Recenzja horroru
Magister blokers kontra amerykańscy horroryści, czyli kilka uwag na marginesie pewnego artykułu w "Polityce"
Horror na przestrzeni kilku ostatnich lat przeżywa prawdziwy renesans. Po okresie stagnacji w drugiej połowie lat '80, kiedy gatunek utonął w kolejnych odcinkach tasiemcowych serii slasherowych, a europejscy twórcy przeżywali wyraźnie słabsze chwile, zaczęły pojawiać się pierwsze sygnały, że coś w filmowej grozie drgnęło. Oczywiście nadal powstawały obrazy interesujące i warte uwagi. Tworzył przecież Cronenberg, pojawiła się trzecia część trylogii Romero, powoli podnosił głowę horror niezależny i niskobudżetowy, ale ogólnie wiało sztampą i nudą. Pierwsze symptomy nadciągającej nowej fali filmowej grozy pojawiły się w Azji. Filmy takie jak "Tetsuo", czy niesławna seria "Guinea Pig" wyznaczały nowe sposoby konstruowania filmowej grozy. W Niemczech zaczyna kręcić filmy Jorg Buttgereit, a obrazy takie jak "Nekromantik" szybko osiągną status kultowych. Na początku lat '90 widać już kilka bardzo jasnych punktów. Za śmieszne pieniądze powstają dzieła undergroundowe, które warte są uwagi - Nacho Cerda choćby. Na szersze wody wypływają również dzieła nieznanych reżyserów jak choćby "Cronos" Guilermo del Toro. Wszystko zmienia i popycha do przodu "Scream" Wesa Cravena, który otwiera nowy okres zainteresowania horrorem. Niemal równocześnie w Japonii zaczynają tworzyć utalentowani twórcy, dość wymienić tu Hideo Nakatę. O ile w przypadku produkcji amerykańskich widać wyraźną zabawę konwencją, intertekstualność, to azjatyckie produkcje sięgają do klasycznych sposobów straszenia, budowania atmosfery. Bardzo szybko szefowie produkcji w Hollywood zwęszyli żyłę złota, co zaowocowało przeróbkami wschodnich obrazów na amerykański sposób. Tylko ślepy i głuchy nie zwróciłby uwagi na zalewającą ostatnio ekrany falę przeróbek i remake'ów. O ile o wartości i sensowności tych obrazów można by dyskutować, to w omawianym czasie pojawiło się wiele naprawdę interesujących pozycji powstałych poza wielkimi studiami filmowymi. "Ginger Snaps", "May", a w Europie "Haute Tension", "28 Days Later" to pozycje, który każdy, kto interesuje się horrorem powinien znać. Nie wspominając o ogromnej ilości godnych najwyższej uwagi pozycji z Azji.
Koniec końców renesans horroru przedostał się do szerszej świadomości. Skoro artykuły na ten temat pojawiają się poza prasą branżową, to coś musi być na rzeczy. W ostatnim numerze "Polityki" (22/2005) naczelny specjalista od wszystkiego, Mirosław Pęczak, ksywka "magister blokers" zmierzył się ze zjawiskiem obecnej popularności filmowej grozy. Artykuł "Okropne filmy" jest dość pocieszną lekturą, która potwierdza starą zasadę, że jeśli ktoś zna się na wszystkim, to tak naprawdę na niczym się nie zna. Zdaję sobie sprawę, że tygodnik w rodzaju "Polityki" jest skierowany do zupełnie innego kręgu odbiorców, niż osoby interesujące się horrorem, ale w trakcie lektury raz robi się bardzo zabawnie, innym razem strasznie. W końcu jakąś odpowiedzialność za słowo brać trzeba.
Główne tezy artykułu można streścić następująco: Pęczak zaczyna od konstatacji, że horror ma się ostatnimi czasy nader dobrze i czeka nas okres "triumfu grozy". Horrory zarabiają na siebie, gdyż koszty ich produkcji są niskie (brak w obsadach gwiazd i małokosztowne efekty specjalne). Filmowa groza nader często i z powodzeniem operuje suspensem i umiejętnie budowanym nastrojem. Za przykład takiego filmu autor artykułu podaje "Boogeyman", który wchodzi na ekrany polskich kin. Ma być to film, któremu bliżej do psychologicznego dreszczowca, niż do rasowej opowieści grozy. Ale nawet mimo finalnego pojawienia się potwora i tak jest to opowieść nie tylko dla miłośników "horrorystycznej formy". Redaktor "Polityki" zauważa, że horrory są niezmiernie często traktowane przez odbiorców jako forma perwersyjnej rozrywki. By zilustrować to stwierdzenie przytacza swoje obserwacje, które poczynił w trakcie i po seansie "The Ring 2" w kinie. Publiczność była młoda, obeznana z konwencją i lubująca się w niej.
