Recenzja horroru

Valentine (Walentynki)
Tytuł oryginalny:
Valentine
Reżyseria:
Jamie Blanks
Scenariusz:
Donna Powers, Wayne Powers, Gretchen J. Berg, Aaron Harberts
Obsada:
David Boreanaz, Marley Shelton, Denise Richards, Jessica Capshaw
Kraj:
USA
Rok produkcji:
2001
Czas trwania:
96 minut






O tym jak "Scream" Cravena i Williamsona wywołał całą lawinę naśladownictw, pisano już do znudzenia. Wiadomo, że liczne kopie "Krzyku" były raczej słabe, wtórne, mało zaskakujące, chociaż przeważnie całkiem nieźle nakręcone i z miłą dla oka obsadą (zarówno dla żeńskiej jak i męskiej części widowni). Odnowa subgatunku, o ile w ogóle można tak nazwać cały boom slasherowy końca lat '90, dość szybko się wypaliła. Hollywood zajęło się w niedługim czasie przeróbkami japońskich opowieści o kruczoczarnych zjawach wyłażących z różnych najdziwniejszych miejsc, aby udawać, że sieją strach i przerażenie. A teraz zalewa nas przyprawiająca o mdłości fala przeróbek klasycznych pozycji z panteonu horroru. Gdzieś u schyłku (o ile pamięć mnie nie zawodzi, bo choć lubię slashery jak chyba każdy, to nie śledzę z uwagą, co się pojawia na rynku) zmartwychwstałego zainteresowania filmami o mordercach skrywających swe oblicza za najwymyślniejszymi maskami pojawiło się dzieło, które sprawiło mi niemały kłopot. "Valentine" Jamie Blanks'a wyróżnia się z podobnych tematycznie pozycji i to z kilku powodów. O ile jego poprzedni film, "Urban Legends" oglądało się znośnie, a po projekcji natychmiast zapominało, to ten obraz wywołał u mnie nerwowe zgrzytanie zębami, a po projekcji zacząłem się intensywnie drapać w głowę.
Film otwiera sekwencja szkolnego balu, na którym safandułowaty i niezbyt urodziwy Jeremy Melton próbuje poprosić do tańca którąś ze swoich klasowych koleżanek. Wszystkie do których się zwraca odmawiają mu, niektóre kpiąc z niego w okrutny sposób. W końcu udaje mu się nakłonić jedną z mniej pięknych dziewcząt na małe tete-a-tete (aż przypomina się stary seksistowski kawał o pasztecie zajęczym...). Jednak sprawy przybierają niepomyślny obrót i chłopiec zostaje oskarżony o napaść i molestowanie i trafia do zakładu dla młodocianych. W dziesięć lat później dziewczyny, które tak okrutnie obeszły się ze szkolnym odmieńcem dostają makabryczne prezenty walentynkowe. Wkrótce podejrzenie pada na Jeremy"ego, ale ponieważ nikt nie widział go od dekady, nie wiadomo jak obecnie wygląda. Dlatego też w kręgu zainteresowania policji znajdą się również obecni partnerzy bohaterek. A tymczasem zamaskowany morderca nie próżnuje i po kolei eliminuje przerażone ofiary.
