpienia „Zejście” - jeden z najlepszych survivali dziesięciolecia, który z miejsca zasłużył na miano filmowego klasyka. Amerykanie także nie próżnowali, choć szkoda, że w powtórkach z rozrywki zaczynają się już specjalizować. „Teksańska masakra piłą mechaniczną: Początek” i „Wzgórza mają oczy” to dwa przykłady dzieł brutalnych i bezkompromisowych, i dowód na postępującą radykalizację kina głównego nurtu. Szczególnie „Teksańska…” była wielkim zaskoczeniem i szkoda, że nie zyskała należnego jej uznania (sorry Aja, nakręciłeś kawał sympatycznego kina, ale to kolega Liebesman zdeklasował konkurencję). „Ab-Normal Beauty”, estetycznie dopracowany do granic możliwości i „Shutter”, scary ride bez trzymanki, który mógł niejednego przyprawić o bezsenne noce, udowodniły, że w dziale mniej krwawego horroru wciąż dominują Azjaci. Nie zapominajmy także o wydanej w Polsce serii J-Horror Theater; „Reinkarnacja”, „Wizje” i przede wszystkim „Infekcja” to trzy odsłony japońskiej grozy najwyższej próby. Dobrze, że w ramach alternatywy ukazało się chociaż „Fragile” Balagueró, udowadniając, że i Europejczycy jeszcze straszyć potrafią.

Pięć najbardziej pamiętnych momentów roku. Do tych scen jeszcze długo będziemy wracać:

„Wzgórza mają oczy” - co jak co, ale scena w przyczepie kempingowej to point-of-no-return w dziale filmowego survivalu. Zaskakująca swoim radykalizmem sublimacja filmowego nihilizmu.

„Zejście” - sama końcówka niszczy, ale na wspomnienie chwili, w której bohaterka wspina się po stosie kości, przechodzą mnie ciarki. Obraz ikoniczny, wizualnie i emocjonalnie - miażdżący.

„Teksaska masakra piłą mechaniczną: Początek” - ostatnia scena tego znakomitego prequelu to rzeczywiste zwieńczenie nowej fali krwawego kina. Aż do upłynięcia napisów końcowych ciężko mi było ruszyć się z miejsca.

„Shutter” - pomijam fakt, że cały seans szczałem ze strachu jak głupi, ale gdybym miał wybrać jedną i jedyną scenę, to chyba tą z użyciem telefonu, czyli „ktoś czeka na ciebie w łazience, szanowny kolego”! Czy ci Azjaci muszą nas naprawdę tak nerwowo wykańczać?!

„Evil Aliens” – scena ze żniwiarką i muzyką motywacyjną rolników to najzabawniejsze gore fest od czasu delirycznych szaleństw maestro Jacksona!

W ramach wydarzeń warto wspomnieć o wydanej w Polsce serii „Horrory świata”. Oby więcej takich inicjatyw w przyszłości! Mile zaskoczyli nas także wydawcy „Kina grozy”. Decyzja o dystrybuowaniu nowych horrorów była najlepszym możliwym pomysłem. Choć przydałaby się jednak bardziej rygorystyczna selekcja, bo takie filmy jak „El Muerto” czy „Silent Scream” to szroty nieprzeciętne.

A w przyszłym roku filmowych emocji na pewno nie zabraknie. Czyli co, ruszamy z kolejnym top 10? :) Oto więc przed Wami 10 filmów, dla których warto przeżyć 2007 rok:

1) „The Third Mother”, reż. Dario Argento - Argento wraca do korzeni. Panie Dario, albo będzie arcydzieło, albo krzyżyk na drogę!

2) „The Mist”, reż. Frank Darabont - adaptacja noweli Stephena Kinga (ze znakomitego tomu „Szkieletowa załoga”) o nieprawdopodobnym filmowym potencjale. W rękach Darabonta może być arcydzieło, byle by tylko Dimension trzymała się od tego projektu z daleka! DIE-mension, die!