Za ciekawe uważa, że Amerykanie kopiują Japończyków. Przecież ci ostatni, to potrafili tylko nieudolnie Godzillą straszyć. Powołując się na ciekawy skądinąd tekst Jacka Dukaja o horrorze, Pęczak stwierdza, że najważniejszy w tego typu historiach jest element nadprzyrodzony, a nie sam strach. Głęboki niepokój wywołuje w widzu zjawisko, którego nie sposób racjonalnie wyjaśnić. Dlatego też, sądzi Pęczak, w najpopularniejszych horrorach "motywem nader częstym jest klątwa". Twórcy filmowej i literackiej grozy zdają się wg niego wykorzystywać "świadomy i podświadomy głód metafizyki i mistyki interpretowany zazwyczaj jako uboczny skutek laicyzacji i/albo tryumfów stechnicyzowanej, zorientowanej materialistycznie kultury". Świadczyć ma o tym sukces M. Night Shyamalana, "który sam mówi o swoich filmach jako przypowieściach o wierze". Filmy Hindusa tym się różnią od innych współczesnych horrorów, że "motywy nadprzyrodzone wiążą się tam z nadzieją, a nie metafizyczną klęską, z jaką mamy do czynienia wtedy, gdy zwycięża Zło". Dzisiejszy trend popularności filmowej grozy charakteryzuje się wg autora "prawdziwym wysypem obrazów klasy B", które odznaczają się otwartym zakończeniem, wyraźnie zaznaczonym motywem odradzania się zła (szczególnie w kolejnych sequelach). Filmy klasy B nie kreują niczego nowego, a żerują jedynie na oczekiwaniach odbiorców. Zaś nadprzyrodzone zło staje się "niepokojąco chwytliwym tematem", który opanował przeróżne media; nie tylko film, ale również muzykę i gry RPG. Oprócz wyraźnego aspektu komercyjnego, przekazy epatujące obrazami zła mogą spełniać funkcję terapeutyczną, działając na zasadzie katharsis. Problemem jednak, według Pęczaka, jest traktowanie wspomnianych obrazów w kategorii rozrywki, co autor wiąże z całym nurtem gore.
Przerysowanie przemocy w takich filmach prowadzi do osiągnięcia efektu komicznego. Oglądanie najbardziej krwawych obrazów miałoby być analogią do słuchania muzycznego kiczu - "żeby było się z czego pośmiać". Pęczak pisze również o Marilynie Mansonie i Ozzym Osbournie, na dowód tego, że "horror szturmuje wszelkie możliwe obszary kultury popularnej". Złym aspektem tego jest komercyjne wykorzystanie "filmów ostatniego tchnienia" dostępnych w internecie. Równie zła jest fascynacja przemocą, która widoczna jest w coraz większej liczbie obrazów. Ratunkiem na to jest powstawanie ambitnych horrorów, które "wyprą z rynku produkty nastawione na bezmyślną i na pewno szkodliwą epatację".
Jak już nadmieniłem, zdaję sobie sprawę z targetu "Polityki", ale artykuł "Okropne filmy" wywołuje sprzeciw u każdego, kto choć pobieżnie interesuje się filmową grozą. Krytykę zacząć można od wskazania na dziwaczne neologizmy, które stosuje Pęczak. Kimże miałby być "horrorysta" lub czym jest "horrorystyczna konwencja" i od kiedy filmy, które stają się przebojami kasowymi to bestsellery? No, ale to są szczegóły. Bardziej istotne jest, że artykuł to zbiór frazesów, banialuków, oczywistości z jednej strony, a z drugiej pełen przekłamań i zwykłej ignorancji oraz silenia się na mentorski ton.
