Recenzja horroru
Lata 2004-2005 w horrorze, czyli subiektywny przegląd kina grozy cz. 1
Kilka uwag tytułem wstępu.
Nim przejdę do właściwej części przeglądu, pozwolę sobie wtrącić kilka niezbędnych uwag. Przede wszystkim w przeglądzie brałem pod uwagę wyłącznie te filmy, które ukazały się na oficjalnym rynku w Polsce (w kinach bądź na dvd/video) w latach 2004/2005. Długo zastanawiałem się, czy nie zrobić podsumowania całościowego, które uwzględniłoby wszystkie ciekawsze produkcje gatunku, jakie ukazały się na świecie w ciągu ostatnich dwóch lat. Jednak projekt szybko okazał się zbyt ambitny, nie wspominając już o tym, że wiele filmów pozostaje ciągle nieosiągalnych, a bez niektórych całe podsumowanie stanęłoby pod znakiem zapytania.
Ostateczna lista objęła 90 tytułów, nie licząc produkcji okołogatunkowych. Jednak o wielu filmach, którymi nie warto zawracać sobie głowy, nie wspomniałem nawet słowem. Z uwagi na wielkość tekstu postanowiłem go ostatecznie podzielić na dwie części. W tym tygodniu popływacie sobie między rozmaitymi tworami amerykańskiego mainstreamu, a za tydzień zapraszam na spotkanie z resztą świata, kinem niezależnym, filmami azjatyckimi i europejskimi, gatunkowym pograniczem i na zapoznanie się z wynikami naszego redakcyjnego plebiscytu :)
Poniższy tekst nie ma charakteru podsumowania, możecie go potraktować raczej jako przewodnik po historii gatunku ostatnich dwóch lat, który (mam taką nadzieję) za jednym zamachem uzupełni wszystkie, powstałe w międzyczasie, luki (ha, już nikt nie stwierdzi, że nie idziemy z duchem czasu! :)
Aha, jeśli rednacz nie wywali mnie w międzyczasie za puszczanie na stronę zbyt długich tekstów i tradycja przeglądu się przyjmie, to mogę obiecać Wam jedno: za rok tekst będzie krótszy :)
Z tą myślą Was zostawiam i życzę inspirującej lektury.
Sequele, prequele...
Zgodnie z niepisaną zasadą: każdy dobrze sprzedający się horror doczekuje się kontynuacji, ostatnie lata oryginalnością nie grzeszyły. Sytuacja ta nie dziwi, biorąc pod uwagę, że praktycznie każdy dobrze reklamowany film grozy wspina się w Ameryce na szczyt box-office`u, a producenci dodatkowo wpadli w manię "otwartych rozwiązań akcji", z góry zachowując sobie prawo do następnego epizodu. Doprowadziło to do tego, że z 39 filmów jakie się ukazały w Polsce w 2004 roku aż 17 opierało się na jakimś "pierwowzorze". Rok 2005 zaprezentował się nieco lepiej, ale i tak nie zmienił faktu, że fale następujących po sobie sequeli stały się już symbolem aktualnej sytuacji gatunku, gdzie najmniejszy sukces wprzęga film w hollywoodzką maszynę do mielenia mięsa. I cóż z tego, że kolejne "Dracule",
Pozostaje nadzieja, że głęboki kryzys twórczy w jakim znalazło się amerykańskie kino mainstreamowe, poszukujące już inspiracji nawet poza własnym kontynentem, jest tylko chwilowym syndromem poszukiwania luki po wyczerpaniu się złotej żyły teen horrorów"Hellraisery" i inne "Anakondy" mają gwarantowany marketingowy sukces, skoro ich poziom pozostawia wiele do życzenia. Tworzone pośpiesznie, przez szeregi niewprawnych rzemieślników, ograniczają się z reguły wyłącznie do bezmyślnego kopiowania pitchu, który zapewnił sukces oryginałowi. Hollywood sam wbija sobie gwóźdź do trumny, z czego zapewne nawet nie zdaje sobie sprawy. Jeśli dalej będzie uprawiał taką politykę jak obecnie ("The Woods" Lucky McKee, już nakręcony, od dwóch lat czeka na to, by ujrzeć światło dzienne) za parę lat z przerażeniem stwierdzi, że nie ma już nawet czego kopiować. Nie ma co życzyć mu takiej pobudki i pozostaje nadzieja, że głęboki kryzys twórczy w jakim znalazło się amerykańskie kino mainstreamowe, poszukujące już inspiracji nawet poza własnym kontynentem, jest tylko chwilowym syndromem poszukiwania luki po wyczerpaniu się złotej żyły teen horrorów. Nie chcemy w końcu, wybierając się za parę lat do kina, móc wybierać tylko między remake`iem "Cannibal Holocaust" w wersji PG-13, "E.T. vs. Yodą", czy "Piątkiem trzynastego 15: Jasona przygody w kosmosie"...
Jednak spośród tego zalewu sequeli stawiających pod znakiem zapytania inteligencję widza, parę tytułów budziło nadzieję, że zdoła wznieść się ponad konwencję.
"Resident Evil" Paula Andersona miał wyłącznie trzy zalety: muzykę Marco Beltrami, początkowe intro i finałowe kadry, długi zoom stopniowo dający perspektywę na całe Racoon City, ogarnięte już epidemią krwiożerczych zombie.
Chwila reżyserskiego geniuszu Paula Andersona zadziałała i pierwsze co można było powiedzieć po seansie to: "Chcemy >>RE 2!!<<". Niestety, nazwisko Alexandra Witta nie pozwoliło długo na siebie czekać i jego "Resident Evil 2: Apokalipsa" pozbawił nas wszelkich złudzeń. Jednak z jednego przynajmniej względu film ten zasługuje na wzmiankę. Finałowa konfrontacja Milly "I wanna be a star" Jovovich z Nemezis to eskalacja groteski i bezguścia idąca tak daleko, że wykroczyć poza nią naprawdę trudno. Granice są jednak po to żeby je przekraczać, trzecia część już w drodze...
Dużo lepiej z zadania wyszedł inny sequel z 2004 r., niedoceniony i bezlitośnie wygwizdany przez co zagorzalszych miłośników gatunku (grzEGOrz, jesteś tam? ;-) ) "Jeepers Creepers 2" ("Smakosz 2") Victora Salvy. Trudno się temu dziwić, po niezwykłej części pierwszej, która odrodziła obrośnięty kurzem podgatunek monster movie (po "Mutancie" Del Toro wielu straciło nadzieję, że to kiedykolwiek nastąpi) i przeniosła nas w zbrukaną posoką Amerykę lat 80-tych, gdzie miejsce Leatherface`a szalejącego z piłą mechaniczną zajął perwersyjny Creeper, taka wolta o 180 stopni mogła zrazić wielu. Oczekiwaliśmy, że Salva na dobre zatopi nas we własnych koszmarach, a postać skrzydlatego potwora nie odstąpi od nas na długie noce. Nic z tego, twórca "Zagadki Powdera" wziął sobie do serca producencką mantrę: "more monsters,
more actions, more victims" i jego "Jeepers Creepers 2" kieruje sagę w nowe rejony: w czysty, pozbawiony zahamowań comic-book movie, gdzie miejsce ugrzecznionych chłopczyków z pelerynami na głowach zajmuje jeden z największych perwerów jakie kiedykolwiek widziała X muza: Creeper we własnej osobie! I cóż, zapomnijmy na chwilę o tej bandzie niedojrzałych nastolatków, na których Salva stanowczo zbyt często kieruje kamerę starając się przemycić do filmu jakieś podteksty gejowskie (dość nieudolnie, trzeba przyznać). Bo tak naprawdę Creeper ma tylko jednego konkurenta w swoim "one man show". Jest nim charyzmatyczny Ray Wise, który rusza na swoją ojcowską vendettę z harpunem w ręku niczym pamiętny kapitan Ahab z "Moby Dicka". I to scena ich konfrontacji pozostaje najdłużej w pamięci ? z jednej strony Creeper na dachu autobusu ze skrzydłami rozpostartymi do lotu i otoczony świetlistą aureolą, z drugiej Ray Wise ze swoim harpunem gotowym do wystrzału. Nawet jeśli podczas projekcji będziecie musieli wprowadzić część swoich komórek mózgowych w stan uśpienia, poddajcie się temu bez wahania. Bowiem cóż z tego, że Salva nieco przytępił sobie pazur, skoro na naszych oczach wyrasta jedna z największych ikon bestiariusza współczesnego horroru.
