Recenzja horroru

Vampire
Tytuł oryginalny:
Arp
Reżyseria:
-
Scenariusz:
-
Obsada:
-
Kraj:
Kambodża
Rok produkcji:
2006
Czas trwania:
126 minut






Boom na horrory azjatyckie nieco osłabł, bo spora część filmów z tamtego rejonu radośnie i bez żadnego skrępowania pożera własny ogon, serwując kolejne opowieści o czarnowłosych zjawach, które mszczą się zza grobu za doznane krzywdy. Ghost stories w wydaniu dalekowschodnim uległy takiemu skonwencjonalizowaniu jak nie przymierzając slashery z lat '80. Reżyserzy serwują widzom te same rozwiązania fabularne, identycznie wyglądające potwory i te same sposoby wywoływania strachu. I co najgorsze, robią to na poważnie. Podczas gdy w slasherach widoczna była duża samoświadomość konwencji, nikt nie ukrywał, że chodzi o kopulujące nastolatki i widowiskowe zgony; w obrazach z Azji mam wrażenie, że sporej części reżyserów wydaje się, że odkrywają Amerykę. Choć oczywiście może to wynika z różnic kulturowych, bo powtórzenie, rytuał, celebra prostych czynności to cechy charakterystyczne dla mentalności Dalekiego Wschodu. Mnie jednak takie obrazy zwyczajnie nużą i staram się wyszukiwać filmy, które czymś odróżniają się od zalewu robionych na jedno kopyto produkcyjniaków. Na przykład zachętą do seansu może być egzotyczny kraj pochodzenia, powiedzmy Kambodża.
W prologu opowiedziane są dwie historie – młodej kobiety, która właśnie ma rodzić oraz pary zakochanych, którzy dostają się w łapy zbirów. Dziewczyna zostaje zgwałcona a chłopak zamordowany. Akcja przenosi się 16 lat później, gdy grupa studentów/uczniów z Phnom Penh przyjeżdża do prowincji Battambang, by zebrać informacje do szkolnego projektu. Wynajmują dom w tej samej wiosce, która była miejscem akcji prologu. Okazuje się, że pani domu jest wampirem, nocą jej głowa wraz z wnętrznościami odłącza się od ciała i lata po okolicy szukając ofiar. Wkrótce studenci staną w obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa.
Mówiąc "azjatycki horror" najczęściej ma się na myśli produkcje z Japonii, Hong Kongu, Korei Południowej i Tajlandii. A okazuje się, że w Kambodży również zapanowała moda na opowieści grozy. Oto na krajowym festiwalu filmowym w 2006 roku, na 22 wyświetlane filmy, aż 9 stanowiło wariację na temat krasue – demona w postaci latającej ludzkiej głowy z wnętrznościami. Ponoć większość z tej dziewiątki stanowiły filmy niskobudżetowe, kręcone przez amatorów, typowo na lokalny rynek. Tak jest niestety w przypadku opisywanego tu dzieła.
"Arp" nakręcono kamerą wideo, nieudolnie zmontowano, aktorzy zaludniający plan filmowy nie bardzo potrafią zachować się przed kamerą, w usta wepchnięto im dialogi tak idiotyczne, że nie można się nie śmiać (szczególnie jeśli doda się do tego komiczne angielskie napisy, ale to w wydaniach wielu filmów z Dalekigo Wschodu standard), a scenariusz to podręcznikowy przykład jak nie powinno się pisać. Ach, jeszcze w tle przygrywa muzyka, której nie można określić inaczej niż Kambodżo Disko, przywołującą na myśl dokonania muzyczne kapel z Białegostoku i okolic o egzotycznych nazwach jak Fanatic, Tropical, Akcent, Amadeo i podobnych. Nie można również zapomnieć o kiepsko wykonanych efektach cyfrowych, które śmieszą nawet jeszcze bardziej niż dialogi. Natomiast moment oddzielania głowy demona od ciała wygląda już dość zadowalająco. Gdyby efekty były cały czas na tym poziomie zdecydowanie film byłby strawniejszy. A tak widzowi nie pozostaje nic innego jak ryczeć ze śmiechu na widok rozczochranego Arpa, wysmarowanego jakąś zieloną mazią, która ma zapewnić jak sądzę demoniczny i przerażający wygląd.
Swoją drogą, film FCI Productions to niezła mieszanka różnorakich wpływów. Cała historia osnuta jest na motywach silnie obecnych w folklorze Azji Południowo-Wschodniej. Dla mieszkańców tamtego rejonu świata, nawet żyjących w większych miastach przenikanie się światów zwykłego i magicznego jest czymś najzupełniej normalnym. Latający demon polujacy na ludzi nie jest czymś nieprzystającym do świata telefonów komórkowych. Nowoczesność miesza się z tradycją w sposób naturalny. Ale z drugiej strony twórcy przedstawiają grupę nastolatków w niebezpieczeństwie, rozwiązanie charakterystyczne dla amerykańskich młodzieżowych horrorów. Widać próby zaszczepienia pewnych schematów fabularnych znanych z filmów z USA, łącznie z infantylnym i nieporadnym humorem. Choć ten akurat element może być również zapożyczony z Hong Kongu (filmy III kategorii to przecież bardzo często miks prymitywnego dowcipu i krwawych scen gore), skąd wzięto również odgłosy towarzyszące scenom walki. Jest też romans, zazdrość i trochę lokalnej egzotyki. A skoro już wspomniałem o scenach walki i efektach specjalnych – zdziwiłem się potężnie widząc w pewnym momencie łamanie nogi w kolanie. Jasne, nie jest to poziom "Irreversible", ale na tle fatalnej reszty filmu stanowi to przyjemną odmianę.
I ostatecznym gwoździem do trumny jest przeraźliwie długi czas trwania. Ponad dwie godziny projekcji, gdy na ekranie najczęściej nic się nie dzieje to stanowczo zbyt dużo. Nie ratują filmu nawet amatorskie sceny gore, gdyż są baaardzo amatorskie i mało pomysłowe. "Arp" jest fatalnym dziełem i jeśli reszta kambodżańskiej produkcji spod znaku horroru stoi na takim poziomie, to ja serdecznie dziękuję i nie mam zamiaru się zapoznawać bliżej. Tym dziełem powinni zaś zainteresować się miłośnicy filmów klasy Z; tak złych, że aż dobrych; amatorzy ciekawostek kinematograficznych (no i może antropolodzy filmu, jeśli kogoś bawi śledzenie wpływów kulturowych w egzotycznych produkcjach). Jeśli kogoś interesuje ludowa demonologia w wydaniu azjatyckim to lepiej już obejrzeć, o zgrozo!, "Krasue" czy "Mystics in Bali".