Jeśli Pęczak uważa, że sukces kasowy horroru jest spowodowany niskimi kosztami produkcji i brakiem gwiazd w obsadzie, to co powie na budżety ostatnich remake'ów, które co rusz pojawiają się na ekranach kin? Czy 70 mln dolarów "Dawn Of The Dead" (2004) pozwala zaliczyć ten, skądinąd całkiem udany jak na standardy hollywoodzkie, film do kategorii niedrogich? Brak znanych nazwisk w obsadzie? Nie wspominając Jacka Nicholsona, Roberta de Niro, Julianne Moore, Brada Pitta, Anthony Hopkinsa, trzeba być naprawdę mało uważnym, żeby nie dostrzec, że w znakomitej części produkcji z Krainy Snów występuje cały tabun gwiazd młodego pokolenia, a ich gaże raczej nie zaliczają się do niskich. Zresztą na poziomie ogólnym stwierdzenie, że "film odniósł sukces kasowy, bo koszt produkcji był niski", trąci absurdem. Jak wytłumaczy więc Pęczak tysiące niskobudżetowych filmów, które jakoś dziwnym trafem sukcesu finansowego nie odnoszą? Czy relacja koszt produkcji/zyski działa również w drugą stronę? Wystarczy chwilę się zastanowić, by stwierdzić, że autor bredzi.
Odnośnie filmu "Boogeyman" i tego, co twierdzi autor artykułu nie chcę się wypowiadać, gdyż nowej wersji, zdaje się dość luźno powiązanej z obrazem sprzed lat, jeszcze nie widziałem. Aczkolwiek w dotychczasowych recenzjach, które przeczytałem, dzieło to otrzymuje miażdżące noty. Ale krytykom głównonurtowym nie można wierzyć, bo szukają oni w kinie zupełnie czego innego niż przeciętny fan gatunku. Do czasu projekcji osąd tego fragmentu artykułu zawieszam. Ale wspominając o produkcyjnym udziale Sama Raimi publicysta przywołuje serię "Evil Dead", polegającą na "nieustannym nękaniu widza obrazami żywych trupów, odciętych acz wciąż poruszających się kończyn, oderwanych od tułowia głów i latających w powietrzu ostrych przedmiotów przeszywających ciała przerażonych bohaterów". Kto widział cały cykl "Złośliwego nieboszczyka" musi pokręcić w zadziwieniu głową - czy autor na pewno wie co pisze? Czy pierwsza odsłona serii pasuje do przytoczonego tu opisu?
Stwierdzenie, że horror jest rozrywką, jest tak samo prawdziwe jak banalne. Przecież kino w większej swojej części to właśnie rozrywka. Można by Pęczakowi przypomnieć skąd się fascynacja ruchomymi obrazami wywodzi, ale jest to chyba wiedza, którą redaktor tak opiniotwórczego tygodnika powinien posiadać. A ustalenia badaczy medium filmowego odnośnie kina gatunków, wyraźnie wskazują, że rozrywka i powtarzalność to jedne z jego wyznaczników.
Autor artykułu podaje opis młodocianej publiczności, która ma wyczucie konwencji i chodzi na kolejne projekcje, jakby było to jakieś kulturowe novum. A filmy grozy/sf z lat '50 czy slasherowy boom sprzed 25 lat i ich publika to co? Ciekawe też dlaczego chodzenie na filmy akcji, komedie czy kryminalne miałoby być normalną, akceptowaną powszechnie rozrywką, a oglądanie horrorów to już perwersja? Czyżby chodziło o epatowanie przemocą i wizerunkiem zła? Mam niejasne wrażenie, że pod tym względem filmy akcji przewyższają hollywoodzkie opowieści grozy.
Interesująco brzmi zdanie, że Japończycy dawniej umieli tylko nieudolnie straszyć Gojirą, a teraz nauczyli się subtelnie traktować filmową materię horroru. Czyżby "Kaidan" Kobayashiego było zupełnie nieznanym filmem? Ale nawet jeśli przyjąć, że lata '60 i '70 w Japonii nie wydały nic interesującego (a "Jigoku" - pierwszy film z elementami gore? a Makiguchi? a cały nurt pinku-eiga, który łączy z horrorem wiele wspólnego), to od dobrych dwudziestu lat w Kraju Kwitnącej Wiśni w horrorze dzieje się naprawdę wiele. Zarówno jeśli chodzi o nurt gore jak i bardziej nastrojowe opowieści w stylu "Evil Dead Trap" (co nie znaczy jednak, że "Shriyo no wana" jest klasycznym horrorem atmosfery).
