Recenzja horroru

Horror Transamerican Killer

Transamerican Killer

Tytuł oryginalny:

Transamerican Killer

Reżyseria:

Mack Hail

Scenariusz:

Mack Hail, Jim Mills

Obsada:

Cara Jo Basso, Bishop Mann, Monique Chachere, Alixandra Agar

Kraj:

USA

Rok produkcji:

2004

Czas trwania:

84 minut

Horror Transamerican Killer - zdjęcie 1Horror Transamerican Killer - zdjęcie 2Horror Transamerican Killer - zdjęcie 3Horror Transamerican Killer - zdjęcie 4Horror Transamerican Killer - zdjęcie 5Horror Transamerican Killer - zdjęcie 6

Wydawałoby się, że w temacie psychopatycznych morderców, których setki przewinęły się przez fabuły produkcji gatunkowych, nie da się powiedzieć wiele nowego. Wszyscy znamy sprawdzone schematy - traumatyczne przeżycie w dzieciństwie lub młodości i wariat z rzeźnickim nożem gotowy! W "Transamerican Killer" niby też tak jest - młody mężczyzna zostaje porzucony przez dziewczynę, która odchodzi do kobiety. Ale potęga miłości wielką jest i nasz bohater obiecuje, że dla wybranki zmieni się. Hmmm... biorąc pod uwagę tytuł filmu, można się spodziewać intrygującego pomysłu. Taak... bardzo... Tak głupkowatego filmu nie widziałem już dawno. Nie oczekuję od horrorów z dolnej półki zbyt wiele, bo przecież właśnie w idiotycznych rozwiązaniach leży największy urok filmów robionych za równowartość kartonu Johnie Walkera.

Po dramatycznym zerwaniu, kiedy Jamie dostaje kilka ciosów w twarz, bo Bobby jakoś nie może przyjąć do wiadomości rozstania, dziewczyna wyjeżdża do Las Vegas. Tam żyje jej nowa miłość - czarnoskóra tancerka erotyczna. Zresztą Jamie również pracuje jako striptizerka, w końcu żadna praca nie hańbi (choć kiedy czasem pomyślę o reżyserach niskobudżetowych produkcji, to się zastanawiam nad prawdziwością tego powiedzenia). A Bobby zgodnie z obietnicą postanawia się zmienić. Nie mniej ni więcej tylko... przechodzi operację zmiany płci. Następnie rusza tropem ukochanej do światowej stolicy hazardu. Tam obserwując ją z ukrycia powoli zaczyna rozprawiać się ze scenicznymi partnerkami Jamie. W końcu przecież miłość to uświęcone tradycją prawo do wyłączności na organy seksualne partnera, czyż nie? Zazdrosny szał chłopaka owocuje kilkoma zgonami striptizerek. W końcu jednak musi dojść to konfrontacji dwójki głównych bohaterów. A w roli rekwizytu wystąpi piła łańcuchowa i sporo czerwonej farby.

Ameryka to jest naprawdę dziwny kraj. Kraj ogromnych kontrastów - z jednej strony fundamentaliści religijni, przy których talibowie ojca Rydzyka to potulne owieczki, z drugiej radykalne ruchy emancypacyjne, które stale starają się poszerzać zakres wolności obywatelskich. "Transamerican Killer" powstał na przecięciu trzech trendów. Po pierwsze, przenikanie pornografii do kultury masowej - bohaterki filmu to striptizerki i reżyser daje widzowi okazję do obserwowania ich przy pracy. Witajcie w krainie soft porno i estetyce rodem z reklam sex-telefonów. Po drugie wzrost popularności horroru jako gatunku, szczególnie w wydaniu niskobudżetowym. Efekty specjalne w tej produkcji nie powalą nikogo - morderstwa są nudne i mało pomysłowe (może poza ostatnim). Po trzecie, wychodzenie z cienia kolejnych grup marginalizowanych i pojawienie się języka opisującego ich dążenia, czyli queer theory. No bo tylko na styku tych trzech zjawisk mógł powstać film tak idiotyczny w swym pomyśle. Ja rozumiem, że ta ziemia nosi szurniętych i to zdrowo, ale pomysł, że porzucony facet zmieni płeć, żeby biseksualna kochanka wróciła do niego? Są chyba granice fantazji i idiotyzmu scenarzystów. A może nie ma?

