Recenzja horroru

Horror Track

Track (Obława)

Tytuł oryginalny:

Traque

Reżyseria:

Serge Leroy

Scenariusz:

André G. Brunelin

Obsada:

Mimsy Farmer, Jean-Luc Bideau, Michael Lonsdale, Michel Constantin

Kraj:

Francja, Włochy

Rok produkcji:

1975

Czas trwania:

92 minuty

Horror Traque - zdjęcie 1Horror Traque - zdjęcie 2Horror Traque - zdjęcie 3Horror Traque - zdjęcie 4Horror Traque - zdjęcie 5Horror Traque - zdjęcie 6

Francja nie ma wielkiej tradycji na polu filmów gatunku, z pewnością, jednak i tam powstało parę perełek, które wciąż zaskakują swoją świeżością i bezkompromisowością. Jedną z nich jest bez wątpliwości "Obława" ("La Traque") Serge`a Leroya, zapomniany survival z 1975 r., o którym po raz pierwszy dowiedziałem się za pośrednictwem artykułu poświęconego znakomitej "Kalwarii" du Welza, dla którego "Obława" miała być wielką inspiracją. I rzeczywiście. "Kalwaria" przywołuje określone skojarzenia, więc zapomnijcie na moment o dekadenckich vampire-movies padre Rollina i o pretensjonalnych arty-szrotach, których francuska kinematografia dostarcza w nadmiarze, "Obława" zabierze Was w podróż do normandzkich lasów, gdzie w cieniach wysokich drzew i wśród bagnistych wrzosowisk francuska socjeta organizuje polowanie. Jednak gdy ich celowniki natrafią na zjawiskową Angielkę Helen Wells (w tej roli piękna Mimsy Farmer) zwykła wyprawa do lasu przemieni się w przejmujący dramat, który nie pozostawi Was obojętnymi.

Serge Leroy nie jest twórcą, którego nazwisko wpisało się w annały francuskiej kinematografii. Ot, zwykły rzemieślnik, który jednak parokrotnie wzniósł się nad przeciętność i dowiódł swojego talentu. "Les Passagers", francuska relektura "Pojedynku na szosie", "Attention: Les enfants regardent", drapieżny thriller z Alainem Delon i wreszcie "Obława", podobno najlepszy film Leroya, który najkrócej można byłoby określić jako "świadomą gatunkowo" "Regułę gry". Klasyczny film Jeana Renoira, słusznie uważany za jedno z najwybitniejszych dokonań X Muzy, opowiada o uczcie francuskiej burżuazji, w trakcie której dochodzi do mordu na zwykłym człowieku spoza elitarnych kręgów. Zbrodnia zostaje zatuszowana, a możni nadal mogą szczycić się swoją nietykalnością. Parafrazując znane sformułowanie, "uczta musi trwać dalej". Ten monument kina lewicowego znajduje w "Obławie" swojego kontynuatora, a polityczne konteksty zastąpiły reguły kina gatunku. W 1972 r. ekrany kin całego świata olśnił paraliżujący "Deliverance" Boormana, filmowy survival znalazł już swoje arcydzieło i określił gatunkowe "emploi". Na bazie francuskiego klasyka można było nakręcić zupełnie nowe, autonomiczne dzieło. Zresztą, czy przypadkiem jest, że operatorem "Obławy" został Claude Renoir, bratanek słynnego reżysera?

