Recenzja horroru

Horror Warning Shadows: A Nocturnal Hallucination

Warning Shadows: A Nocturnal Hallucination (Cienie)

Tytuł oryginalny:

Schatten - Eine nächtliche Halluzination

Reżyseria:

Arthur Robison

Scenariusz:

Arthur Robison, Rudolf Schneider

Obsada:

Alexander Granach, Max Gülstorff, Lilli Herder, Rudolf Klein-Rogge

Kraj:

Niemcy

Rok produkcji:

1923

Czas trwania:

90 minut

Często dziś (nad)używa się zwrotu "uczta wizualna". Termin ten dawno już utracił swoje pierwotne znaczenie i dziś można go porównać tylko do worka bez dna, do którego krytycy skwapliwie upychają kolejne tytuły. Ucztą wizualną jest zatem i skąpany w barokowym przepychu "Labirynt Fauna", i "Wolf Creek" z jego ujęciami pustynnych australijskich krajobrazów, i liryczna "Opowieść o dwóch siostrach"... Listę można by jeszcze długo ciągnąć. Sam często łapię się na tym, z jaką łatwością przychodzi mi używanie tego wygodnego przecież słownego wytrycha. Uczta wizualna – dwa magiczne słowa na podorędziu każdego naiwnego widza, który próbuje uchwycić za pomocą języka bogactwo strony formalnej filmu, a obnaża tylko własną niezborność i brak kompetencji.

Warto w takiej sytuacji odświeżyć sobie niekiedy filmową klasykę, jedną z jej niewątpliwych zalet jest bowiem zdolność do ustawiania wszystkiego na "właściwe miejsce". Przekonałem się o tym podczas niedawnego seansu "Cieni", prawdziwie magicznego, a kompletnie zapomnianego klasyka niemieckiego ekspresjonizmu. Oto film, który przywraca właściwy sens pojęciu "wizualnej uczty". Wychowany w Niemczech Amerykanin Arthur Robison wraz z wybitnym operatorem, Fritzem Arno Wagnerem (jemu zawdzięczamy wysmakowane kadry "Zmęczonej śmierci", "Nosferatu: Symfonii grozy" czy "M - Mordercy"), zabierają nas w podróż w otchłanie ludzkiej nieświadomości.

Na kameralnym przyjęciu odbywającym się w pewnym zamku (miejsce i czas akcji nie są ściśle określone) pan domu przyjmuje czterech mężczyzn oraz tajemniczego wędrownego kuglarza. Gospodarz nie spuszcza z oka czworga zaproszonych gości pożądliwie przypatrujących się jego małżonce. Kiedy przybyły iluzjonista rozpocznie swój teatrzyk cieni, nic już nie będzie takie jak przedtem, a zmysły zapanują nad siłami rozsądku…

Choć z pozoru fabularny szkic "Cieni" jest dość szczątkowy, to wynika to tylko ze złego postawienia akcentów. Jak pisze maestro Siegfried Kracauer, największy chyba specjalista w dziedzinie filmowego ekspresjonizmu: "wybitną rolę odgrywa w filmie gra świateł i cieni. Z ich fantastycznych fluktuacji zdaje się rodzić ten niezwykły dramat". Robison inspirując się eksperymentalnymi filmami kammerspielu spod znaku Carla Mayera (akcja jest pozbawiona dialogów, a komentarz ograniczony do niezbędnego minimum), a z drugiej strony ekspresjonizmem, głównie poprzez finezyjne operowanie światłem i cieniem, konstruuje swoją historię na wzór sennej alegorii, co sugeruje zresztą znamienny podtytuł filmu: "Nocna halucynacja".

Wpływ popularnej ówcześnie psychoanalizy na twórców "Cieni" jest niepodważalny. Wyprzedzając o trzy lata głośne "Tajemnice duszy" Georga Wilhelma Pabsta, Robison kręci film stanowiący momentami wręcz wykładnię myśli freudowskiej. "Cienie" to bowiem historia mężczyzn spętanych przez własne obsesje i namiętności, które manifestują się w postaci cieni projektowanych na ścianach gotyckiego domostwa przez przyjezdnego iluzjonistę. Gospodarza (w wybitnej kreacji znanego z "Rąk Orlaka" Fritza Kortnera) stopniowo ogarnia szał zazdrości o piękną małżonkę, a zgromadzeni goście coraz bardziej bezwstydnie adorują panią domu. Kobieta, która jak w soczewce skupia w sobie męskie frustracje i pragnienia, nie pozostaje w przyszłej tragedii bez winy. I znów powraca echo krytykowanej za mizoginizm freudowskiej psychoanalizy, jak w scenie, w której tańczy ona w prześwitującej sukni w blasku jarzącej się świecy. Wytwór męskich fantazji, kobieta-kusicielka, prekursorka ekranowych femme-fatale? Jakkolwiek ją określić, nie ma wątpliwości, że kreacja Lilli Herder dodaje filmowi przyjemnego zabarwienia prowokacji i niejednoznaczności.