2005 rok rozpoczął się dla fanów fatalnie. Po wirtuozerskim, gotycko-punkowym "Blade 2" ? wizualnym majstersztyku prosto spod ręki padre Del Toro, oczekiwania na finalną część trylogii o Daywalkerze znacznie wzrosły. Tym bardziej, że za reżyserię wziął się David S. Goyer, kinematograficzny ojciec Blade`a, ten sam, który najpierw przekonał studio New Line do wyłożenia pieniędzy na cały projekt, a następnie napisał scenariusze do wszystkich części trylogii. Pierwotna koncepcja ostatniego epizodu była zdumiewająca i przekonała do siebie nawet największych malkontentów. Film miał się rozgrywać w apokaliptycznej scenerii, gdzie wampiry, które zdobyły władzę nad światem polują na ludzkie niedobitki.
Ta swobodna adaptacja "Jestem legendą" Richarda Mathesona miała wszelkie walory, by zapewnić Blade`owi iście królewskie pożegnanie. Nic z tego. Studio, które po gigantycznym sukcesie "Władcy pierścieni" zaczęło szukać nowych źródeł zysku, obcięło scenarzyście skrzydła i narzuciło mu realistyczną konwencję. Cóż, ale nawet ta opowieść o grupie wampirów-dandysów, którzy ożywiają legendarnego Drake`a (!), by wykorzystać jego potężne moce i zdobyć panowanie nad światem, zasługiwała na lepsze potraktowanie. Niestety, Goyer dostał w międzyczasie kuszącą propozycję od Christophera Nolana, który właśnie szykował ekranizację Batmana i cóż... przygotowywania projektu życia wygrały z kolejnym produkcyjniakiem. Nie jestem w stanie inaczej wytłumaczyć sobie całkowitej katastrofy "Blade: Trinity?, która dokonuje zwrotu w ewolucji komiksowych adaptacji do czasów "Spawna" i "Batmana i Robina". Wystarczy powiedzieć, że Dracula jest tu opalonym bodybuilderem, Whistler w pojedynkę (!) dokonuje odstrzału całego oddziału S.W.A.T., a wampiry przypominają bandę nieopierzonych chłystków. A jeśli już pojawia się jakaś oryginalna koncepcja (odkrycie tożsamości Blade`a), to w podejrzany sposób znika w połowie filmu, jakby nigdy nic. Zaiste, zestaw pomysłów serwowanych nam przez Goyer jest godny pochwały. I moglibyśmy przeżyć kolejny denny film wampiryczny, gdzie bohaterowie straszą nas plastikowymi zębami. Moglibyśmy, gdyby nie tytułowa trójca, kolejna inwencja studia, które celując w nowe audytorium zaprosiło do współpracy Jessicę Albę i Ryana Reynoldsa. Poznajmy więc Hannibala Kinga i Abigail, dwóch członków grupy Nightstalkers wyćwiczonej przez Whistlera, a zarazem (niestety) nowych współpracowników Blade`a. Niknie tu gwiazda naszego ulubionego "bad-ass mother fuckera", zamiast tego dają się we znaki głupkowate punchline`y Hannibala i nu rockowa muzyka, jaką puszcza na walkmanie Abigail nim przystąpi do masakrowania kolejnej rzeszy krwiopijców. Sam Snipes, jakby odzwierciedlając konflikt wszczęty na planie z reżyserem, karykaturuje samego siebie i zdaje się grać rolę starego tatusia, który krzywo patrzy na harce swoich podopiecznych. I cóż, tak kończy się saga? Kończy, bo wątpię, czy po takiej klęsce ktoś się odważy na kontynuację.
W podobnym czasie na poboczach głównego nurtu, w skromnym wydaniu dvd ukazała się "Seed of Chucky" ("Laleczka Chucky: Następne pokolenie"). Po pięciu latach development hell wywołanego niesławnymi wydarzeniami w szkole w Columbine, seria o naszej ulubionej laleczce o morderczych instynktach, szczęśliwie wróciła do łask producentów. Stanowisko po Ronnym Yu, który zachwycił nas swoją "Narzeczoną laleczki Chucky", objął sam Don Mancini, scenarzysta wszystkich części cyklu. Och, jak kusi dokonanie w tym miejscu paraleli między "Seed of Chucky" a "Blade: Trinity"! Ale bez obaw, choć wiele łączy oba projekty, różnice szybko stają się widoczne aż nadto. I to począwszy od pierwszej sekwencji, w której Mancini w takt muzyki Pino Donaggio dokonuje błyskotliwego hommage`u dla Briana De Palmy. Scena snu - morderstwa pod prysznicem nakręconego z punktu widzenia kamery subiektywnej, jest tak doskonałym, czystym i delirycznym przetworzeniem "Stroju zabójcy", że aż budzi się w widzu sentyment za przewrotnym, kontestatorskim duchem De Palmy, którego tak brakuje we współczesnym kinie. Ale nie ma się co martwić. Nawiązanie nie jest tu tylko przypadkowym mrugnięciem oka w kierunku widza, ale każe się nam nastroić na anarchistyczny klimat jaki będzie królował podczas całej projekcji. "Seed of Chucky" nie ma już nic wspólnego z opowieścią o laleczce zabójcy, która lubuje się w wyrzucaniu niań przez okno i wbijaniu noża w co się napatoczy, konwencja została wyczerpana już dawno. Nie, Mancini wziął lekcje u Ronny`ego Yu i przesunął granice pastiszu i zabawy ikonami pop-kultury jeszcze dalej. Tiffany, która postanawia zostać dobrą matką i chce uśpić w sobie żądzę krwi posiłkuje się poradnikiem do walki z nałogiem, obdzwania krewnych swoich dawnych ofiar przepraszając za dokonane zbrodnie, ale "to już przeszłość, teraz się leczę";
Chucky masturbujący się nad numerem "Fangorii" po tym jak został pobudzony seksualnie plastikowym biustem Tiffany; zepchnięcie z drogi samochodu pop-gwiazdki Britney S. w takt sławnego przeboju; wściekły Chucky, gdy odkrywa, że Mikołaj nie jest tym za kogo się podaje, morduje go z okrzykiem: "Czy masz jakiekolwiek pojęcie, jak to może komuś popierdolić w głowie?!"... Można wymieniać jeszcze długo, ale to właśnie te sceny, jak i liczne cameo i odwołania (John Waters, Ed Wood, Kubrick, Hitchcock...) stanowią istną esencję filmu, którą ogląda się w klimacie jarmarcznej zabawy, nieustannie balansującej na granicy dobrego smaku. Jeśli zmęczeni jesteście polityczną poprawnością, silikonem i konformizmem, to ten film jest dla Was stworzony! Na koniec oddajmy głos samemu Manciniemu: "chcieliśmy, żeby scenariusz sponiewierał wszystko, co stanowi podstawę amerykańskiego establishmentu. Myślę tu szczególnie o rodzinie. Próbowaliśmy wyciągnąć na wierzch trupy, które Amerykanie trzymają w swoich szafach. Pomiędzy wszechmocnymi reakcjonistami u władzy (sic!) i dewotami, którzy powrócili do Stanów Zjednoczonych, można naprawdę nabrać ochoty żeby się wyszaleć!" I któż by sobie jeszcze kilkanaście lat temu wyobrażał, że Chucky stanie się wkrótce emisariuszem amerykańskiej kontr-kultury!
Takim kontestatorem z ducha był jeszcze kilkanaście lat temu George A. Romero, którego "trylogia żywych trupów" pozostanie dla wielu z nas dziełami kanonicznymi. Kto wie, jak wyglądałaby historia współczesnego horroru bez "Nocy" i "Świtu żywych trupów" ? dwóch bezwzględnych i niekwestionowanych arcydzieł, które na jakiś czas podniosły rangę gatunku i wywarły wielki wpływ na kolejne pokolenia filmowców. Za obrazami bezwolnych i działających tylko na zasadzie instynktu zombie, odzwierciedlających uniwersalny lęk utraty człowieczeństwa i rozpadu ciała, udało się Romero przemycić doskonałe diagnozy społeczne i polityczne, które nic nie straciły na swojej aktualności.