Już w pierwszych trzydziestu minutach Leroy po raz pierwszy uderza nas obuchem w twarz w scenie gwałtu dokonanego w zrujnowanej kapliczce na pięknej Angielce. Scenę pozbawia jednak wszelkich ozdobników, rezygnuje z pokazu gratisowej nagości i nadmiernej brutalności, filmując wyłącznie wykrzywioną w odruchu bólu twarz kobiety. Surowa sekwencja jest już pierwszym sygnałem taktyki obranej przez reżysera. Leroy zaniechując dramatycznych przejaskrawień i groteskowych zwrotów akcji, stawia przede wszystkim na realizm przedstawianych zdarzeń. Konsekwencje takiego podejścia są obopólne. Z jednej strony uznanie budzi pieczołowita charakterystyka postaci, aktorstwo jest bezbłędne (z wyróżnieniem Mimsy Farmer, którą wielbiciele gatunku mogą kojarzyć z głównych ról w "Czarnym kocie" Fulciego i w "Czterech muchach na szarym aksamicie" Argento), z drugiej strony wielu widzów może poczuć się po pewnym czasie znużona ciągłą wymianą dialogów przedstawicieli francuskiej "noblesse", którzy ścigając swoją ofiarę analizują na bieżąco sytuację, szukają wyjścia, konfrontują się ze sobą nawzajem i wyciągają własne, skrywane grzechy z przeszłości. To psychologiczne zabarwienie osłabia momentami tempo akcji (powinienem w tym miejscu ostrzec fanów bardziej radykalnych survivali), ale za to puenta staje się jeszcze bardziej frapująca. Stręczyciele portretowani przez Leroya nie mają w sobie nic z bezmyślnych katów, czy kanibali zamieszkujących górskie ostępy, jakich pełno w kinie gatunku. Ubrani w długie aż do ziemi palta, podbijane wełną chodaki, za nic nie chcą skalać swoich wymuskanych dłoni śladami ludzkiej krwi. Dlatego, prowadzeni ciągłymi wyrzutami sumienia i poczuciem zbrodniczej współodpowiedzialności, brną przez normandzkie lasy i trzęsawiska w pogoni za kobietą, która może wydać ich w ręce policji. Nie chcą jej zabić, to na pewno, nie mają żadnego innego celu poza obroną własnych interesów, jednak przez to ich marsz staje się jeszcze bardziej bezwzględny. Zamiast raz zdecydować się na dokonanie ostatecznego kroku, stosują taktykę "obławy": osłabiają, wycieńczają swoją ofiarę, chcąc ją w ten sposób zmusić do uległości. Nieświadomie przemieniają się w ten sposób w metaforyczne hieny, które tylko wyczekują odpowiedniego momentu, by rzucić się na pozostałą na ziemi padlinę.

Niech Was jednak formuła kina "opartego na faktach" nie myli. Wbrew obecnym tendencjom nie polega ona w filmie Leroya na bylejakości i kręceniu kamerą z ręki. Owszem, środki wyrazu ograniczone są do minimum, jednak pochód portretowany eleganckimi zdjęciami Renoira, dodatkowego komentarza nie potrzebuje. Wraz z bohaterami kroczymy przez wymarłe bezdroża francuskiej prowincji. Mijamy błotniste mierzeje, drogi poznaczone resztkami przegniłych konarów i parę zarośniętych pnączami zrujnowanych domów... Ta metoda "psychizacji" krajobrazu zostanie zwieńczona w "Kalwarii" du Welza, ale już w filmie Leroya okazuje się niezwykle skuteczną metodą na budowanie atmosfery grozy.

Jeśli już zdążyliście zapomnieć, że "Obława" to przede wszystkim czyste kino survivalowe, ostatnie dziesięć minut pozbawia wszelkich wątpliwości. Nie będę zdradzał, co przygotował dla widzów w swoim "podwójnym" finale Leroy, ale wiedzcie, że będą to sceny niezapomniane, które w pełni rekompensują parę scenariuszowych mielizn. Gdy więc akcja dobiegnie końca i ponownie zabrzmi eteryczny, przepiękny muzyczny theme Giancarlo Chiaramello w najlepszej tradycji włoskich giallo (szkoda, że wykorzystany tylko parę razy), gwarantuję, że będziecie siedzieli w fotelu nadal, dogłębnie wstrząśnięci, nie mogąc wydusić z siebie słowa. A czy nie na tym także polega siła wielkiego survivalu?

Ocena: 4/6

Autor: flagg