3) „Grindhouse”, reż. Quentin Tarantino i Robert Rodriguez - motherfuckin` movie 2007 roku! Złoty tandem szykuje prawdziwą ucztę dla fanów eksploatacji. Bez wątpliwości, przyszłoroczna pozycja obowiązkowa.

4) „The Invasion”, reż. Olivier Hirschbiegel - czarny koń tego zestawienia. Hirschbiegel jest kurewsko zdolnym reżyserem, Kidman olśniewającą aktorką, wszystkie remake`i „Inwazji porywaczy ciał” trzymały klasę, podsumowując: „Inwazji” możemy tylko przyklasnąć.

5) „The Cell”, reż. Eli Roth - Roth próbuje zrewolucjonizować zombie-movie. No i kto wie, tym bardziej, że książka Kinga zbiera świetne recenzje.

6) „30 Days of Night”, reż. David Slade - twórca „Hard Candy” za pośrednictwem zna-ko-mi-te-go komiksu Steve`a Nilesa, „30 dni nocy”, przeniesie nas do pogrążonego w ciemności miasteczka Barrow w Alasce, w mrokach którego czają się wampiry. To ja już poproszę o bilety!

7) „Diary of the Dead”, reż. George A. Romero - papcio Romero próbuje odzyskać dawny pazur. W pełni niezależny projekt, który może być jedną z większych niespodzianek zbliżającego się roku.

8) „Kaidan”, reż. Hideo Nakata - pomyśleć, że Nakata kręci kolejną adaptacją Lefcadio Hearna... Doskonała możliwość, by za jednym zamachem wstrząsnąć azjatyckim filmem grozy i nakręcić ultimate ghost story. Szkoda tylko, że pierwsza zapowiedź nie napawa wielkim optymizmem...

9) „Embodiment of Evil”, reż. Jose Mojica Marins - gerontologia stosowana, czyli staruszek Marins wraca za kamerę! Kupszczak to będzie pewnie straszny, ale z drugiej strony Coffin Joe`a na ekranie nigdy za wiele.

10) „Halloween”, reż. Rob Zombie - Zombie nakręcił jedne z dwóch najlepszych filmów z ostatnich lat, zgoda, ale próba odrodzenia slashera remakiem arcydzieła absolutnego Carpa, to się nie godzi! Rob albo zwariował do reszty albo nakręci niespodziankę roku. Mission impossible 2007 roku.

Top 10 2006

Zeszłoroczne podsumowanie okazało się klapą, tak więc w tym roku zmiana formuły. Zamiast wyczerpującego podsumowania postanowiliśmy zebrać 10 najlepszych filmów grozy ubiegłego roku i opatrzyć je krótkimi komentarzami. Zestawienie powstało na podstawie uprzedniego głosowania, w którym wzięli udział niemal wszyscy członkowie załogi DM. Warto nadmienić, że braliśmy pod uwagę wyłącznie te filmy, które ukazały się w Polsce w ubiegłym roku w oficjalnym obiegu. Tyle w ramach wstępu, czas przejść do konkretów. And the winner is…

Zejście

(The Descent)

reż. Neil Marshall

61 pkt.