W czasie kiedy temperatura polityczna tężała z minuty na minutę, a do łask wrócili konserwatyści, z coraz większym napięciem oczekiwaliśmy na "Land of the Dead" ("Ziemia żywych trupów"), który miał się stać kolejnym dziełem stygmatyzującym lęki współczesnego społeczeństwa. Sukces remake`u "Świtu żywych trupów" zapewnił Romero zielone światło i po 20 latach jakie minęły od premiery "Dnia?" ziściło się marzenie wielu fanów, kolejna część cyklu ujrzała światło dzienne. Cóż, rezultat okazał się znacznie poniżej oczekiwań, co stwierdził już grzEGOrz w swojej recenzji. Szkoda tym większa, że scenariusz zawierał parę naprawdę dobrych pomysłów, które można było wykorzystać ze znacznie większym powodzeniem. Bezwzględny Hopper jako papa Bush zamknięty w swojej szklanej wieży, który wykorzystuje atmosferę strachu, by bogacić się kosztem społeczeństwa... No ale cóż, Hopper znany ze swoich republikańskich poglądów
"Ginger Snaps" przyszłym klasykiem? Wszystko się do tego sprowadza?wyczuł chyba konteksty, bo na ekranie co krok podkreśla sztuczność swojej postaci i z nieodmiennym grymasem na twarzy zdaje się pytać samego siebie: "co ja tutaj robię?". Do aktorów Romero zresztą nigdy nie miał nosa, ale w "Ziemi?" przekroczył samego siebie. Do tego stopnia, że w połowie metrażu zaczynamy kibicować zombiakom, co by nie przerzedziły trochę naszej drętwej ekipy ("ej, ej, ale od Asii to się odwalcie!"). Trudno skądinąd nie sympatyzować z umarlakami, poziom ich człowieczeństwa jest posunięty tak daleko, że miast strachu i obrzydzenia budzą w nas głęboko uśpione instynkty macierzyńskie. Wystarczy spojrzeć na Big Daddy, niepisanego przywódcę zombie, na widok którego aż łzy ciekną człowiekowi do oczu. Nasuwa się zatem pytanie zasadnicze: czy możemy w wypadku "Land of the Dead" mówić w ogóle o kinie zombie? Ja mam wątpliwości, w zamian proponuję rozpisać konkurs na nazwę nowego podgatunku filmowego ("human-zombie"? "I-want-my-mummy-zombie"??). Czekam niecierpliwie na Wasze propozycje, najlepsze zamieścimy na stronie :) (tylko postarajcie się, bo nasz ulubiony specjalista od wszelkich podgatunków, Embalmer we własnej osobie, już gromadzi epitety!). A biorąc pod uwagę cukierkowaty happy end, w którym do pełni szczęścia brakuje tylko cheerleaderek wymachujących pomponami z muzyczką Armstronga w tle,
kolejny etap "Romerowskiej" ewolucji przed nami (tak, tak, szykowana jest już część piąta!). Cóż, to ja już chyba wolę, żeby zombiaki wróciły skąd przyszły ("when there is no more zombies on earth, the dead should return to hell"). A, i niech nie zapomną zabrać ze sobą Romero!
By jakoś zamazać w Waszej pamięci ten przykry incydent przejdę bezpośrednio do Złotych Palm, czyli do krótkiej wzmianki o dwóch najlepszych filmów sequelowego przeglądu. "And the winner is...!": "Ginger Snaps 2: Unleashed" ("Zdjęcia Ginger 2") Bretta Sullivana i "Ginger Snaps Back: The Begining" ("Zdjęcia Ginger: Powrót") Granta Harveya. Lions Gate (niedawno przemianowana na Lionsgate) wiedziało co robi sięgając po film Johna Fawcetta sprzed pięciu lat. Obserwując rosnący kult tego znakomitego dzieła, producenci zatrudnili młodych scenarzystów i reżyserów, by raz po raz, w ciągu paru zimowych miesięcy, nakręcić w Edmonton obie kontynuacje. I cóż, moi drodzy, na pytanie czy było warto, odpowiem bez żadnych wątpliwości: oby takich sequeli więcej! Szczególnie część druga, w której Emily Perkins (nadzwyczajna!) po prostu rozpiera swoją osobowością ekran, godna jest wszelkich zachwytów! Trzecia część, XIX w. re-wizyta "Ginger Snaps" opowiedziana w konwencji westernu może już wzbudzać więcej wątpliwości, skojarzenia z pierwowzorem i z "Drapieżcami" Antonii Bird są miejscami zbyt natrętne, ale nawet jeśli film pozostaje narracyjnie wtórny, to ogląda się go bez zmrużenia oka. Wspaniała jest konstatacja, że mit sióstr Fitzgerald pozostaje nadal żywy i inspirujący, a "Ginger Snaps" doczeka się nowego pokolenia admiratorów. "Ginger Snaps" przyszłym klasykiem? Wszystko się do tego sprowadza... Ze swojej strony odsyłam Was do znacznie bardziej wyczerpujących recenzji Embalmera.
Tym samym żegnamy się z naszymi sequelami i zapraszamy na spotkanie z bratnimi duchem prequelami (tamtamy!)...
"Egzorcysta: Początek" ("Exorcist: The Beginning") pozornie nie zasłużył nawet na wzmiankę. Bombastyczny film Renny Harlina, który miast pokłonić się klasykowi horroru satanistycznego, składa hołd kinu z ze swoją finalną sekwencją egzorcyzmów, po obejrzeniu której nawet twórcy "Strasznego filmu 2" mogą spurpurowieć z zazdrości! Oj nie, nawet szkoda czasu na znęcanie się nad tym monumentem kiczu, przy którym horrendalny "Egzorcysta II: Heretyk" może kandydować do miana opus magnum. Wspominam o filmie Harlina sprowokowany niecodzienną aurą, jaka towarzyszyła temu projektowi. Cofnijmy się w czasie... Zdjęcia do prequela "Egzorcysty" ruszyły w połowie 2002 roku. Film miał reżyserować John Frankenheimer, a do głównej roli zaangażowano Liama Neesona. Niestety, z powodu kłopotów zdrowotnych z projektu szybko wycofał się twórca "Cyrku straceńców" (jak się nieszczęśliwie miało okazać, zmarł miesiąc później).
Ogłoszono przerwę w zdjęciach do września i Morgan Creek stanęło przed koniecznością wyboru nowego reżysera. Producenci zdecydowali się na Paula Schradera, którego fani gatunku pamiętają głównie z interesującego remake`u "Ludzi kotów" z 1982 r. Z projektem rozstał się także Liam Neeson, którego zastąpił Stellan Skarsgard. Schrader szczęśliwie zdjęcia ukończył i w lutym 2003 roku przedstawił gotowy materiał przedstawicielom studia. I tu, niespodziewany punkt zwrotny. Ku zdumieniu wszystkich, wersja filmu przedstawiona przez scenarzystę "Taksówkarza" została odrzucona! Powód oficjalny: "Problem z montażem Paula Schradera polega na tym, że nie koncentruje się wystarczająco na aspekcie psychologicznego horroru, w takim stopniu w jakim tego oczekiwaliśmy. Zawiera jednak interesujące motywy, które mogłyby zostać lepiej wykorzystane. Nakręcenie paru nowych scen znacznie poprawiłoby film". Powód nieoficjalny: producenci oczekiwali taniej kopii "Egzorcysty" ze scenami lewitacji, egzorcyzmów, drgawek i skaczących łóżek. Schrader wolał nakręcić coś bardziej oryginalnego i skupił się na stronie psychologicznej scenariusza. Co jak co, ale tego to już producenci ścierpieć nie mogli. Nie skończyło się jednak na symbolicznych dokrętkach jak pierwotnie oczekiwano, ale zatrudniono nowego scenarzystę (Alexi Hawley w miejsce Caleb Carra) i reżysera (Renny`ego Harlina) i po raz pierwszy w całej, ponad stuletniej historii kina, nakręcono film od nowa! Cóż, jakie rezultaty, każdy widzi? Na szczęście Morgan Creek wydało w ubiegłym roku na dvd montaż Schradera pod tyt.: "Dominion: Prequel to the Exorcist" i obecnie każdy może porównać obie wersje i wydać własny werdykt. Szkoda, że po obejrzeniu nieudolnego filmu Harlina niewielu fanów się na to odważy?