Pęczak zdaje się posiadać znaczną wiedzę o gatunku (choć nie kwapi się z jej ujawnianiem), jeśli twierdzi autorytatywnie, że "w najpopularniejszych horrorach (...) motywem nader częstym jest klątwa". Kiedy się spojrzy na różnorodne nurty współczesnego filmu grozy pozostaje tylko zapytać - a skąd autor to wie? Bo zombie, wampiry, wilkołaki, szaleni naukowcy i ich monstra, ekologiczna zagłada, potwory w rodzaju Obcego i cała galeria psychopatów od Normana Batesa poczynając nie wydaje się mieć wiele wspólnego z jakąkolwiek klątwą (chyba że potraktować ten termin dowolnie szeroko). Ale element przekleństwa i sił nadprzyrodzonych (uznając za Dukajem te ostatnie za najważniejszy wyznacznik horroru), Pęczak przywołuje by zbudować karkołomną hipotezę, że opowieści grozy zaspokajają głód metafizyczno-mistyczny w człowieku. Nie wyjaśnia natomiast na jakiej zasadzie oglądanie "The Ring 2" czy "Boogeyman" miałoby przypominać przeżycie religijne. Obcowanie z transcendencją przez filmowy kontakt z demonem zniszczenia? Dość osobliwa to koncepcja. Zresztą, jak celnie wskazuje Noel Carroll w "Filozofii horroru", podaż wszelakich kultów i wyznań obecnie jest tak duża, że wydaje się cokolwiek mało prawdopodobne, żeby człowiek tęskniący za metafizyką miał zwracać się akurat w kierunku horroru. Powoływanie się w tym kontekście na filmy Shyamalana z podkreśleniem, że "dają nadzieję" w odróżnieniu od większości współczesnych produkcji grozy, dodatkowo osłabia ten i tak wątpliwy argument.
Chyba, że rośnie nam całe pokolenia czcicieli Zła, bo przecież jak sam Pęczak przyznaje, znaczna część współczesnych produkcji kończy się źle, lub zło zostaje tylko tymczasowo pokonane. Tym należałoby tłumaczyć popularność i wpływy kasowe ostatnich produkcji? A może autor zwyczajnie pogubił się i sam nie wie co twierdzi?
Domniemana wiedza publicysty "Polityki" staje pod jeszcze większym znakiem, kiedy stwierdza on, że obecnie mamy do czynienia z "prawdziwym wysypem obrazów klasy B", które zawierają w sobie zapowiedź odrodzenia się zła. Innymi słowy sequele miałyby być wyróżnikiem współczesnego horroru. Nawet jeśli stwierdzić, że kontynuacje przebojów Universalu z lat '30 opierały się na nieco innej zasadzie niż odradzanie się zła. To wydaje się, że Pęczak przespał całe lata '80 i wspominane już niezliczone kontynuacje i klony slasherów. Zresztą niemożność ostatecznego pokazania zła to nie wymysł ostatnich lat czy nawet wspomnianej dekady slasherów. Dość wspomnieć "Carrie", czy "Dawn of the Dead", a nawet "Psycho". Zgadzając się z autorem artykułu, że kontynuacje nader często drastycznie obniżają loty w porównaniu z oryginalnym dziełem, warto zapytać,
czy odmawiając wartości sequelom "Egzorcysty" widział którykolwiek (może oprócz najnowszego) i czy zdaje sobie sprawę z istnienia reżyserskiej wersji "Exorcist II: The Heretic"? Kolejne stwierdzenie dotyczące "całej rodziny komicznych skądinąd żywych trupów", wywołuje zdziwione zmarszczenie brwi. Jeśli kogoś śmieszą ożywieni umarli w "Night Of The Living Dead" lub w "The Beyond" to warto się nad sobą zastanowić. Podobnie z pozostałymi częściami trylogii Romero (celowo nie piszę o 4 częściach, bo nie wiadomo jak będą przedstawione zombi w "Land Of The Dead"). Skądinąd wiadomo, że ten temat został potraktowany również w sposób parodystyczny ("Return Of The Living Dead", czy ostatnio "Shaun Of The Dead"), ale generalizacje Pęczaka świadczą tylko o tym, że, któryś raz z rzędu, nie wie o czym pisze.