Jednym z wyróżników post-"Krzykowych" slasherów były intertekstualne nawiązania do historii gatunku, które w pewnym momencie całkowicie przesłoniły autorom kolejnych produkcji fakt, że dobry horror powinien przede wszystkim straszyć - wzbudzać grozę, lęk lub choćby obrzydzenie (że posłużę się typologią zaproponowaną przez Stephena Kinga). Zamiast strachu w kinach i na płytach dvd/kasetach video otrzymywaliśmy ciągłe mruganie okiem do widza, nie wykraczające poza to, co twórczo rozwinął i znacznie wzbogacił Williamson (bo np. tradycja nadawania fikcyjnym bohaterom imion i nazwisk ludzi z horrorowego światka jest dużo starsza niż obraz o udrękach ślicznej Sidney Prescott). W "Valentine" również nie zabrakło takich odnośników, ale są dozowane w miarę rozsądnie. Scena początkowa to cytat z "Carrie" w wersji PG - zamiast świńskiej krwi występuje poncz. Następna scena zwodzi widza, udając, że rozmowa w restauracji dotyczy analizy cyklu "Piątek 13.". Postać mordercy przywołuje z jednej strony z "Halloween" - pierwsze narzędzie zbrodni, z drugiej nasuwa skojarzenia z "Deep Red" Argento - ta maska! ta maska! i kilkoma jeszcze dziełami włoskiego mistrza (niektórzy, jak Jim Harper, dopatrywali się ogólnych odwołań do giallo, co nie jest do końca bezpodstawne). Gdzieś w dialogach mignie uważnemu widzowi nazwisko Raimi. No i jeszcze w głównej roli męskiej obsadzono Davida Boreanaza z serialu "Angel" (tu akurat muszę się znowu powołać na Jima Harpera i jego "Legacy Of Blood", bo o niniejszej serii mam cokolwiek blade pojęcie) i to zasadniczo tyle, jeśli chodzi o postmodernistyczną konwencję wiecznego cytowania. Reżyser do spółki z czwórką scenarzystów (sic! czy w ogóle jest możliwe, by dzieło sklecone przez tak liczną grupę mogłoby być chociaż nadające się do oglądania?) zajęci bardziej byli opowiedzeniem historii jak najbardziej idiotycznej (przy której takie zerobudżetowe dzieła jak "Schizophreniac: The Whore Mangler" wyglądają jak obraz geniusza), maksymalnym przerysowaniem postaci i kopiowaniem każdego zgranego do znudzenia elementu subgatunku (przypominają się najlepsze/najgorsze, zależnie od punktu widzenia, czasy slasher-manii - cycate panienki w skąpych strojach, absurdalnych sytuacjach, zachowujące się tak jakby ich IQ wynosiło tyle, ile iloraz inteligencji najgłupszego ze scenarzystów, podzielony przez ich liczbę). Do zestawu tych wad warto dołączyć jeszcze względną bezkrwawość morderstw. Czyli absolutna porażka, którą nie warto zawracać głowy? Otóż nie do końca...
Jeśli chodzi o małą ilość krwi, to reżyser, być może ze strachu przed MPAA, ocenzurował sam siebie i poskracał sceny zabójstw do niezbędnego minimum. Bo raczej nie niski budżet i brak pieniędzy sprawiły, że kilka przyzwoicie zaaranżowanych gwałtownych zejść z tego łez padołu kończy się, nim zdążą nacieszyć oko gore maniaków. A skoro o przemyślanych sekwencjach mordów mowa i skoro wcześniej wspomniany został Dario Argento... Nie da się ukryć, że Blanks i scenarzyści wyraźnie inspirowali się dokonaniami włoskiego wirtuoza grozy. Przynajmniej dwie sceny to jawne cytaty z jego filmów. A postać mordercy - czarny płaszcz, maska? Kolejne odwołania do włoskich kolegów po fachu. Niektóre wnętrza zaaranżowane i sfilmowane są z prawdziwym wyczuciem, przywodząc na myśl znowu Argento, ale i Bavę, a z tej samej strony oceanu co reżyser, Davida Lyncha. Sam złapałem się na tym, że kilkukrotnie zamiast śledzić rozwój akcji (o ile w ogóle ten pełzający zbitek wydarzeń można nazwać ciągiem) bardziej zajęty