Znacznie milszą niespodziankę sprawił "Ringu 0: Birthday" Norio Tsuruty. Po groteskowym "Ringu 2" i przegadanej "Spirali", niewiele osób oczekiwało na kolejną odsłonę japońskiego cyklu. O dziwo, prequel wypadł nadzwyczaj dobrze. Choć nie zabrakło standardowych dla "Ringu" motywów, z którymi seria jest nieodłącznie kojarzona (długie, czarne włosy, studnie i inne przyjemności...), to filmowi Tsuruty daleko do bycia tanim rip-offem oryginału. Od pozostałych części odróżnia go przede wszystkim realistyczna, klasyczna konwencja i nałożenie na losy Sadako Yamamury kontekstów społecznych i moralnych. Historia Sadako w wydaniu Tsuruty przemienia się w niezwykłą, uniwersalną przypowieść o społecznym wykluczeniu i samotności (wybaczcie te wielkie słowa). Opowiedziana z hipnotycznym wdziękiem, tak charakterystycznym dla Japończyków, robi wrażenie właśnie przez pewien ascetyzm formy, przez leniwie płynącą narrację, która wydobywa na plan pierwszy cały dramat głównej bohaterki. A kiedy już postać Sadako zawładnie naszymi uczuciami na dobre, Tsuruta bezlitośnie naszą empatię wykorzystuje swoim bestialskim i przejmującym finałem. A że los młodej Japonki jest wam już znany? Nie łudźcie się, ta historia nikogo nie pozostawi obojętnym... Piękne zwieńczenie serii.
...remake`i...
W 2004 roku niespodzianka nadeszła z zupełnie nieoczekiwanej strony. Kto w końcu postawiłby choć parę groszy na to, że remake "Teksaskiej masakry piłą mechaniczną", wyprodukowany przez Michaela "Pearl Harbor" Baya, będzie filmem choć w minimalnym stopniu udanym? Z kolei o "Świcie żywych trupów" Zacka Snydera mówiono jako o gorszej wersji "R:E"... Obawy jak najbardziej słuszne, patrząc z czysto z czysto marketingowej perspektywy. <"Ring" Verbinsky`ego dużo zarobił, zabierzmy się teraz moi drodzy panowie za amerykańskie klasyki>. Komu się zresztą nie śnił po nocach Michael Bay, z cygarem w ustach, z dwoma blondynkami po bokach, uśmiechem amerykańskiego golden boya, który czubkami palców wskazuje na kolejne tytuły z listy: "posiadamy do tego prawa"? Filmy powstałe "na fali" rzadko trzymają klasę, zrodzone nie z autorskiej koncepcji, a czystej pragmatyki. Tymczasem, ku zaskoczeniu wszystkich, oba remake`i nie tylko udały się ponad miarę, ale przede wszystkim zapowiadają model produkcji grozy na najbliższe lata ? i w tym tkwi ich największa zaleta. Już się tłumaczę.
Nikt rzecz jasna nie miał zamiaru oglądać reprodukcji dzieł Romero i Hoopera. Tego najbardziej się obawiano, tym bardziej, że "Ring" kopiuje kluczowe momenty filmu Nakaty niemal klatka po klatce, polewając je do tego amerykańskim sosem. Szczęśliwie, oba zeszłoroczne remake`i pobierają od pierwowzorów jedynie główny pitch, tło i poszczególne wątki dobudowując na własną rękę. Nie ma mowy o powtarzaniu kluczowych scen i motywów. Żaden z nich nie ma także zamiaru (świadomy różnicy klas) prześcignąć oryginału. Nie, jedyną ambicją jest po prostu dobre, trzymające w napięciu kino. Nispel, biorąc za podstawę scenariusz nowej nadziei amerykańskiego horroru, Scotta "The Machinist" Kossara, nakręcił efektowny survival, który w swojej pierwszej połowie może za bardzo polega na tanich, dawno przeżytych efektach, ale już druga nie pozostawia wątpliwości, że warto było czekać na ponowne pojawienie się degenerata Leatherface`a na ekranach kin.
Powoli odchodzimy od filmów cynicznych, z przemocą, która przez zręczne cięcia montażowe nie jest pokazywana na ekranie, od dzieł robionych "pod nastolatków".Duże brawa dla Daniela Pearla, który powrócił jako operator (to on robił także zdjęcia do arcydzieła Hoopera). Jego wizja zalanego słońcem Teksasu, stylizacja kadrów na lata 70-te robi oszałamiające wrażenie. Zaś Snyder nie oglądał się na społeczno-satyryczną wymowę oryginału Romero. Remake "Świtu żywych trupów" jest nastawiony na akcję i rozrywkę z zombiakami latającymi wszerz i wzdłuż ekranu. Szkoda tylko, że film ma poważny problem z tonem, jakby reżyser do końca nie wiedział czy kręci rodzaj parodii, czy czysty horror. Zbyt dużo w nim także postaci, irytujących motywów (ach, te heroiczne psy), ogółem przedsięwzięcie nie do końca udane, ale zwiastujące dobre dni dla gatunku.
Producenci powoli dochodzą do wniosku, że nie ma sensu wykładać wielu milionów dolarów na film grozy. Epoka "Krzyku" powoli (i szczęśliwie) przechodzi do historii gatunku. Ostatnie sukcesy skromnych filmów za grosze ? "The Grudge" (10 mln. dol.), "Teksaska masakra..." (10 mln. dol.), "Śmiertelna gorączka" (1,5 mln. dol.), "Saw" (1 mln. dol.), "House of 1000 Corpses" (5 mln. dol.), "Piła 2" (4 mln. dol.), "Hostel" (4,5 mln. dol.), czy "Wolf Creek" (1 mln. dol.) sprawiają, że producenci wracają do starej formuły. Niski budżet, młody-zdolny reżyser przy sterach, który ma znacznie szersze pole manewru (nie jest śledzony przez dziesiątki producentów wykonawczych na każdym kroku, dbających o to by jego wizja była zgodna z "odczytaniem preferowanym" studia), a przede wszystkim zmienia się podejście do gatunku. Powoli odchodzimy od filmów cynicznych, z przemocą, która przez zręczne cięcia montażowe nie jest pokazywana na ekranie, od dzieł robionych "pod nastolatków". Ostatnie przeboje bliższe są przeciwnego bieguna: filmów, które nie unikają okrucieństwa, zimnych i robionych jak najbardziej na serio (no dobra, nie jest to kino gore, ale niemniej...).
Mimo swojej niedoskonałości są one jednak znakiem nadejścia nowej epoki dla horroru. Słowa to może nieco na wyrost, na faktyczne rezultaty tej mozolnej rewolucji trzeba poczekać, niemniej system hollywoodzki zadrżał, a liczby mówią same za siebie ? a chyba nic bardziej nie zadowala tych pragmatyków zza biurka.
Choćby z tego powodu cieszą box-office`owe klęski "Cursed" duetu Craven/Williamson i innych filmów, które nieodwołalnie przynależą do "minionej epoki". Ostatecznych znaków, że dawna formuła się przejadła i należy wpuścić nieco świeżej krwi w zatęchłe arterie horroru.
Pisząc o remake`u "Teksaskiej masakry piłą mechaniczną" skorzystam z okazji i wspomnę o innym ubiegłorocznym survivalu, którego premiera wyprzedziła film Nispela. Historię opowiadaną w "Drodze bez powrotu" ("Wrong Turn") Roba Schmidta znamy już na pamięć. Przypadkowy wypadek samochodowy sprawia, że grupa młodych ludzi zostaje pozostawiona samej sobie w sercu potężnych Appalachów. Nie będzie to jednak długa samotnia. Szybko wpadną w zasadzkę trzech zdegenerowanych kanibali. Łowów czas zacząć! Nie ma co ukrywać ? kody gatunku nie zmieniły się ani o jotę od czasów "Wzgórza mają oczy" i "Deliverance", do tego stopnia, że podgatunek uległ już dalekiemu skonwencjonalizowaniu. Mimo to, każdy nawrót do dawnej tradycji dalej elektryzuje fanów, zapewne dlatego, że konwencja survivalu daje nadzieję na kino, które powstaje coraz rzadziej: obrazoburcze, okrutne i nihilistyczne. Od czasu do czasu powstają perełki takie jak "Mother`s Day", "Just Before Dawn" czy ostatnio "Haute Tension", jednak do survivalu wraca się coraz rzadziej. Tym bardziej cieszyła premiera "Drogi bez powrotu", zapowiadana jako powrót do najlepszych tradycji gatunku. Nadzieja, niestety, niespełniona, bowiem mimo kilku stosunkowo odważnych, jak na współczesne standardy, scen, film Roba Schmidta szybko zaczyna się oddawać taniemu efekciarstwu, dodatkowo mającemu zbytnią skłonność do klisz i autocytatów. Dodajmy, że kamera tak zapomina się w swojej celebracji urody Elizy Dushku (w pełni zrozumiałej, skądinąd), że zapomina po drodze o trójce degeneratów, niejako podsumowując jakimi priorytetami kierowali się twórcy filmu. Szkoda tym większa, że Schmidt przynajmniej w paru momentach dowiódł, że jego film mógł być dla gatunku przełomowy. Scena, w której para bohaterów ukryta pod łóżkiem obserwuje jak ich przyjaciółka jest powoli przygotowywana do posiłku przez tubylców, robi ogromne wrażenie, podobnie jak pojedynek pod koronami drzew w drugiej połowie filmu. Niestety, ostatecznym gwoździem do trumny było zakończenie, choć wymuszone przez producentów, to rzucające cień na wszystkie atuty dzieła Roba Schmidta.