Ponownie warto przywołać ustalenia Ricka Altmana (w Polsce powoływał się na niego choćby A. Pitrus, więc nie jest to wiedza niedostępna krytykowi kultury do którego to miana zdaje się aspirować Pęczak) odnośnie gatunków filmowych, gdy publicysta "Polityki" pisze, że znakomita większość produkcji klasy B żeruje na oczekiwaniach odbiorców. Znów mamy do czynienia ze zdaniem tak oczywistym, że wręcz trywialnym. Istota kina gatunkowego zasadza się między innymi na tym, że publika dostaje to, czego oczekuje. Zresztą nie trzeba być teoretykiem kina, żeby stwierdzić, że sprzedaje się to, na co jest popyt. A skoro kino hollywoodzkie jest przedsięwzięciem komercyjnym, to wniosek jest prosty...
Pęczaka niepokoi, że demony stają się chwytliwym tematem nie tylko filmów, ale i komiksów, gier RPG, muzyki. Autor artykułu twierdzi, że gracze RPG, którzy rozgrywają sesje np. "Vampire: Masquerade" często posuwają się do nadmiernej identyfikacji z postaciami z gry. Jak się zdaje, Pęczak jest socjologiem. Ciekawe czy swoje konstatacje oparł na czymkolwiek co by przypominało choć w mglistym zarysie badania naukowe. Wiem, że "Okropne filmy" to nie artykuł w "Studiach socjologicznycgh", ale czy autor ma chociaż mgliste pojęcie na ile pokrywają się zakresy miłośników gier fabularnych i tzw. "prawdziwych wampirów"? I czy ma jakąś teorię, które zjawisko warunkuje które? Znowu ogólne i rozmyte stwierdzenia służą autorowi do zasugerowania naciąganej tezy, że ci, którzy lubują się w opowieściach grozy, są bardziej podatni na aberracje umysłowe, zachowania psychopatyczne i co się tam jeszcze Pęczakowi zamarzy. Znaczyć by to miało, że filmy grozy wychowują młodocianych morderców i gwałcicieli? A ja myślałem, że "Polityka" to dość liberalny tygodnik, a nie organ fundamentalistycznej prawicy z klapkami na oczach i zerowym zrozumieniem psychologii człowieka i dynamiki życia społecznego. Koncepcja katharsis, którą następnie przywołuje publicysta, również wydaje się cokolwiek ryzykowna. Różnice między tragedią antyczną, która jest pierwotnym źródłem pojęcia pojęcia, a horrorem jest dość wyraźna. Na jakiej zasadzie owo zjawisko ma odnosić się do widza horroru pozostaje zagadką. Jeśli katharsis w ujęciu Pęczaka miałoby się ograniczać do konstatacji, że "zło istnieje, a my istniejemy wobec zła", to po pierwsze jest to radykalne wypaczenie arystotelesowskiego terminu, po drugie owo twierdzenie jest banalne do bólu.
Rozważania Pęczaka o gore wołają o pomstę do nieba. Stwierdza on, że źle się dzieje, jeśli lęki wyzwalane przez horror traktowane są na zasadzie dobrej zabawy. Tak właśnie mają postępować twórcy obrazów i tekstów z tego nurtu. Jako przykłady dzieł gore podane są "The Texas Chainsaw Massacre", "Evil Dead" i "Saw". Chciałbym naprawdę, żeby ci, którzy piszą o filmach opisywali tylko to, co widzieli na własne oczy! Z przykładów podanych przez Pęczaka wynika, że żadnego z wymienionych filmów nie widział! Szczególnie kuriozalnie brzmią tezy o dobrej zabawie w odniesieniu do "TCM". Film, który chwyta widza za gardło, nie pozwalając odetchnąć, dla publicysty "Polityki" jest filmem, który ogląda się, żeby się pośmiać. No właśnie, śmiać się czy płakać? "Evil Dead" rownież rozbawił autora artykułu. A może pomylił po prostu części i śmiał się (o ile w ogóle oglądał) na "Dead by Dawn"? Jest szansa, że Pęczak widział "Saw", ale ma chyba problemy z klasyfikacją filmów. Albo ma tak bystry wzrok, że dostrzegł tam sceny gore, które wywołują śmiech (bo gra aktorska, fabuła w tym obrazie może śmieszyć, bez dwóch zdań).
