Recenzja horroru

Trick or Treats (Gra i zapłata)
Tytuł oryginalny:
Trick or Treats
Reżyseria:
Gary Graver
Scenariusz:
Gary Graver
Obsada:
Jackie Giroux, Chris Graver, David Carradine, Carrie Snodgress, Steve Railsback
Kraj:
USA
Rok produkcji:
1982
Czas trwania:
75 min.
"Summer Camp Girls", "Soaking Wet", "Barbara the Barbarian" – filmografia pana Roberta McCalluma pełna jest podobnie fantazyjnych tytułów, które jak się zapewne domyślacie są filmami porno. Prawdę rzekłszy stanowią one dziewięćdziesiąt procent reżyserskiego dorobku McCalluma, którego prawdziwe nazwisko brzmi Graver. I dobrze kombinujecie kojarząc go ze złowieszczym gniotem o nazwie "Moon in Scorpio", bo to właśnie ów typ spod ciemnej filmowej gwiazdy wydał to bezeceństwo na celuloidowy świat. Ci którzy mieli nieszczęście zapoznać się z tym obrazem z pewnością drżą na samo jego wspomnienie. Jednak wyobraźcie sobie, że istnieje coś gorszego, utwór przekraczający granice okrucieństwa w stosunku do widza. Film tak zły, iż samo jego istnienie to obraza dla X Muzy. Lękam się nawet czy aby jakiego bluźnierstwa nie popełniam tą recenzją. Pocieszam się tylko, że czynię to w dobrej wierze, chroniąc Was w ten sposób przed "Trick or Treats"!
Nim wyjawię czym tak naprawdę jest pochodząca z doskonale przetłumaczonego tytułu oryginalnego "gra" i "zapłata", rzucę nieco światła na bujne, pełne golizny życie jakie wiódł zmarły na raka w listopadzie 2006 roku, Gary Graver. Biografia tego pana to iście filmowy materiał, a po jej przeczytaniu, aż dziw bierze, że twórca "Moon in Scorpio" nigdy się nie wyuczył reżyserskiego fachu. Można by to na siłę usprawiedliwiać powojennym szokiem, gdyż Graver służył w Wietnamie, ale nie tacy stamtąd wracali i świetnie sobie radzą po dzień dzisiejszy (Oliver Stone, Tom Savini, Tim Thomerson). Poza tym Graver nie skupiał się wyłącznie na reżyserce próbując swoich sił jako scenarzysta, montażysta, producent, aktor, oświetleniowiec i przede wszystkim operator filmowy, co zaowocowało długoletnią współpracą z Orsonem Wellesem. Będąc bardziej dokładnym, Graver towarzyszył autorowi "Obywatela Kane’a" aż do śmierci w 1985 roku, maczając palce we wszystkich projektach mistrza począwszy od "An Evening with Orson Welles", kręcąc w między czasie "lody" na boku. Jednakże praca z legendą kina nie przyniosła artystycznego olśnienia, a jedynie nie popartą żadnym warsztatem kpinę za kpiną.
W jednej z takich fuszer o tytule "Trick or Treats", będącej popłuczynami po "Halloween", Orson Welles figuruje jako "magical consultant". Niestety nie mam bladego pojęcia cóż ta funkcja na planie filmowym oznacza. Może forma duchowego wsparcia dla reżysera, który w tym wypadku poległ nawet na polu najbardziej mu znanym, czyli zdjęciach. Czarne jak smoła kadry wypełniają znaczną część filmu. Nie widać twarzy, sylwetek, szczegółów gotowych podsycić suspens, ogólnie ciemno jak… w horrorze Gravera – aż się chce powiedzieć (zapewniam, iż widać tam znacznie mniej niż w miejscu, które Wam pierwsze przyszło na myśl). Oczywiście cierpi na tym widz, bo przecież nie fabuła, jeśli można tak w ogóle nazwać ten zlepek beznadziejnie zestawionych obrazów, z których większość to seria makabrycznych żartów, jakie rozpuszczony chłopaczyna o imieniu Christopher (w tej roli syn reżyser) zgotował swojej opiekunce. Pozostawiona z nim sama w noc Halloween dzielnie znosi coraz to okrutniejsze żarty i tajemnicze telefony. W tym samym czasie bliżej niezidentyfikowany świr ucieka z zakładu zamkniętego przebierając się za pielęgniarkę. Łaknie krwi i zdecydowanie czuć to pragnienie, gdy błądzi po mieście zaczepiając przechodniów zapytaniem o kierunek, nadal przyodziany w damskie ciuszki. Co więcej, mimo, iż jego przebranie dalekie jest od doskonałości, naśladuje kobiecy głos, stając się żenującym przebojem numer jeden w tej produkcji.
Jednak na tym nie koniec, gdyż podobnie alogiczne momenty to esencja "Trick or Treats". Niechaj przykładem podsumowującym absurdy scenariusza będzie scena w zapchlonym pokoju montażowym, gdzie dwie dzierlatki pracując nad nowym filmem grozy zastanawiają się jak długo owy gatunek będzie popularny. Ot tak sobie, pojawiają się znikąd, niczym reklamy w telewizji, serwują garść głębokich przemyśleń na temat roli montażysty w produkcji filmowej po czym wracamy do małego, przypominającego tłuściutkiego prosiaczka, Christophera i jego kolejnego dowcipu. Upiorne psoty nieznośnego wyrostka startują dokładnie w 22 minucie filmu i trudno opędzić się od wrażenia, że jest ich znacznie więcej niż trupów w "Commando" Marka Lestera.
"…when Halloween night stopped being fun!" – głosi tagline na oryginalnym plakacie kinowym i trzeba przyznać rację jego autorowi, gdyż to przestaje być zabawne już po 15 minutach. Nawet odtwórcy ról drugoplanowych, znani i lubiani, staczają się na samo dno aktorskich umiejętności, przypinając czarną łatę na roku 1982 w swoich filmografiach. W fatalnym epizodzie pojawia się nawet twórca "Death Race 2000", Paul Bartel. Menel spijający wino w jego wykonaniu, podobnie jak reszta postaci nie wnosi nic dla uatrakcyjnienia treści, co ostatecznie klasyfikuje ten wyrób horroropodobny poniżej oceny niedostatecznej. Całe szczęście polski dystrybutor wideo wiedział co robi i w tytule "Gra i zapłata" umieścił sprytną przestrogę, w której "gra" to zabawa jaką reżyser podejmuje z widzem. "Zapłata" to cierpienie jakie widz znosi próbując dotrwać do końca zabawy.