Recenzja horroru

Horror Women's Flesh: My Red Guts

Women's Flesh: My Red Guts

Tytuł oryginalny:

Watashi No Akai Harawata

Reżyseria:

Tamakichi Anaru

Scenariusz:

Tamakichi Anaru

Obsada:

Kraj:

Japonia

Rok produkcji:

1999

Czas trwania:

39 minut

Horror Watashi No Akai Harawata - zdjęcie 1Horror Watashi No Akai Harawata - zdjęcie 2Horror Watashi No Akai Harawata - zdjęcie 3Horror Watashi No Akai Harawata - zdjęcie 4Horror Watashi No Akai Harawata - zdjęcie 5Horror Watashi No Akai Harawata - zdjęcie 6

Kolejny film, którego szukałem usilnie przez długi czas. Nieliczne recenzje na które się natknąłem, zaliczały ten krótki obraz do jednego z najbardziej ekstremalnych kawałków kina, jakie kiedykolwiek powstały. Miało być nieprawdopodobnie krwawo, realistycznie i nieznośnie dla widza. Kopniak w twarz, który nie pozwala się podnieść. Okazało się, jak zwykle, że zbyt rozbudzone nadzieje nie pozwalają do końca cieszyć się (choć w przypadku takich filmów słowo "cieszyć" nie jest chyba całkiem adekwatne) tym, co takie emocje wzbudziło. Wynik konfrontacji oczekiwań z rzeczywistością jest niemal zawsze rozstrzygany na korzyść tych pierwszych. Jaki więc jest "Women's Flesh"?

Pierwszym obrazem jaki widzimy jest skrwawione ciało leżące w niewielkim pomieszczeniu. Ktoś robi zdjęcia - za chwilę poznamy prawdę o tym, co się wydarzyło... Młoda Japonka stoi przed lustrem w łazience. Widać, że jest poruszona i niespokojna. Przypomina sobie feralną ostatnią rozmowę ze swoim kochankiem (mężem?). Najwyraźniej rozstali się ze sobą i na pewno nie była to obopólna decyzja. Kobieta bierze szczoteczkę do zębów i zaczyna się masturbować. Robi to tak gwałtownie, że wkrótce zaczyna krwawić. Obfity strumień krwi brudzi posadzkę łazienki. W reakcjach Japonki widać masochistyczną dwuznaczność - przyjemność i niewyobrażalny ból splecone w nierozerwalną całość. Najwyraźniej ten niezwykły akt erotyczny, którego właśnie dokonała, nie wystarcza. Widz dostaje krwawą scenę odgryzania sobie palca. A to, co następuje potem przekracza dosłownością i zwichrowaniem większość tego, co do tej pory pokazano w kinie. Kobieta rozpruwa sobie brzuch i zjada własne jelita!!! I to już właściwie koniec filmu...

Technicznie "Women's Flesh" jest dość dziwnie wykonanym filmem. Kręcony na taśmie VHS (tak mi się wydaje), a następnie przeniesiony na cyfrowy nośnik, gdzie dodano pokaźną ilość efektów cyfrowych - filtry, ziarnistość obrazu, niska rozdzielczość, rozmycie. Przez te wszystkie zabiegi japoński shocker kojarzy się bardziej z kinem awangardowym, eksperymentalnym niż z nurtem eksploatacji. Ale nie ulega wątpliwości, że mamy do czynienia z tym drugim. Efekty wizualne oprócz tego, że do pewnego stopnia budują klimat (niepokoju i jednocześnie odrealnienia), to jednak ich głównym zadaniem jest ukrycie słabości efektów specjalnych. Jednak to, co widzimy na ekranie potrafi wyglądać dość realistycznie i poruszająco. Co prawda scena podcinania żył jakoś nie wywiera efektu, jakiego można by się spodziewać (na mnie osobiście, takie wizje wywierają głębokie wrażenie, tu jednak czegoś zabrakło), ale już widok noża zbliżanego do języka wywołuje nieprzyjemne mrowienie w okolicach kręgosłupa. Zaś scena w zamierzeniu najbardziej niesamowita - wyjęcie i konsumpcja jelit, oddziałuje raczej obrzydliwością niż realizmem (o ile taki jest możliwy oczywiście, no nie?). Gdyby się zastanowić głębiej, to przecież taki obraz powinien wywołać u widza odruch wymiotny, stan bliski zemdleniu i przerażone zaciskanie zębów, wszystko jednocześnie. Tymczasem jelita wyglądają gumowato, a długość całej akcji raczej nuży niż ekscytuje (nie muszę chyba dodawać, że mam tu na myśli goremaniaków i innych ekstremistów kina, a nie ludzi, którzy zamykają oczy na filmach z kalifornijskim gubernatorem).

Film na pewno ekstremalny, krwawy i nieprawdopodobnie okrutny. Ale nie wytrzymuje porównania z "Guinea Pig". Wiem, że zawsze przywołuję ten film, ale w moich oczach ustanowił on absolutny rekord, dotychczas niepobity, w krwawym realizmie i nihilistycznej wymowie dzieła filmowego. "Women's Flesh" nie wywiera takiego wrażenia jak dzieło Hideshi Hino. Przede wszystkim drażni próba usprawiedliwienia tego, co się dzieje na ekranie, faktem rozstania. U Hino najbardziej przerażała niemożliwość jakiegokolwiek wytłumaczenia przedstawionego zła. Poza tym taki zabieg uodparniał dzieło na zarzut mętniactwa, wrogości wobec kobiet i podobne obiekcje. "Flowers of Flesh & Blood" miały być transgresyjne, miały być testem wytrzymałości widza. Niepoważne psychologizowanie tylko osłabia efekt w przypadku "Women's Flesh". Podczas projekcji próbowałem rekonstruować tok myślenia twórców tego dzieła. I myślę sobie, że wyglądało to tak: zróbmy najbardziej niesamowity i obrzydliwy film w historii, ale żeby nie oskarżono nas o chorobę psychiczną/mizoginię/bógwiecojeszcze, dorobimy cienką jak tyłek węża fabułkę o miłości-rozstaniu-rozpaczy. Dlatego widz otrzymuje długie ujęcia, gdzie kamera napawa się tryskającą krwią i umęczonym ciałem. Śmiesznie to wygląda w zestawieniu z owymi flashbackami, które miały nadać pozory umotywowania działań bohaterki. Przez to i przez przekombinowanie formalne film nie zyskał mojego uznania. Oczywiście jest szokujący, krwawy i odpychający, ale przynależy do gatunku dzieł eksploatacji, nie do artystycznej prowokacji czy kina prawdziwie transgresywnego. Nie spodziewajcie się więc czegoś, czego ten film absolutnie dać nie może.

Ocena: 2/6

Autor: grzEGOrz