Sam film od strony realizacyjnej jest typowym niskobudżetowcem. Aktorstwo fatalne, scenariusz oprócz genialnego w swej głupocie pomysłu wyjściowego, przewidywalny "jak nie przymierzając paprykarz szczeciński". Jeśli ktoś się nastawia na oglądanie gorących lesbijskich scen również srogo się zawiedzie. Po pierwsze aktorki może nawet i nie najbrzydsze, ale umalowane jak pracownice podrzędnego burdelu w jakiejś zapomnianej przez boga i ludzi dziurze. Swoją drogą na plus filmowi trzeba zaliczyć nieoczekiwany efekt komiczny, gdy aktorki z tym koszmarnym makijażem wykonują tak zwane "normalne czynności" - chodzą do sklepu czy szpitala i gdzie tam jeszcze - powoduje to taki dysonans estetyczny, że gęba sama się śmieje. A babka Jamie, z którą dziewczyna mieszka, jakoś nie zauważa, że wnuczka chodzi wymalowana jak tania dziwka i chętnie wierzy, że jest kelnerką w restauracji. Po drugie, mimo że scen z założenia erotycznych jest w filmie całkiem sporo, to ich poziom odpowiada mniej więcej skrzyżowaniu "Trzech Szwedek w Bawarii" i tych krótkich filmików, które można obejrzeć po kolejnej powtórce "Murder to the Tune of the Seven Black Notes" Lucio Fulciego na Polonii 1. Moim zdaniem można się od patrzenia nabawić trwałego wstrętu do kobiet i seksu.

Mnie jednak najbardziej zainteresował sposób prezentacji odmiennych tożsamości płciowych. Co prawda co najmniej od czasu "Psycho" możemy mówić o queerowych bohaterach horrorów, ale tu mamy chyba chwilowe zwieńczenie pomysłów w tej kategorii. Ciekawiło mnie, czy po kilkunastu latach obecności tematyki queer w kulturze zachodniej, twórcy zdobędą się na przedstawienie czegoś odmiennego od znanej zbyt dobrze heteronormatywności. Innymi słowy, czy na ekranie będzie można ujrzeć homoseksualizm, biseksualizm czy transwestytyzm jako coś normalnego, nieproblematycznego. A gdzie tam! W końcu morderca jest osobą, która poddała się zmianie płci. Zresztą od początku było z nim coś nie tak - bicie swojej dziewczyny to niekoniecznie jest objaw szarmanckości i szacunku. Ale pomyślałem sobie, że przecież Jamie odchodzi w ramiona kobiety. Czyli szuka w relacji homoseksualnej tego, czego heteroseksualny związek dać jej nie mógł. Ale szybko okazuje się, że świat lesbijek to tak naprawdę samo zło - narkotyki, chciwość, zdrady i brak zaufania. Wrażliwa Jamie wkrótce zaczyna odczuwać to dotkliwie na własnej skórze. W końcu poznaje miłego chłopaka, który jest romantyczny, bo jego ulubionym filmem jest "Casablanka", a co za tym idzie jest idealnym potencjalnym partnerem na resztę życia. I tym oto sposobem "Transamerican Killer" wpisuje się tradycję restauracji zaburzonego porządku znanego ze schematu klasycznych horrorów. Powrót do normalności to obietnica heteroseksualnego szczęścia w ramionach przystojnego sanitariusza, do rytmu dialogów z klasycznego romansu. A ja się, kurwa, pytam, a dwie kobiety to już nie mogą żyć ze sobą długo i szczęśliwie? Albo dwóch facetów? Szkoda czasu na takie filmy. Nawet jeśli guzik obchodzą was takie nieco akademickie rozważania i szukacie dobrej rozrywki to i tak szkoda czasu :-)

Zainteresowanych tematyką queer w kinie odsyłam do ostatniego numeru Panoptikum 3(10)/2004, gdzie można zapoznać się z niezłym wyborem tekstów dotyczących funkcjonowania seksualnej odmienności na celuloidowej taśmie.

Ocena: 2-/6

Autor: grzEGOrz