Recenzja horroru

Wendigo (Wendigo)
Tytuł oryginalny:
Wendigo
Reżyseria:
Paul W. Kener
Scenariusz:
Paul W. Kener
Obsada:
Van Washbum Jr., Ron Berger, Carol Cocherell, Victor Lawrence, Cameron Garnick
Kraj:
USA, Kanada
Rok produkcji:
1978
Czas trwania:
85 min.
Powiadają, że lasy w okolicach Quebeku i północnej części Stanów Zjednoczonych zamieszkuje człekokształtny stwór o zębach niczym szable i pazurach jak harpuny. Powiadają również, że wyrasta cztery metry nad ziemię, a jego serce jest z lodu. Oczywiście nikogo nie zdziwi, iż owa wywodząca się z indiańskiej mitologii bestia zwana Wendigo, od setek lat rozsmakowuje się w ludzkim mięsie, które niczym niedźwiedź zakopuje w glebie z myślą o późniejszej uczcie. Według niektórych źródeł, tajemniczy stwór może się objawić jako duch, zdolny zbroić się w różne formy, do czego chętnie sięgnął twórca "Savage Water", Paul W. Kener. Dlatego już na wstępie proponuję porzucić nadzieje na zalatujące kiczem potwory w klimatach "Frostbiter: Wrath of the Wendigo" bądź "Night of the Demon". Kener proponuje inne, oszczędniejsze z racji kieszonkowego budżetu rozwiązanie, które pomimo zgrzebnego wykonania, dodaje niezwykłej pikanterii historii, wypadającej w ostatecznym rozrachunku znacznie lepiej niźli "Dzika woda".
"Wendigo" to swobodna adaptacja opowiadania Algernona Blackwooda pod tym samym tytułem. Paul Kener podjął się jej osobiście, pisząc scenariusz i reżyserując projekt pod pseudonimem Roger Darbonne. Nowelę Blackwooda, jednego z "najwybitniejszych piór literatury grozy", jak go niektórzy nazywają, odnaleźć można wraz z tuzinem innych przygód w zbiorze "Wendigo i inne upiory". Przyprawiająca o ciarki historyjka autorstwa pisarza skorego do demonizowania przyrody, podobnie jak film rozgrywa się w kanadyjskiej dziczy. Skromny obóz w trzewiach bezkresnego lasu, jezioro rozlane w jego centrum, tajemnicza wyspa, od której wieje grozą i szóstka ludzi zdanych wyłącznie na siebie. Survival, slasher, oryginalne ghost story? Chyba wszystko po trochu w sztafażu kina przygody, które z każdą kolejną minutą zatraca swe atrybuty ewoluując w horror. "Niemożliwe!" – rzucą zapewne wielbiciele gatunku, którzy zapoznali się z "Savage Water". Niektórzy z pewnością podtrzymają ten werdykt po seansie "Wendigo", ja jednak jestem odmiennego zdania. Tania produkcja okraszona zabawnymi dialogami (w tym miejscu wielkie brawa dla lektora polskiego wydania VHS), lekko groteskową postacią pana Defago i nieprawdopodobnym finałem, który nie będę ukrywał, najbardziej ucieszy wyjadaczy kiczu.
29 sierpnia 1978 roku, Frank Benson ze swą partnerką Connie Kranzler i fotografem Erickiem Jenningsem, wybierają się na polowanie w odludne rejony Kanady. Marzeniem Bensona jest ustrzelenie dorodnego łosia, którego ma wytropić wynajęty przez mieszczuchów przewodnik Defago ze swym pomagierem Billym. Jako, że okolica ich kilkudniowych manewrów cieszy się złą sławą, Defago skutecznie wymija pytania cisnące się na usta jego klientów. Niestety tajemnicę indiańskiego cmentarzyska strzeżonego przez "czarny wiatr", trudno utrzymać w sekrecie przed innymi, co sprowadza zgubę na wszystkich członków wyprawy. Najszybciej przekonuje się o tym Mike, pilot śmigłowca i jedyny łącznik z cywilizacją. Po awarii helikoptera, zapierający dech w piersiach górski pejzaż widziany z lotu ptaka, staje się pułapką, z której bohaterowie nie do końca zdają sobie sprawę.
W ten oto sposób Paul Kener zabiera nas w knieje, z których podobnie jak członków polowania, ani myśli puścić żywcem. Niezadowoleni z seansu widzowie z pewnością potraktują to dosłownie, wyznając, iż omal nie skonali w fotelu, ja jednak pragnę zwrócić uwagę na twórcę, którym wyraźnie targały znacznie większe ambicje niż podczas tworzenia "Dzikiej wody". Faktem jest, iż reżyser proponuje las mało straszny i mroczny, za to w pewien osobliwy sposób, wynikający zapewne z niewielkiego budżetu i jałowych kolorów, obskurny, niczym sam film, którego dostępność na dzień dzisiejszy ogranicza się do wydania kasetowego w Polsce oraz Francji. U nas za sprawą firmy Dawis, oferującej również pierwszy obraz Kenera, "Savage Water". Oczywiście zgaduję, że był to jego pierwszy projekt, skłania mnie jednak do takiego stwierdzenia scena z "Wendigo", w której Carol Cocherell, odtwarzająca rolę Connie, zamknięta w namiocie czyta książkę zatytułowaną właśnie "Savage Water", okładkę której zdobi żółty napis: "see the thrilling movie too!".
Pani Cocherell partneruje widziany w "Dzikiej wodzie" Ron Berger, wcielający się w postać Franka Bensona, typowego obywatela kilkutysięcznej aglomeracji. Reszta obsady zakończyła kariery na tym etapie i szczerze mówiąc nie warto o nich wspominać, wyjątek stanowi jedynie Van Washbum Jr. Zachrypnięty piwożłop Defago w jego wykonaniu to jedna z największych atrakcji "Wendigo". Brodaty wielkolud, bardziej kłusownik niźli człowiek lasu z racji swego podejścia do przyrody i sposobu jej traktowania. Najpierw raczy towarzystwo legendą przy ognisku, później oświadcza jedynej w ekipie kobiecie, co może zdziałać swoją nogą wycelowaną w jej krągły zadek. Tego typu "smaczków" jest w filmie więcej, co pozwala bez jednego ziewnięcia przebrnąć przez nieco rozwleczone sceny przepraw przez jezioro i kanadyjskie ostępy.
Całość urozmaica muzyka Rolfa N. Nordgrena, żywcem wyjęta z typowego filmu akcji lat 70-tych, przez co nie spełnia podstawowej w kinie grozy funkcji jaką jest budowanie suspensu. Zaczyna się niewinnie, przy całkiem udanej czołówce, po czym przyspiesza, grając do końca na jednej nucie, podobnie jak większość obsady. Mimo tego wszystko wygląda zgrabniej niż w "Dzikiej wodzie", no może poza okładką, którą również zdobi naga czaszka z "survivalowymi" dodatkami – zdaje się filmowa wizytówka Paula W. Kenera.