byłem obserwowaniem tego, co znajduje się w tle. Przychodzi mi do głowy żartobliwie bluźniercza myśl - może gdyby "Cahiers du cinema" startowało dzisiaj, to następcy Truffautta, Rohmera i innych, analizując mise-en-scene z "Valentine" doszukaliby się w nim dzieła autorskiego? Oczywiście nie piszę tego na poważnie, ale chwilami ten nieznośny slasher pokazuje, że jego twórców stać było na dużo więcej. A dlaczego nieznośny? Wspomniane już przerysowania, doprowadzone do granicy absurdu, kiczu i parodii są naprawdę ciężkie do przełknięcia. Sztuczność sytuacji, rozwiązań fabularnych i jest tak wielka, że widz zaczyna się zastanawiać, czy film jest zrobiony na poważnie, czy twórcy postanowili sobie zakpić z konwencji. Za pierwszą opcją przemawia fakt wzmiankowanej stylizacji planów i nawiązań do innych dzieł z wyższej horrorowej półki (bo odwołania do "Slumber Party Massacre" można spokojnie pominąć). Za drugim odczytaniem przemawia pewna dość ciekawa obserwacja. Aktorzy często jakby zastygają po wypowiedzeniu kolejnej kompletnie idiotycznej kwestii, tak jakby upewniali się, czy widz zrozumiał aluzję i wie, że to tylko gra. Tak karykaturalny, groteskowy w swej sztuczności film nie mógł być zrobiony serio. Bo inaczej, jak napisał kiedyś w odniesieniu bodaj do "Deep Impact" Michał Chaciński, należałoby zwątpić w istnienie inteligentnego życia w Kalifornii... Dla spokoju ducha, że nikt nie może być tak zadufany w sobie, żeby z pełną powagą wciskać widzowi takie bzdury, lepiej jest myśleć, że twórcy postanowili wyśmiać po przyjacielsku nurt, który zapewnił im w tym przypadku pracę i płacę; obnażyć absurdalności i zwykłe idiotyzmy regularnie pojawiające się w kolejnych częściach slasherowych cykli; a może też zagrać na nosie publiczności, która bezmyślnie łyka hollywoodzką papkę. Zdecydowanie bezpieczniej jest tak myśleć. Bo ci, którym nie przyszło do głowy takie odczytanie filmu pisali potem "szczególnie obraźliwy dla widza kawał śmiecia."
Na koniec jeszcze jedna kwestia, która wydaje się równie interesująca jak dwie powyższe (w tym miejscu podziękowania dla Morta, który zwrócił moją uwagę na dyskusję dotyczącą "Valentine" na forum imdb). Pomimo, że tożsamość zabójcy jest jasna od samego początku to pewne rozwiązanie fabularne sprawia, że widz zaczyna się zastanawiać, czy morderca był tylko jeden. Oczywiście nie jest to żadne novum, bo tandemy zabójców wyeksploatowała niemal do cna trylogia Cravena (a wszystko początek bierze co najmniej od kina Bavy). Niemal do cna... To co w "Scream" było wyłożone i dopowiedziane do końca, w "Valentine" jest tylko zasugerowane i pozostawione do rozgryzienia przez widza. Może warto się pozastanawiać jak dokonywane były kolejne egzekucje, kto był gdzie w czasie kiedy miały miejsce, może warto obejrzeć film jeszcze raz... Ja do grona osób chętnych do powtórnego seansu się nie zaliczam, bo choć obejrzałem dzieło Blanksa dwukrotnie, to przy powtórnej projekcji tak już zgrzytałem zębami z irytacji na widok całej sztuczności tego filmu i irytujących bohaterów, że kolejne zderzenie z tym filmem mogłoby się zakończyć dla mnie mocno niepomyślnie i narazić mnie na pokaźne wydatki u dentysty. Jeśli jednak ktoś przyjmie konwencję pastiszu i groteski i ma ochotę pogłówkować przez dłuższą chwilę po tym, jak przemkną napisy końcowe, to "Valentine" może być całkiem ciekawą przygodą. Za te trzy cechy filmu stawiam ocenę pośrodku skali, bo jeśliby oglądać obraz Blanksa jako kolejny zwyczajny slasher, nie zasłużyłby on na więcej niż 1+.