Recenzja horroru

Too Scared to Scream (Zdławiony krzyk)
Tytuł oryginalny:
Too Scared to Scream
Reżyseria:
Tony Lo Bianco
Scenariusz:
Neal Barbera, Glenn Leopold
Obsada:
Mike Connors, Anne Archer, Ian McShane, Leon Issac Kennedy, Ruth Ford
Kraj:
USA
Rok produkcji:
1985
Czas trwania:
95 min.
W hotelu "The Royal Arms" grasuje morderca, błysk rzeźnickiego noża nawiedza w snach jego mieszkańców, a nocny portier tylko się uśmiecha i cytuje Shakespeara. Jeśli ktoś ma ochotę na liczenie trupów oraz wybornie przewidywalną fabułę (zakończenie stanowi wyjątek), "Zdławiony krzyk" będzie doskonałym wyborem. Kino niezobowiązujące aczkolwiek w pierwszej godzinie niezwykle nudne, jednakże dla tych, którzy ją dzielnie przetrzymają, twórcy filmu zafundowali małą niespodziankę. Czy warto czekać? Myślę, że tak, pod warunkiem, że jest się zagorzałym wielbicielem slasherów, który ma problem z zagospodarowaniem wolnego czasu.
Tajemniczy napastnik systematycznie eksmituje lokatorów "The Royal Arms" na tamten świat. Swych zbrodni dokonuje rzeźnickim nożem, a jedyne co dane jest nam ujrzeć to para szarych rękawiczek jakie z reguły noszą portierzy. Wszystkie morderstwa mają miejsce na nocnej zmianie, więc gdy porucznik Dinardo rozpoczyna śledztwo, jego podejrzenia padają w końcu na nieco ekscentrycznego Hardwicka, który zawsze obejmuje "cmentarną szychtę". Nie mogąc dojść do konkretnych wniosków, policja umieszcza w hotelu swych ludzi, w tym uroczą Kate, która podejmuje się najtrudniejszego zadania, wybadania Hardwicka.
Film otwiera piosenka "I'll Be There" Charlesa Aznavoura, za której wykorzystanie Tony Lo Bianco powinien mieć obcięte uszy. Przy tak "memłowatym" kawałku nawet królikom się odechciewa. Typowa muzyka lat 80-tych wylewa się z ekranu bez ograniczeń, ale kino nauczyło nas, iż w niektórych wypadkach ma to swój urok, niestety "Zdławiony krzyk" do nich nie należy. Choć prawdę powiedziawszy, gdy tandeta przycicha, atakuje nas całkiem udana ścieżka dźwiękowa, stylizowana na kompozycje rodem z thrillerów lat 60-tych. George Garvarentz tworząc ją może nie wykazał się pomysłowością, lecz wyczucie ma niezłe. Widać to jednak dopiero w ostatnich dwudziestu minutach, gdy nuda ustępuje miejsca zaciekawieniu, a naszym umęczonym oczom ukazuje się warta zainteresowania opowieść. Dosłownie tak jakby przez pierwszą godzinę reżyser był nieobecny na planie. Charakteryzatorów też gdzieś poniosło, więc o jakimkolwiek gore można zapomnieć. Jedynie końcówka świadczy o tym, że mamy do czynienia ze slasherem, środkowe i początkowe partie to leniwie toczący się thriller o intrydze równie ciekawej co perforacja papieru toaletowego. Wszystko jest typowe, do przewidzenia, do bólu, a jednak to brzydkie kaczątko zaczyna dojrzewać, w paru chwilach nawet intrygować i nagle przestajemy myśleć o obrazie Tony'ego Lo Bianco jako o wybitnej fuszerce. Rozkręcają się nawet aktorzy, w szczególności Ian McShane, odtwarzający postać nocnego portiera Hardwicka, któremu po dobrych siedemdziesięciu minutach zabłysł obłęd w oczach. Z kaczątka łabędź nie wyrósł, ale ja dałem się nabrać na ten jedyny w całej akcji zwrot, który uratował "Zdławiony krzyk" od totalnej klapy.
Nie można natomiast tego samego powiedzieć o aktorach, którzy zdają się zachowywać tak, jakby parodiowali samych siebie. Najgorzej wypada w tej kwestii Anders Hove (filmowy Radu), podejmujący, co jakiś czas nieśmiałe próby naśladowania Maxa Schrecka. Dłonie ucharakteryzowane nieco na wzór tych, jakimi Schreck dysponował w legendarnym "Nosferatu" miały mu w tym pomóc, lecz jedyna funkcja, jaką udało im się spełnić, przynajmniej w moim przypadku, to zahipnotyzować do tego stopnia, iż nie mogłem oderwać od nich oczu. Nie dlatego, że zostały tak perfekcyjnie wykonane, wręcz przeciwnie, czekałem, aż te nienaturalne szpony zegną się w końcu jak prawdziwe palce. Niestety wymagałem zbyt wiele. Jednakże poza tym drobnym mankamentem, charakteryzacja to jedyne, na co nie można narzekać w tej produkcji. Mamuśka Radu jest na to najlepszym dowodem, u wrażliwych widzów może nawet wywołać torsje, szczególnie w scenie, gdy wróży z własnej flegmy (oj jak ja kocham takie babki!). Całość szczęśliwie wspomaga odrobina gore, zrastanie się głowy z tułowiem, wbijanie noża w czoło i przede wszystkim wymiotowanie krwią, ubarwia fabułę toczącą się z prędkością młyńskiego koła.
Obraz Lo Bianco, inspirujący się odrobinę w zakończeniu legendarną "Psychozą" Hitchcocka, to dzieło pozbawione wigoru, ożywające zbyt późno by zafascynować widza. Nagłe olśnienie reżysera i scenarzystów po blisko siedemdziesięciu minutach marudzenia, wiele nie zmienia, przez co "Zdławiony krzyk" mogę polecić jedynie zatwardziałym wielbicielom slasherów, a i oni zapewne uczynią po seansie kwaśną minę.