W 2005 fala remake`ów klasyków amerykańskiego filmu grozy trwała nadal. Michael Bay zgodnie ze znanym przysłowiem: "co cię nie zabije, to cię wzmocni" zaangażował się w remake "Horroru Amityville", przeciętnego filmu o nawiedzonym domu wyreżyserowanego w latach 70-tych przed Stuarta Rosenberga, zaś lubująca się w rozmaitych remake`ach wytwórnia Dark Castle niespodziewanie przygotowała nową wersję "House of Wax" Andre de Totha. Krótko mówiąc: nic ekscytującego na horyzoncie. I mało ekscytujące okazały się oba filmy, które jak mogły wykorzystały niedawne sukcesy remake`u "Teksaskiej" i nowej fali J-horrorów... "Amityville" Andrew Douglasa niczym widzów oryginału nie zaskoczy, kopiując co efektowniejsze sceny znane z filmu Rosenberga (zabrakło chyba tylko słynnych "budyniowych schodów"). Jedyną innowacją okazała się rola Jodie, niewidzialnej koleżanki córki Lutzów z oryginału, której w filmie Douglasa udało się zepchnąć w cień Melissę George i Ryana Reynoldsa (który jak się gniewa i sroży, to zaczyna robić takie grymasy, że hej-ho!). Zapominając o całym potencjale, jaki zawiera w sobie postać małej dziewczynki, scenarzysta Scott "sami-wiecie-jaki-film" Kossar usilnie starał się uczynić z niej bohaterkę i umieścić ją w prawie każdej scenie. Problem w tym, że Dziewczynka-Z-Długimi-Czarnymi-Włosami nie robi już na nikim wrażenia, niedawna fala azjatyckich horrorów do cna wyzyskała jej ewentualny potencjał. Film Douglasa, który zawiera parę bardzo efektownych scen grozy, wiele na tej inspiracji traci, momentami popadając w czystą groteskę (Sadako/Jodie na suficie, plan końcowy...). Stara zasada: jak się już czymś inspirować, najpierw należy się zastanowić czy warto. Z kolei w "House of Wax" ("Dom woskowych ciał") oryginalna fabuła okazała się tylko pretekstem do kolejnej re-edycji "Teksaskiej..." tym razem w wersji teen. Leatherface zmienia swoje zainteresowanie ("ach, ten wosk, jak się pięknie topi!"), Jessica Biel wymienia się przebraniem z Paris Hilton i hop! Mamy nowy film, jakie to proste :)! Choć godzinę nudzimy się niemożebnie (paleta tematów podejmowanych przez naszych bohaterów jest dość ograniczona), a główną atrakcję stanowi krótka przejażdżka półciężarówką z rzeźnikiem (normalnie, włosy stają dęba!), trzeba przyznać, że końcówka nakręcona jest bardzo sprawnie, a klimat ulega radykalnej zmianie. Collet-Serra dowiódł, że umiejętności posiada, szkoda tylko, że swój pierwszy koncert musiał odbyć pod batutą niezmordowanej Paris Hilton, która chcąc nie chcąc stała się ikoną i znakiem rozpoznawczym filmu, na wzór tych reklamowych podkoszulków: "See Paris Die". A na pytanie: "czy Paris płonie?" odpowiem: "niestety nie", ale i tak nie róbcie sobie złudzeń, to właśnie murder scene w jej wykonaniu stanowi kluczowy moment filmu, na który niecierpliwie czekamy od pierwszej minuty projekcji. Jakie czasy, takie obyczaje...
Znacznie ciekawiej prezentował się remake "The Toolbox Murders", niekonwencjonalnego slashera Dennisa Donnelly z 1978 r., w którym psychopatyczny zabójca polował na młode dziewczyny zamieszkujące jeden z amerykańskich czynszowników. I cóż, filmem "Toolbox Murders" ("Krwawa masakra w Hollywood") zapowiadano wielki powrót mistrza gatunku Tobe Hoopera, który miał sporo atutów w ręku: olśniewającą Angelę Bettis w roli głównej i operatora Steve`a "May" Yedlina. Niestety, Hooper nie wykorzystał ich udziału ani trochę i nakręcił film niezrozumiały, banalny, a przede wszystkim nieprawdopodobnie nudny. Z oryginału pozostał tylko szczątkowy pitch, w którym morderca grasuje w jednym z podupadających wieżowców w Hollywood z niezastąpionym pudłem z narzędziami w ręce. I cóż, z przykrością stwierdzam, że to jedyna rzecz jaka się w filmie udała: murder scenes są odpowiednio krwawe, tak jak tego oczekiwaliśmy. I to by było na tyle. Hooper starał się w to wmieszać "whodunit" uwieńczony bezczelnym i prostackim pstryczkiem w nos widza i coś na wzór psychologicznego horroru z duchu "Lokatora": Angela Bettis popadająca w coraz głębszą frustrację na tle tej galerii niezwykłych mieszkańców domostwa. Ładnie brzmi na papierze (i zapewne w scenariuszu Adam Gierascha i Jace`a Andersona), ale na taśmie wynika z tego niewiele. Pozostał zatem banalny slasher, który usilnie stara się wyróżnić spośród podobnych mu klonów, a kończy się to tylko na jego niekorzyść. Hooper, niezrażony, zdążył od tego czasu nakręcić jeden odcinek w cyklu "Masters of Horror", ukończyć zdjęcia do inspirowanego Lovecraftem "Mortuary" i właśnie zabiera się za "Zombies", który zapowiada się na efektowną mieszankę ?Nocy żywych trupów? i "Who Can Kill a Child?". Twórca "Teksaskiej..." powstał więc w grobu, mam tylko nadzieję, że za rok o tej porze nie będziemy musieli go prosić, żeby wrócił skąd przyszedł...
Jednak 2005 rok zapisze się w pamięci fanów przede wszystkim nową falą J-Horrorów, z tym że realizowanych z angielskim dubbingiem. Ach, cóż to za przyjemność obserwować, jak nie mający już żadnego pomysłu producenci zwracają się do Takashi Shimizu i Hideo Nakaty z prośbą: "czy moglibyście panowie nakręcić nowe wersje własnych filmów?" Przypadek Shimizu popada zresztą w skrajność. Nie dość, że Japończyk nakręcił dwie części "Ju-onów", to teraz kontynuuje swoją amerykańską karierę dziełem zaiste oryginalnym... "The Grudge 2"! Chwała, że nakręcił w międzyczasie bardzo dobrze się zapowiadające "Marebito", bo szuflada, w którą wpadł zaczynała się nieodwołalnie zamykać. I cóż, jakieś refleksje odnośnie tych auto-remake`ów, które zaczynają się robić modne (Larry Cohen szykuje kolejne "It`s Alive!", a Bob Clark "Children Shouldn`t Play With Dead Things")? Tak, moi drodzy. Otrzymaliśmy ostateczny dowód, że duch azjatyckich "yurei" jest nieprzekładalny na amerykański styl. Pominę już to nieszczęsne "The Grudge", w którym Takashi Shimizu ma czelność kopiować własny film niemal klatka po klatce, aż do znudzenia! Przypadkiem szczególnym, wartym analizy, okazał się "Ring 2", kontynuacja popularnego przeboju Gore Verbinsky`ego. Nakata był zbyt zdolnym i inteligentnym twórcą by pozwolić sobie na tanie kopiowanie pierwowzoru (co nie byłoby szczególnie trudne, biorąc pod uwagę, że "Ringu 2" jest najbardziej "amerykańskim" filmem całego cyklu). Zamiast tego zdecydował się poeksperymentować i przeniósł fabularną kanwę swojego najlepszego filmu "Dark Water" na grunt hollywoodzkich "scary movie". Powstała niezwykła hybryda, która usilnie stara się godzić dwa sprzeczne style: subtelną i inteligentną intrygę kontrapunktują nachalne "jump scares", nieznośne CGI i elementy rodem z podręcznika dla miłośników kiczu, pomińmy szczegóły. Wystarczy powiedzieć, że tę opowieść o matczynym poświęceniu wieńczy przepełniona głęboką empatią replika Naomi Watts: "I`m not your fucking mommy!" i wszystko staje się jasne. Nakata wpadł w pułapkę, którą sam sobie zastawił, ale z drugiej strony warto było takiego eksperymentu doczekać. Przeciwnicy fabularnych remake`ów dostali w swoje ręce ciężki do zbicia argument.