Niekwestionowany zwycięzca zestawienia, obraz Neila Marshalla zdeklasował tegoroczną konkurencję i trzeba przyznać, że zasłużenie. Po pierwsze mamy tu oryginalną fabułę, a nie kolejny rimejk, sequel, spin off. Historia grupy przyjaciółek uwięzionych w podziemnych korytarzach nieznanej jaskini to świetny pomysł wyjściowy. Marshall świetnie buduje sytuację zagrożenia, klaustrofobiczny klimat osacza widza i nie pozwala odetchnąć. Znakomita jest również obsada - każda z dziewczyn błądzących w podziemnych mrokach jest wyraźnie zarysowaną postacią z krwi i kości, z własną historią i osobowością, a nie zbiorem wyświechtanych klisz i konwencji. Sam motyw podziemnej pułapki i zdanych na siebie kobiet jest wspaniałym tematem na mocny thriller survivalowy. Ale reżyser postanowił zaserwować nam horror, więc wprowadza postaci zmutowanych istot, które wyewoluowały do życia pod ziemią i stanowią śmiertelne zagrożenie dla bohaterek. I kolejne brawa należą się mu za to, że to mutanty są równie wiarygodne co pozostałe elementy fabuły. Oglądając 'Descent' nie mamy poczucia, że jakiś wątek scenariusza został tu wprowadzony na siłę. Wszystko ma swoje uzasadnienie i tworzy perfekcyjną całość. Dodajmy do tego świetne zdjęcia i dobre aktorstwo, a otrzymamy film, który chwyta za gardło i nie pozwala zaczerpnąć oddechu. Marshall nie traktuje widza jak idioty i maszynki do wyciągania pieniędzy o czym świadczy też poruszające zakończenie, które idzie pod prąd utartym schematom i oczekiwaniom publiki. Mocne kino warte każdej minuty spędzonej przed ekranem.

grzEGOrz

Zdjęcie Śmierci

Sei mong se jun

reż. Oxide Pang Chun

31 pkt.

Hongkoński reżyser Oxide Pang Chun to część tandemu odpowiedzialnego za niezwykły film grozy The Eye z 2002 r. i jego dwa lata późniejszy sequel. Tym razem sam podpisał się pod filmem, co nie oznacza, że brat Danny pozostał bezrobotny - figuruje jako jego współproducent. Przyznam, że Zdjęcie śmierci oceniłam najwyżej z tegorocznych premier na naszym rynku. Nie mogłam bowiem pozostać obojętna na urok tego filmu. Filmu ze wszech miar zaskakującego - swoją osobliwą i niejednolitą formą, ale też i mroczną treścią. Mało tego, wydaje mi się też, że Pang sporo zawdzięcza mojemu ukochanemu Dario Argento - zwłaszcza odnajdywanie piękna w śmierci, skłonność do stylizacji i ogólny nastrój; poza tym nie należy pominąć faktu, że w rolach panien pozostających w (hm) bardzo bliskiej zażyłości wystąpiły siostry, co może wydać się pomysłem nader dziwacznym i ryzykownym. Polecam gorąco - wizualna uczta, niesamowity i zaskakujący film z genialną, moim zdaniem, końcówką.

Kamikadze

Wzgórza Mają Oczy

The Hills Have Eyes

reż. Alexandre Aja

30 pkt.

Po serii nieudanych i żenujących remaków nareszcie otrzymaliśmy film dorównujący oryginałowi. Alexandre Aja, znany wszem i wobec z bezkompromisowego „Haute Tension” i tym razem dostarczył spragnionemu mocnych wrażeń widzowi kawał dzikiego, brutalnego i krwawego survivalu. I choć malkontenci mogą narzekać na nadużycie false scares i nazbyt patetyczne zakończenie, dawka adrenaliny jest w „The Hills 06” ogromna. W fabule odnajdziemy niewiele zmian, film pozostaje wierny oryginałowi i widać gołym okiem, że został nakręcony przez twórcę kochającego i respektującego gatunek. Wzgórza wciąż mają oczy i rozbrzmiewają odgłosami rzezi!

Embalmer

Shutter – Widmo

Shutter

reż. Banjong Pisanthanakun

Parkpoom Wongpoom

29 pkt.