Jednak kunszt filmu nie kryje się tylko w śmiałej, symbolicznej fabule, ale przede wszystkim w dbałości, z jaką twórcy przekładają swoje pomysły na czysty język kina. "Cienie" stanowią doskonały przykład tego, że można opowiadać złożone historie wyłącznie za pośrednictwem obrazów i nie narażać się przy tym na zarzut hermetyzmu. Oto Młodzieniec potajemnie odchodzi od stołu w towarzystwie Kobiety. Podąża za nimi Mężczyzna (gospodarz) i obserwuje ich z ukrycia. Nie widzi ich jednak zbyt dokładnie, jedynie w lustrze (!) obserwuje ich odbijające się od ścian sylwetki. Nie zdaje sobie sprawy, że zmysły (czy też wybujała wyobraźnia) płatają mu figle. W lustrze dostrzega ściskające się dłonie, podczas gdy naprawdę to dotykają się jedynie odbicia. Dość niewinne w rzeczywistości spotkanie w świecie cieni nabiera zupełnie innego charakteru. Scena ta, podsumowana w późniejszej partii filmu (rozbicie lustra) jest jednym z przykładów operatorskiego mistrzostwa. Wagner znakomicie konfrontuje ze sobą świat rzeczywisty z mentalnymi fantazjami wygrywanymi przez ludzkie cienie. Przy okazji obrazuje potęgę nieświadomości, kształtującą rzeczywistość na własnych i podległych jej prawach. Motyw cieni, które w filmie Robisona uzyskują status autonomicznych bytów, przywołuje bardzo popularny w ekspresjonizmie wątek sobowtórów, przewijający się od czasu "Studenta z Pragi" w rozmaitych odcieniach i wariantach. Obrazuje on typowy dla niemieckiego horroru dualizm między racjonalnym a irracjonalnym, między Ego a Id.

Druga partia filmu dość niespodziewanie z eterycznej fantazji przemienia się w krwawą "grim tale", a gatunkowe powinowactwo "Cieni" staje się aż nazbyt oczywiste. Z każdą minutą atmosfera coraz bardziej gęstnieje, a cienie na ścianach zdają się stopniowo zawłaszczać racjonalny porządek. Sadystyczny i okrutny finał (oczywiście jak na warunki 1923 roku) jest jednak jedynie przygrywką do zaskakującej kulminacji (lata oglądania dziełek pokroju "Szóstego zmysłu" niewiele pomogły – znów dałem się nabrać).

[UWAGA! SPOILER!]

Mord, który miał miejsce okazuje się projekcją wyobraźni wprowadzonych w stan hipnozy uczestników przyjęcia (o konotacjach mesmeryczno-freudowskich nie muszę już chyba nawet wspominać). W blasku wschodzącego słońca niedoszli zabójcy i ich ofiara budzą się z koszmaru, a ich cienie powracają do naturalnych rozmiarów. Nazbyt może optymistyczna końcówka ma jednak także gorzki wydźwięk – rozstając się ze sobą goście dziwacznego przyjęcia są świadomi, że sen, w który wprowadził ich przybyły iluzjonista uprzedził zbrodnię, do której miało dojść.

W swojej intrygującej analizie Kracauer stawia tezę, iż "Cienie" profetycznie wnikają w mroki niemieckiej duszy nieodwołalnie zmierzającej ku samozagładzie. Końcowy akord skłania jednak do pozytywnych wniosków. Katartyczna terapia, którą na swoich "pacjentach" wykonał iluzjonista jest świadectwem triumfującego rozumu rozjaśniającego mroki nieświadomości. Trudno nie widzieć tu aluzji do niemieckiego narodu, którego "zbiorowy duch" po klęsce I Wojny Światowej znalazł się na skraju przepaści. W tym przypadku zbiorowa psychoterapia niestety nie pomogła…

Myślę, że można jednak sobie pozwolić na bardziej uniwersalną interpretację. W otwierającej scenie filmu rozsuwa się kurtyna, a przed ekranem defilują kolejni bohaterowie przyszłego dramatu, widoczni tylko w postaci odbijających się na ścianie cieni, sprowadzeni tym samym do teatralnych figur, które mają odegrać w przedstawieniu z góry ustalone role… Ta konwencja "teatru w teatrze" nasuwa naturalnie autotematyczne skojarzenia. "Cienie" demonstrują bowiem potęgę kina, na czas seansu wprowadzającego widownię w narkotyczny trans, w którym kłębiące się w ludziach pragnienia i żądze zostają zintensyfikowane w postaci celuloidowej fikcji. Ta katartyczna funkcja kina, choć szybko podważona przez kontynuatorów Freuda pozostawała jednak w zgodzie z pierwotnymi ideałami psychoanalizy, do którego odwoływali się przecież twórcy tego ekspresjonistycznego filmu.

[KONIEC SPOILERA!]

Na pograniczu awangardowej fantastyki, psychologicznego horroru, opowieści niesamowitej powstało dzieło intrygujące, oryginalne i zaskakująco (jak na lata, które upłynęły od jego realizacji) inspirujące i świeże… Ta wymykająca się jednoznacznej klasyfikacji, swoista introspekcja ludzkiej psyche w wykonaniu Arthura Robisona i jego ekranowego alter-ego, iluzjonisty, nadal zaskakuje swoją śmiałą wizją.

Ocena: 5/6

Autor: flagg