Na szczęście nie tylko auto-remake`i kontynuowały falę zapoczątkowaną "Ringiem" Verbinsky`ego. Innym intrygującym przykładem okazał się gatunkowy debiut Waltera Sallesa, który ku zdumieniu wszystkich przyjął na swoje barki trudny obowiązek re-lektury najwybitniejszego filmu Nakaty, wspomnianego wyżej "Dark Water". Oto w parę miesięcy po "Obłędzie" Johna Maybury kolejny twórca z etykietką "tworzę filmy autorskie" na plecach, zabrał się za reżyserię horroru z krwi i kości. I trzeba przyznać, że jedno twórców dumnie i z przesadną egzaltacją nazywanych "autorami" łączy. Gatunku to oni nie lubią, gatunkiem się brzydzą, wreszcie: filmów gatunkowych kręcić nie zamierzają!
Nawet jak już zostaną zmuszeni w trakcie wywiadu do wykonania trudnego zadania, jakim jest wydanie z ust tego trzysylabowego wyrazu, potrafią mu podstępnie nadać odcień pogardy. Łatwo się zatem domyśleć, co powstaje z połączenia kina gatunkowego i Twórcy (duża litera zobowiązuje). Powstaje mianowicie twór, twór, wypada dodać, płciowo niedookreślony, właściwie niedefiniowalny i nieustannie targany wątpliwościami, co do swojej rzeczywistej tożsamości. Takim tworem okazał się (i nie jest to żadna niespodzianka) "Dark Water", który jeśli już sięga po motywy charakterystyczne dla gatunku, robi to właściwie z przymusu, z ociąganiem, jakby chcąc się przypodobać grymaszącemu z boku producentowi: "no, jeszcze troszkę panie Salles, jeszcze troszkę, może odkręcić parę kurków albo rzucić jakiś cień na ścianę, co?". A wszystko po to, by zapełnić czymś dwu i pół minutowy zwiastun i przekonać miłośników filmu Verbinsky`ego, że do kina warto się wybrać. A mówiąc dosłowniej: widzów wrobić, bo autorski projekt Sallesa idealnie odzwierciedla komentarz jednego z amerykańskich krytyków, który "Dark Water" określił jako "non-horror horror movie". Publika nie okazała się jednak taka głupia i dała odpór producenckim wygom, o czym przekonałem się na własnej skórze podczas projekcji, po raz pierwszy od czasów "Krzyku 3" asystując popcornowej wojnie w jaką wdała się widownia, znużona ponad miarę. Tymczasem film Sallesa, który bardzo wdzięcznie daje się wpasować w ramy kinka autorskiego, na takie przyjęcie z pewnością nie zasłużył. Zręcznie napisany scenariusz Rafaela "Z piekła rodem" Yglesiasa, muzyka Angelo Badalamentiego, która zachwyca jak zawsze, piękne zdjęcia stałego operatora Almodovara, Affonso Beato, wreszcie znakomita kreacja Jennifer Connelly. Wszystko to złożyło się na film, który inteligentnie re-interpretuje klasyka Nakaty, a przy tym ani razu nie przeciwstawia się pełnemu subtelności i wdzięku duchowi japońskiego oryginału. Szkoda zatem, że producenci nie próbowali skierować filmu w stronę bardziej "salonowej" publiki, która na horrorach zwykle nie bywa (musicie bowiem wiedzieć, że tzw. publiczność elitarna do kina nie chodzi, tylko w kinie bywa :)). I oceny byłyby inne, prasa bardziej pozytywnie nastawiona, a popcorn nie przesłaniałby ekranu. No, ale co by nie mówić, doczekaliśmy się wreszcie w miarę udanego remake`u J-horroru, do tego wyreżyserowanego przez Brazylijczyka. Amerykanie, jak się okazuje, subtelności muszą się jeszcze nauczyć...
...i inne versusy.
Z dzisiejszej perspektywy trudno w to uwierzyć, ale "Freddy kontra Jason" czekał na premierę 15 lat. 15 lat oczekiwań, by otrzymać takie rezultaty ? takiej klapy nie było już dawno.
Zawinili chyba wszyscy zaangażowani w projekt. Od scenarzysty, a na aktorach skończywszy. Najbardziej zawinił jednak sam Ronny Yu (i to jest zdumiewające!), który bądź nie zrozumiał słowa "versus" w tytule, bądź naoglądał się za dużo neo-slasherów. Oddajmy mu zresztą głos: "Mój agent powiedział mi o projekcie, który New Line chciał mi powierzyć za wszelką cenę. A kiedy z entuzjazmem stwierdził, że chodzi o >>Freddy kontra Jason<<, nie wiedziałem z czego się tak cieszy. Nie rozumiałem nawet co oznaczał ten tytuł! Kiedy wytłumaczył mi o co jest grane, odpowiedziałem: Widziałem tylko >>Koszmar z ulicy Wiązów<<, gdy miał premierę w kinie i dawno już go wyparłem z pamięci. Ale kierownicy New Line nalegali. Widzieli >>Narzeczoną laleczki Chucky<< i moje poprzednie filmy i byli przekonani, że byłem dla nich idealnym wyborem." Cóż... Nie ma to jak kręcenie projektów życia... Ale przynajmniej jego słowa, choć tylko w części, tłumaczą porażkę filmu.
Zamiast oczekiwanego pojedynku tytanów (a to przecież versus a nie "Urban Legend 15"!!) obejrzeliśmy błazenadę, w rolach głównych nastolatki o umyśle rodem z epoki post - "Koszmar minionego lata", a więc o IQ w ilości śladowej. Na dodatek Yu wykorzystał współczesną stylistykę montażową, co bynajmniej nie pomogło filmowi. Ujęcia krótkie, nie dbające w żadnym stopniu o kompozycję kadru, akcja biegnąca tak szybko, że tak naprawdę nie oswajamy się z żadną z postaci. Z niecierpliwością czekamy na naszych bohaterów, tymczasem oni powracają jedynie w irytujących flashbackach (np. Jason w młodym wieku ? co to w ogóle jest!). Kiedy wreszcie dochodzi do oczekiwanego versusa (a trzeba się sporo naczekać), odczuwamy jedynie litość wobec pomysłodawcy scen, który inspiracji szukał chyba w nędznym parku atrakcji, a nie drapieżnym filmie grozy.
Ani w tym grozy, ani okrucieństwa, a jedynie stetryczała klekotanina. Witamy w domu starców! Podobny los czekał na "Obcego kontra Predator" ("Alien vs. Predator"), dla którego Mort powinien wymyślić osobną kategorię 0/6 (tak zły, że aż niestrawny), ale tu wielkich złudzeń nie mieliśmy od początku. Kategoria wiekowa PG-13, komentarze ekipy, wszystko od początku do końca złożyło się na potworny finałowy rezultat. Miejscami film doszedł do granic absurdu: "face-huggery" skaczą na twarze bohaterów w zwolnionym ruchu, co całkowicie niweluje poczucie zagrożenia z ich strony. Przynajmniej jedna rzecz stała się jasna. Paul Anderson ostatecznie potwierdził, że klaustrofobiczny "Ukryty Wymiar" był tylko przypadkiem na jego reżyserskiej drodze, a tak naprawdę narodził się po to by do końca życia zbijać kasę z kolejnych cudownych projektów, które kończą się "nieoczekiwaną klęską".
