Recenzja horroru

Unhuman
Tytuł oryginalny:
Unhuman
Reżyseria:
Toranong Sricher
Scenariusz:
-
Obsada:
Sira Pathrat, Chollada Mekratree, Narawan Niruthisai
Kraj:
Tajlandia
Rok produkcji:
2004
Czas trwania:
109 minut






Może trudno w to uwierzyć, ale kilkanaście lat temu obecny gubernator Kalifornii latał po dżungli odziany w wojskową kamizelkę i walczył z przybyszem z innej planety polującym na ludzi. "Predator", bo przecież o nim mowa, to rewelacyjny przykład pełnego akcji horroru sci-fi, który jest jednym z moich ulubionych filmów wszechczasów. Dlatego kiedy wyczytałem, że "Unhuman" ma z nim wiele wspólnego postanowiłem dać szansę kolejnej produkcji tajskiej, o których mam jak najgorsze mniemanie. Gdybym się nie spodziewał, to być może byłbym w szoku. A tak, żadnego zaskoczenia nie było. Dzieło Johna McTiernana zostało sprofanowane, żeby nie powiedzieć odarte ze skóry niczym ofiary przybysza z gwiazd, pozbawione wszystkiego co dobre i wartościowe.
Grupa archeologów-amatorów odwiedza stare ruiny świątyni położonej gdzieś na obrzeżach kraju. W nocy spędzają czas na obserwowaniu sklepienia niebieskiego. W tym samym czasie na Ziemię spada deszcz meteorytów. Wkrótce okoliczne lasy zapełniają się kosmitami, z których większość nie jest przyjaźnie nastawiona do mieszkańców Ziemi. Będzie to początek prawdziwego koszmaru…
…który trwa, bagatela, 109 minut. Tyle że już po pierwszych kilku minutach wiadomo, że "Unhuman" jest bardzo kiepską i nieudolnie zrealizowaną kopią "Predatora". Twórcy nawet nie starają się ukryć, skąd wzięli pomysł na film i skąd zaczerpnęli takie a nie inne wzorce mające dodać atrakcyjności wizualnej stronie filmu. Widać to właściwie na każdym kroku, bo zarówno sam scenariusz, jak i użyte w filmie środki filmowe nie pozostawiają co do tego żadnych złudzeń. W niektórych momentach miałem ewidentne uczucie deja vu: jedna ze scen jest właściwie kopią sceny z filmu McTiernana, w której oddział komandosów niemalże wycina pół dżungli, starając się trafić obcego. Zresztą nawet sam widok z perspektywy przybyszów: na przemian raz - czerwony, raz – zielony (czemu dodatkowo towarzyszą, rzekomo nastrojowe, dźwięki imitujące bicie serca) nie pozwalał nie myśleć o podobnych rozwiązaniach zastosowanych w "Predatorze". W dalszej części twórcy starają się co prawda urozmaicić całość wprowadzając nowe wątki: uwięzienia obcych i prowadzenia nad nimi badań, co kończy się wielką strzelaniną w laboratorium (tutaj miałem z kolei pewne skojarzenia z "Obcym 2"), ale na nic się to zdaje. W drugiej połowie bowiem akcja zaczyna się koncentrować na parze przyjaźnie nastawionych obcych, wciśniętych w kiczowate gumowe kombinezony. Potem jest w sumie jeszcze gorzej, bo pojawiają się pojedynki pomiędzy złym a dobrym szamanem, a nawet wzruszające sceny zgonu jednego z przybyszów. Cały ten natłok, ta nieustanna lawina wątków i pomysłów, powoduje, że ta mierna produkcja całkowicie się rozlatuje. Ale i tak najlepsze pozostawiono na koniec. Korci mnie, żeby o tym napisać, ale powstrzymam się. Być może jest w Polsce drugi taki osobnik, co to twardo eksploruje tajskie kino grozy w najgorszym wydaniu…
W "Unhuman" zwraca też uwagę arsenał środków czysto filmowych: bogaty i wyraźnie wzorowany na komercyjnym kinie, tyle użyty w sposób zupełnie przypadkowy i nieprzemyślany. Miło, że tajscy twórcy pokazują, że wiedzą jakie współczesne triki filmowe można wykorzystać, ale zapominają, że trzeba z nich korzystać z głową i umiarem. Notoryczne użycie zwolnień, przeplatanych co jakiś czas przyspieszeniami, serie nachalnych zbliżeń czy wariacje rozdygotanej kamery wcale nie świadczą o wysokim kunszcie filmowym, wręcz przeciwnie. Niestety kino tajskie przyzwyczaiło już do tego typu standardów, stąd wskazywanie wszystkich mankamentów nie ma większego sensu, bo tekst rozszerzyłby się o kilka długich akapitów. Dlatego pozwolę sobie wspomnieć jedynie o koszmarnej charakteryzacji obcych. Kiedy przypomnę sobie jakie arcydzieło stworzył Stan Winston i porównam je z tym, co popełnili twórcy "Unhuman" to chce mi się wyć z rozpaczy. Obcy poprzebierani w gumowe kostiumy, które raz przypominają wściekłe goryle z rozrośniętymi kłami, drugi raz… sam nie wiem co, przywodzą mi na myśl stare czarno-białe filmy klasy Z, w których mogliśmy obserwować sporo takich właśnie prześmiesznych postaci. Jakby tego było mało, w "Unhuman" machają one kończynami, prężą się bezpośrednio do kamery, tańczą na ruinach... Na koniec jeszcze tylko słowo o gore, którego jest tutaj całkiem sporo. Niestety powyszarpywane wnętrzności czy sikająca z ran krew prezentuje się tak samo jak praktycznie całe tajskie kino grozy – sztucznie i nieprzekonująco.
Może brzmi to jak kolejny przykład złego filmu, który można by puszczać na festiwalach, aby widownia mogła poryczeć ze śmiechu, ale zapewniam, że to tylko pozorne wrażenie. Byłoby dobrze, gdyby można było zaliczyć "Unhuman" właśnie do kategorii "tak zły, że aż dobry". Niestety, poważne potraktowanie tematu i długi czas projekcji całkowicie wykluczają taką możliwość. Dlatego poprzestanę na stwierdzeniu, że lepiej po raz setny sięgnąć po "Predatora" niż po raz pierwszy po "Unhuman". I niech to będzie najlepsze ostrzeżenie, żeby omijać ten film szerokim łukiem.