Gdyby oceniać "Shutter - Widmo" pod kątem oryginalności i swieżości to zapewne nigdy nie znalazłby się w tym zestawieniu. Jednakże to zupełnie inny, znacznie ważniejszy atut zadecydował, że właściwie całe ciało redakcyjne (za wyjątkiem jednego zwolennika włoszczyzny, który uważa że kino azjatyckie jest przereklamowane) zagłosowało na film dwóch młodych tajskich reżyserów. To groza. "Shutter" jest autentycznie przerażający. Znakomita atmosfera, świetna realizacja, kilka niezapomnianych scen (samobójczy skok z balkonu) i wspaniała muzyka czyni go godnym naśladowcą najlepszych japońskich i południowokoreańskich horrorów nowej fali. A to że fabuła dziurawa, dialogi słabe, a czasem pojawia się efekt "boo!"? Kto by o tym pamiętał, gdy skóra cierpnie ze strachu... W oceanie chłamu jaki prezentuje współczesne tajskie kino grozy "Shutter" to prawdziwa perła. W moim osobistym rankingu plasuje się na miejscu drugim, rozdzielając fenomenalne "Zejście" i doskonałą "Delikatną".

Mort

Teksańska Masakra Piłą Mechaniczną

The Texas Chainsaw Massacre: The Begining

reż. Jonathan Liebesman

26 pkt.

O ile remake “The Texas Chainsaw Massacre” był horrorem ledwie przyzwoitym, o tyle jego prequel przewyższa go o głowę zarówno pod kątem brutalności, jak i intensywności. Aplauz na stojąco dla R. Lee Ermeya w roli sadystycznego szeryfa Hoyta i dla Jonathana Liebesmana, który po nakręceniu kiepskiego „Darkness Falls” zrehabilitował się w pięknym stylu. „TCM: The Beginning” to siarczysty kopniak z wprawą wymierzony w politycznie poprawne oraz bezkrwawe kino grozy, jakie Hollywood zdaje się wypluwać z niepokojącą regularnością. Leatherface to ikona gatunku, a jego piła mechaniczna ciągle broczy krwią łaknąc coraz to nowych ofiar.

Embalmer

Pułapka

Hard Candy

reż. David Slade

19 pkt.

Ten film w naszym zestawieniu może zastanawiać - nie ma on nic wspólnego z horrorem. Mimo to zasłużenie znalazł się na tej liście. Przewrotna historia pedofila i jego ofiary, która biegnie zupełnie odmiennie od tego, czego możnaby się spodziewać... Dla horrormaniaków przynętą była przede wszystkim pewna scena, która miała przyprawić każdego mężczyznę o ciarki na plecach (i nie tylko). I trzeba przyznać, że ten moment filmu naprawdę jest nieprzyjemny. Ale i bez tego fragmentu 'Hard Candy' broni się jako świetny, pełen napięcia dramat, który pozwala inaczej spojrzeć na wyeksploatowany do bólu temat zakazanych związków seksualnych między dorosłymi a dziećmi. Postacie głównych bohaterów są pełne życia i wiarygodne - szczególnie Jeff, ofiara swoich zakazanych żądzy. Od genialnego plakatu, który intryguje i przykuwa uwagę, przez znakomite aktorstwo duetu Jeff Kohlver i Hayley Stark, świetne zdjęcia i montaż (od razu widać, że David Slade zaczynał od teledysków) po przemyślany scenariusz 'Hard Candy' jest wzorcowym przykładem tego, jak powinien wyglądać pełnometrażowy debiut zrobiony za relatywnie niewielkie pieniądze.

grzEGOrz

Delikatna

Fragile

reż. Jaume Balagueró

17 pkt.

Jeśli już macie powyżej uszu dziewczynek z długimi, czarnymi włosami, które wychodzą z wody i wydają piskliwe dźwięki, to „Fragile” może być doskonałym lekarstwem. Szkoda, że najnowsze dzieło Balagueró, autora „Ciemności” i „Bezimiennych”, jednego z najlepszych współczesnych reżyserów gatunku, przeszło w Polsce bez echa. „Fragile” to bowiem ghost story najwyższej klasy, prawdopodobnie najlepsza w Europie od czasu znakomitych „Innych”. Dzieło, które nie tylko skutecznie mrozi krew w żyłach (jak przypomnę sobie końcowy twist, to ciągle przeszywają mnie dreszcze), ale przede wszystkim zaskakuje niezwykłym poziomem wrażliwości, tak obcej współczesnej produkcji gatunku. Wielka, melancholijna kompozycja Roque Banosa, baśniowy nastrój i ostatnia scena, która powaliła mnie na kolana - wszystko to czyni z „Fragile” nie tylko jeden z najlepszych filmów roku, ale i natychmiastowego klasyka gatunku.

flagg

Hostel

Hostel

reż. Eli Roth

15 pkt.