Dwa filmy, dwóch zdolnych reżyserów, dwa (w zamiarze) mityczne pojedynki, a tak haniebne rezultaty! Nie tylko najgorsze części obu serii, ale policzek dla każdego szanującego się fana. Te filmy bowiem nie tylko są złe w sensie stricte, ale dodatkowo trawestują cztery, być może największe, ikony kina fantastycznego ostatniego ćwierćwiecza.
Filmy "na fali".
Nie powinno być kontrowersyjnym stwierdzenie, że żyjemy w czasach wymarzonych dla fanów gatunku. Dostęp do większości tytułów stał się praktycznie nieograniczony, producenci hojnie łożą na realizacje kolejnych "celuloidowych strachów", a okazja do wymiany poglądów i poznania innych "geeków" nie natyka się już na żadne bariery. Wszystko ma jednak swoje konsekwencje. W momencie, w którym gatunkowy firmament ozłoci nowa gwiazda, producenci tracą z oczu wszelkie pozostałe priorytety. Ogniskują swoje spojrzenia w jednym, jedynym kierunku i bez cienia zażenowania oddają się eksploatowaniu pierwowzoru na wszelkie możliwe strony. Wystarczy przypomnieć, jak po "Krzyku" wysypały się niezliczone teen-slashery, po "Szóstym zmyśle" dziesiątki filmów z finalnym plot-twistem, jak wraz z "Resident: Evil" powrócił do łask zombie movie i odkryto dobre źródło zarobku w postaci gier komputerowych, a po ?Ringu? aktorki zaczęły zapuszczać włosy i farbować je na czarno. Problem w tym, że ta nie znająca miar inspiracja, która wyznacza kierunek w jakim będzie podążał gatunek na kilka dobrych lat, szybko jałowieje i staje się kołem u wozu następujących po sobie produkcji. Rezultaty są następujące: twisty są już w modzie we wszystkich D-klasowcach, teen-slashery adresowane są już chyba wyłącznie do widzów z niedowładem umysłowym, o zombie movie potknął się sam Romero, a Sadako nie straszy już nikogo. Takie są skutki marketingowej taktyki sprowadzającej się do bezmyślnego wyzyskiwania wszelkich potencjałów. Tak więc oto przed wami, jedyny i niepowtarzalny przegląd dzieł, przy oglądaniu których wrażenie deja vu jest jak najbardziej uzasadnione.
Jeśli jednak macie wątpliwości, czy filmami "na fali" zajmować się warto, zadam pytanie retoryczne: cenicie kino przekraczające wszelkie dopuszczalne granice? Jeśli tak, to waszą uwagę powinien zwrócić ten króciutki i wybiórczy wybór 10 filmów w tonacji naj-, które winny przekonać największych sceptyków, że co, jak co, ale filmy "na fali" po prostu rządzą!
- najkrócej na ekranach ? "Oni" ("They", reż. Robert Harmon) ? tydzień, ni mniej, ni więcej.
- największy kabotyn ? Robert De Niro / "Siła strachu" ("Hide & Seek", reż. John Polson) ? De Niro jest bezkonkurencyjny, po prostu bez-kon-ku-ren-cyj-ny! Na ekranie kompromituje go nawet młodziutka Dakota Fanning.
- największy megaloman ? John Maybury / "Obłęd" ("The Jacket") ? w dodatkach dołączonych do płyty dvd Maybury przyrównał "Obłęd" do "Buffy: Postrachu wampirów" wyreżyserowanego przez Fassbindera. Oj, Maybury, obawiam się, że Fassbinder to dla ciebie trochę zbyt wysoka półka... No widzisz, troszkę skromności i od razu zaczniesz nam dobre filmy kręcić...
- najbardziej rozdmuchany skandal ? scena w wannie z "Narodzin" ("Birth", reż. Jonathan Glazer) ? prasa plotkarska musiała się z czymś zżymać podczas festiwalu w Cannes sprzed dwóch lat. Na czerwonym dywanie nikogo, w salach konferencyjnych nudno, aż wreszcie przyszedł czas projekcji "Narodzin" i spragnieni krwi dziennikarze rzucili się na swoją ofiarę! Nicole Kidman w wannie... i do tego z chłopcem! Cóż z tego, że nagość ograniczona jest do niezbędnego minimum, a do żadnego zbliżenia (szeroko rozumianego) nie dochodzi? Do tabloidowych gryzipiórków nigdy nic nie dociera, nie docierało i docierać nie będzie.
Jedynym pocieszeniem może być fakt, że myśląca zawsze na przekór widownia, wiadomość o skandalu potraktowała jako dobrą reklamę.
- największe sprzeniewierzenie z oryginałem ? "Constantine", reż. Francis Lawrence ? jeśli w finałowej scenie John Constantine decyduje się zerwać z nałogiem i wyrzucając papierosa na ziemię sięga po gumę do żucia, to ja już nie mam wątpliwości ile czasu reżyser poświęcił na lekturę "Hellblazera"...
- największa ekranowa maszkara - "Boogeyman", reż. Stephen Kay ? straciliście wiarę, że w kinie was cokolwiek jeszcze zaskoczy? Ha, tylko Boogeyman może wam ją jeszcze przywrócić! Ta zatrważająca hybryda, która jednym przypomni dobrotliwego duszka Caspera, a drugim przywoła kreślone podczas lekcji plastyki bohomazy, winna zostać już dzisiaj dołączona w formie aneksu do petycji o powrót do kina facetów w gumowych kostiumach!
- najbardziej zmarnowany pitch ? "Głosy" ("White Noise", reż. Geoffrey Sax) ? zawsze w horrorach przerażały mnie sceny, w których odtwarzano zarejestrowane na taśmie głosy zmarłych. "The Changeling", "Królestwo", "Szósty zmysł"? Wymieniać by długo, grunt że doczekaliśmy się filmu, który w całości bazuje na koncepcji EVP (Electronic Voice Phenomenon). Skończyło się niestety na pomyśle, telenowelowa fabuła i reżyser bez wizji dopisali resztę.
- najoryginalniejsza inspiracja ? "Doom", reż. Andrzej Bartkowiak ? warto przecierpieć te katatoniczne stany w jakie zapadamy podczas projekcji, by móc delektować się tą kulminacyjną sceną nakręconą z punktu widzenia kamery subiektywnej (znak fabryczny gry), w której John Grimm wysyła w otchłanie piekła cokolwiek tylko się rusza. Tak więc rozłóżcie się w fotelu, pilot do ręki (jest taki miły przycisk "fast forward") i cieszcie oczy tym kilkuminutowym obrazem masakry.
- największa przewaga formy nad treścią ? "Mechanik" ("The Machinist"), reż. Brad Anderson ? tak to jest kiedy reżyser bierze się za Kubricka i wykorzystuje dziesiątki środków formalnych, by opowiedzieć nam historię, którą wszyscy tak dobrze znamy...
- najwięcej zmarnowanego czasu na planie ? Matthieu Kassovitz / "Gothika" ? Matthieu? To naprawdę twoja robota? Nie mógł cię wyręczyć jakiś hollywoodzki wyrobnik? Najpierw odsyłasz nas w kosmiczne strefy swoją "Nienawiścią", a później w ten sposób podsumowujesz swoją dziesięcioletnią karierę? Strefy przerzutowe między Europą a Ameryką chwilami powinny być zamykane... Wypada jednak na pocieszenie dodać, że Kassovitz pracuje już nad "Babylon Babies", które zapowiada się na arcydzieło europejskiej fantastyki. Oby więc projekt doszedł do skutku, a "Gothika" okazała się niczym innym jak ćwiczeniem i okazją do zmierzenia się z wysokobudżetowym blockbusterem wymagającym od reżysera szczególnych kompetencji.
Po 9 latach jakie minęły od premiery "Krzyku", kolejna wielka inicjatywa jego twórców zakończyła epokę, którą niegdyś sami zapoczątkowali. I niestety, z jej końca należy się tylko cieszyć.Jednak nie przy wszystkich filmach "na fali" powinien pojawiać się napis: "forbidden!" I do tej części przeglądu trafiło parę dzieł interesujących i wartych symbolicznego pochylenia głowy. O paru z nich ("Mechanik", "Klucz do Koszmaru", "Obłęd"...) rozpisali się już moi redakcyjni koledzy, ze swojej strony zdecydowałem się przedstawić dwa tytuły.