Autor "Okropnych filmów" twierdzi, że na forach internetowych fani wyrażają następującą opinię: "dobre gore to jak najdalej idąca przesada".
Ciekawe na którym polskim forum wyczytał te opinie. I jak się to ma do ogólnych tendencji w odbiorze gore. Bo owszem, takie głosy się pojawiają, ale równie często wskazuje się na to, że gore może mówić o czymś więcej, niż tylko pokazywać kolejne wybebeszane zwłoki. Zresztą Pęczak wrzuca do jednego wora splatter-komedie (np. "Braindead"), "gumowate" gore (np. "Cheerleader Autopsy" czy "They Don't Cut The Grass Anymore") i filmy pokroju "The Texas Chainsaw Massacre". Czy ktoś z normalnych ludzi (nie redaktorów działu kultura w "Polityce") puszcza znajomym "Night Of The Living Dead", żeby się pośmiać? Niemożliwym jest, żeby autor artykułu nie był w stanie dostrzec różnicy między "Braindead" a "TCM". Wniosek jest prosty - nie widział opisywanych przez siebie filmów (co jest przypadłością trawiącą także niektórych polskich filmoznawców).
Na koniec dwie kwestie. Pęczak stwierdza, że w internecie "w celach komercyjnych symuluje się w paradokumentalnej formie sceny zabójstw i różnych sposobów zadawania śmierci w tak zwanych filmach ostatniego tchnienia". Akurat w sieci dostępne są filmy, które relacjonują prawdziwe egzekucje (tak było w przypadku niesławnych akcji Al Kaidy, które można było odnaleźć w zasobach www, ale przecież wcześniej zostały wyemitowane w telewizji, choć pocięte) i serwisy w stylu orgish.com, które zajmują się eksplorowaniem tematyki śmierci. Ale to margines. Natomiast snuff w kinie poza funkcją szokową często opowiada o ludzkiej naturze więcej niż Pęczak w swoim artykule ("Mu Zan E" czy "August Underground").
Wreszcie, dzieł wybitnych, lub tylko dobrych, w gatunku grozy jest niewiele w porównaniu z masowym zalewem produkcji niskobudżetowych i komercyjnych. Jak zresztą w każdym gatunku filmowym. Tak zawsze było i będzie. Owszem, gore rozwija się nader prężnie, co zdaje się martwić autora artykułu, ale przecież pozostaje marginesem kina. I zupełnie nieuzasadniona wydaje się końcowa konstatacja, że jeśli ten stan rzeczy będzie się utrzymywał "to strach się bać". Pragnienie by powstawały same wybitne dzieła jest tak odrealnione, że zwyczajnie się komentować tego nie chce.
I tak oto dobrnęliśmy do końca fascynujących rozważań o horrorze, pisanych przez człowieka, który nie ma zielonego pojęcia o czym właściwie wydaje sądy. Przypomina się analogiczna sytuacja, kiedy Mirosław Pęczak zabrał się za opisywanie fenomenu polskiego hiphopu. Zebrał wtedy od rodzimych raperów ostre baty (oczywiście werbalne), co widać między innymi w "Blokersach" Latkowskiego, jak i słychać na wielu rodzimych płytach. Artykuł "Okropne filmy" to zbiór frazesów i przekłamań, nieuzasadnionych diagnoz, popis ignorancji, opakowany w gładkie słówka, silący się na głębię, doprawiony zadziwiającymi przestrogami kawałek publicystycznej chałtury. Naprawdę szkoda, że horror ma tak słabą recepcję w Polsce i że skazani jesteśmy na takie artykuły. Szkoda też, że "Polityka", opiniotwórczy tygodnik, publikuje takie dyrdymały. W jednym się z Pęczakiem zgadzam, groza wraca do łask. Może więc na fali zainteresowania nią doczekamy się pisma, które potraktuje ten gatunek w sposób profesjonalny. A panu Pęczakowi już podziękujemy...