Przede wszystkim: zapomnijcie o kampanii reklamowej. „Hostel” nie ma w sobie nic z zapowiadanej terapii szokowej i zamiast filmu, która wywróci wam żołądki do góry nogami, nastawcie się raczej na czyste kino rozrywkowe. Nie znaczy to jednak, że najnowszy film Rotha nie zadowoli fanów gatunku. W końcu połączenie kina eksploatacji z „American Pie” nie co dzień się zdarza, a „Hostel” jako wywrotowy teen-movie sprawdza się wyśmienicie. Pełny gratisowej przemocy i silikonowych biustów, ze swoim sztubackim poczuciem humoru i dobrze rozumianym duchem groteski, jest idealny na długie wieczory w gronie znajomych. Tak więc piwka w dłoń i trawestując reklamowy slogan jednego ze słynnych shockerów zapraszam na „film, który mógł być nakręcony tylko w Europie Wschodniej, tam gdzie życie ludzkie nic nie kosztuje”!

flagg

Infekcja

Kansen

reż. Masayuki Ochiai

13 pkt.

Co prawda rodzima służba zdrowia prezentuje tak opłakany stan, że trudno żeby było gorzej, ale, szczerze mówiąc, już wolę polskie realia niż wizytę w takim szpitalu jak ten pokazany przez Ochiai. I nie chodzi mi wcale o problem braku leków. Najgorszy koszmar to tajemniczy wirus, który stopniowo rozprzestrzenia się na terenie placówki. "Kansen" jest wizualnie piękny, przerażający i nico dziwaczny. Znajdziecie w nim nie tylko kilka doskonałych scen grozy, ale również rozkładające się ciała, zieloną maź i masę potwornych wizji, które na długo wyryją się w Waszej pamięci. Co prawda pod koniec film lekko kuleje i wydaje się być odrobinę przedobrzony, ale i tak jest znakomitym przykładem współczesnego japońskiego horroru. Poza tym pierwszy akt sześcioodcinkowej serii "J-Horror Theater" firmowanej nazwiskiem słynnego producenta Takashige Ichise (m.in. "Ringu" i "Ju-on") nie pozostawia wątpliwości, że warto było się podjąc takiego przedsięwzięcia. Ochiai wysoko zawiesił poprzeczkę przed pozostałymi japońskimi mistrzami grozy, ale nas może to tylko cieszyć. Swoją drogą gdyby nie późna polska premiera "Reinkarnacji" (listopad), jestem przekonany, że na liście znalazłyby się dwa filmy serii.

Mort

Inwazja

Evil Aliens

reż. Jake West

9 pkt.

Już „Razor Blade Smile” Westa robił wrażenie, ale takiej uczty filmowego trashu naprawdę trudno było się spodziewać. Za niecałe dwa miliony dolarów powstał non-stop-action-movie wypełniony po brzegi wulgarnymi gagami i efektami gore najwyższej próby. Jeśli cenicie sobie kino Z za nic mające sobie zasady przyzwoitości i nakręcone za przysłowiową skakankę, to „Evil Aliens” obejrzyjcie koniecznie. Sam Raimi i Peter Jackson mogą ze swojego podopiecznego być dumni. A gdyby mi przyszło streścić dzieło Westa w paru słowach, powiedziałbym pewnie, że jest to film prymitywny, obsceniczny, prostacki i niedojrzały... Mówiąc krótko: zakochacie się w nim!

Flagg

Autor: Danse Macabre