W 2004 roku uwagę fanów gatunku zwróciło "Sekretne okno" ("Secret Window") Davida Koeppa, adaptacja sympatycznej nowelki Stephena Kinga "Tajemnicze okno, tajemniczy ogród" zamieszczonej w zbiorze "Czwarta po północy". Ta kameralna, nakręcona w trochę telewizyjnym stylu historia próbowała odświeżyć znany nam tak dobrze wątek pisarza znajdującego się w szczytowym kryzysie twórczym, który zostaje oskarżony o plagiat przez jednego ze swoich nie całkiem poczytalnych czytelników. Włóczenie się po sądach, jak to zwykle na amerykańskiej prowincji bywa, odpada (takie cuda zdarzają się tylko w klasowych metropoliach...), zamiast tego oskarżyciel i pozwany powołując się na szeroko rozumianą sprawiedliwość społeczną stają naprzeciw siebie na ubitej ziemi. Krótko mówiąc, trup ścieli się gęsto... Znamy? A jakże! I dodajmy, że nic przeciw tej konfrontacji w tonacji retro- nie mamy. Kreacje Johna "You stole my story" Turturro i Johnny`ego Deppa wyśmienite, historia opowiedziana bardzo sprawnie i z odpowiednią dawką napięcia... I zachowalibyśmy te bardzo miłe wspomnienia z seansu, gdyby nie przemyślenia Koeppa, który doszedł do wniosku, że w dzisiejszym kinie bez gwałtownej wolty w finale obyć się nie może! I zwrot akcji zgodnie ze swoim zamysłem przeprowadza, zapominając po drodze o wszystkich filmach z twistem, które gościły na naszych ekranach w ostatnich latach. Tu tkwi zasadniczy problem: to, co zaskakiwało w 1990 roku, gdy światło dzienne ujrzała nowelka Kinga, dziś na nikim wrażenia nie robi. Tak jak po "Opętaniu" oskarżano Koeppa o kopiowanie "Szóstego zmysłu", tak teraz powracają wątpliwości. Miało być oryginalnie i nowatorsko, a ponownie nasuwa się refren starego przeboju: "ale to już było??. ?Najważniejsze jest zakończenie" głosił reklamowy slogan, jak się ponownie okazało - nie zawsze.
Pierwszą część przeglądu wieńczy "Cursed" tandemu Craven / Williamson, film który definitywnie zamknął pewien rozdział w historii amerykańskiego horroru. Jednak w miejsce zwykłego omówienia proponuję wam wyprawę za kulisy tego niecodziennego projektu, który na uwagę zasługuje z wielu względów. Koniec 2002 roku, znany powszechnie ze swojej miłości do gatunku i dobrego gustu Harvey Weinstein wszem i wobec ogłasza: "Wes Craven i Kevin Williamson zrewolucjonizują filmy o wilkołakach!". Oto w marcu 2003 roku mają ruszyć zdjęcia do nowego werewolf movie pod egidą Dimension Films, sławetnej filii Miramaxu, której złote dni rozpoczęły się i skończyły z dniem premiery "Krzyku". Cóż z tego, że Williamson jeszcze scenariusza nie ukończył, dla braci liczył się tylko reklamowy slogan i perspektywa zarobienia grubych pieniędzy. Wes Craven: "W Dimension idee i koncepcje zmieniają się błyskawicznie (...). A skoro zielone światło dawane jest często scenariuszom, które nie zostały jeszcze ukończone, trzeba podczas kręcenia zdjęć walczyć na bieżąco z problemami jakie z tego wynikają. Nie jest to dobry sposób na otrzymywanie filmów z klasą, nie mam co do tego żadnych wątpliwości". Nie był to jednak jedyny problem z jakim twórcy musieli się zmierzyć na planie. Rick Baker co rusz zaznaczał, że z charakteryzacją wilkołaków się nie wyrobi na czas, a Christina Ricci na dwa tygodnie przed rozpoczęciem zdjęć dowiedziała się o tym, że to jej przypadnie w udziale główna rola. Dawał się we znaki brak organizacji, a skrypt Williamsona (jak podkreślają złośliwi), co rusz ujawniał nowe słabe punkty. I cóż, minęło tylko 11 tyg. od momentu, w którym na planie padł pierwszy klaps, a bracia Weinstein byli zmuszeni ogłosić miesięczną przerwę w zdjęciach. Przerwa przedłużyła się jednak znacząco, bo ekipa zebrała się ponownie dopiero we wrześniu. Do tego czasu autor "Koszmaru minionego lata" napisał swój scenariusz praktycznie od nowa, a Rick Baker na Weinsteinów się obraził (to sławne: "nikt nie będzie krytykował mojej pracy!"), po tym jak ci nie przebierając w słowach odrzucili jego design wilkołaków. Jakby tego było mało, większość obsady miała już inne plany i z pracy nad "Przeklętą" zrezygnowali m.in.: Heather Lagenkamp, Omar Epps, Corey Feldman i przede wszystkim Skeet "Krzyk" Ulrich, który jak tylko dowiedział się, że w nowym scenariuszu Williamsona nie grał już roli partnera Ricci, a jego pozycja została zepchnięta na drugi plan, nie pozostawało mu nic, tylko trzasnąć drzwiami.
Atmosfera na planie nie była więc szczególnie wesoła, tym bardziej że Craven musiał dokonywać reżyserskich akrobacji, by zachować choć część niegdyś nakręconego materiału. Zachowanie spójności obu montaży okazało się zresztą o tyle problematyczne, że zarządzono kolejną przerwę w zdjęciach! Zgodnie ze znanym przysłowiem "do trzech razy sztuka" była to na szczęście ostatnia przerwa i jesienią 2004 roku zdjęcia do monumentalnego projektu Dimension, który kosztował już swoich producentów aż 80 mln. dol. (!) wreszcie dobiegły końca. Pozostawała jedna nadzieja: Ricci i Craven starając się odzyskać twarz i zminimalizować straty poniesione podczas tych dwóch długich lat, przyjęli nową strategię i zaczęli reklamować "Cursed" jako film kategorii R, pełen nagości i śmiałych efektów gore. "Co jak co, ale na to możecie liczyć". Niestety i na to nie mogliśmy liczyć, bracia W. wyszli z cienia i zadali Cravenowi ostatni cios w plecy. Chcąc, by feralny film twórców ?Krzyku? okazał się jednak rentowny i zwrócił się w box-office`owych rankingach, wycięli z filmu co trzeba, a MPAA nie pozostawało nic innego, jak przyznać filmowi kategorię PG-13, ku niekłamanemu szczęściu Dimension. Nie miejmy złudzeń, montaż "producencki" "Cursed", który ujrzał światło dzienne 25 lutego 2005 roku, pogrążył film całkowicie. Craven: "To już koniec, nie mogę nic ugrać, pozostaje mi tylko ugiąć kark i się wycofać". Na szczęście, na przekór bezczelnym zagrywkom studia, film Cravena poniósł całkowitą klęskę finansową, a w miejsce rewolucji prędko doszło do licznych rozwodów. Rozpadł się Dream Team Craven/Williamson, reżyser zerwał związki ze studiem, które utrzymywało go od lat i poszedł szukać szczęścia do Dreamworks ("Red Eye") i koniec końców, Dimension, w swojej dawnej postaci, rozpadło się. Być może przyjdzie wkrótce czas, by podsumować niechlubną działalność filii Miramaxu, która od dziesięciu lat sprawowała pieczę nad horrorowym światkiem (dziś taką nadzieją stało się Lionsgate), jednak nie miejsce tu i czas na to. Pozostaje jedynie stwierdzić, że od września 2006 roku w wyniku licznych scysji z Disneyem bracia Weinstein patronują własnej spółce produkcyjnej The Weinstein Company, a Dimension, które w rękach Miramax pozostało, będzie musiało swoją reputację budować od nowa (choć wiele wskazuje na to, że niedługo przestanie istnieć). Historia zatoczyła koło. Po 9 latach jakie minęły od premiery "Krzyku", kolejna wielka inicjatywa jego twórców zakończyła epokę, którą niegdyś sami zapoczątkowali. I niestety, z jej końca należy się tylko cieszyć.