Recenzja horroru

Horror Ticks

Ticks (Kleszcze)

Tytuł oryginalny:

Infested

Reżyseria:

Tony Randel

Scenariusz:

Brent V. Friedman

Obsada:

Rosalind Allen, Ami Dolenz, Seth Green, Virginya Keehne, Barry Lynch, Clint Howard

Kraj:

USA

Rok produkcji:

1993

Czas trwania:

80 minut

"Kleszcze" – ów tytuł wywołuje u mnie szczeniackie wspomnienia, gdy jeszcze jako dzieciak łaziłem po rozmaitych wypożyczalniach i brałem do domu każdy horror, który wpadł mi w łapki. Jednym z takich filmów były "Kleszcze" – ongiś wielki przebój na polskim rynku kaset video, obecnie produkcja nieco zapomniana, nie mająca nawet porządnego wydania DVD w USA. Zapewne wielu z was pamięta mocny debiut Tony Randela "Hellbound: Hellraiser II" (1988) – niekiedy wśród miłośników filmowej grozy przeważają opinie, iż jest lepszy od kultowego oryginału Clive’a Barkera. Niestety od tamtego czasu Randel ugrzązł w bagnie kiepskiego niskobudżetowego horroru realizując takie przeciętniaki jak "Amityville 1992: It’s About Time" (1992) czy "Children of the Night" (1991). Po sporym sukcesie komercyjnym "Pająków" (1990) Franka Marshalla zaistniał krótkotrwały boom na filmy nurtu animal attack – w jego trakcie Randel poszedł za ciosem i nakręcił "Kleszcze". Od razu pragnę zaznaczyć, że w odróżnieniu do np. "Squirm" Jeffa Liebermana "Ticks" to czysty camp – horror zupełnie nie na serio, zrobiony dla zabawy, w którym broczące krwią i śluzem kleszcze zamiast przerażenia wywołują na twarzy widza uśmiech.

W zapyziałym miasteczku gdzieś w leśnej głuszy miejscowi farmerzy trudnią się hodowlą marihuany. Jeden z nich (prawdziwy weteran kina klasy B Clint Howard, m.in "Evilspeak", "Ice Cream Man") użyźnia swoje roślinki miksturą sterydów i innych chemikalii za pomocą maszyny napędzanej przez mysz. Specyfik wycieka z machiny i nieuchronnie zalewa jaja kleszczy powodując wzrost zarówno ich rozmiaru, jak i żądzy krwi. W międzyczasie para opiekunów trudnej młodzieży, Charles i Holly, zabiera grupkę dzieciaków do leśnej chaty nieopodal mieściny. Wśród nich są typowy nerd Tyler, czarnoskóry zawadiaka Panic, irytująca parka oraz zamknięta w sobie Azjatka. Na ich drodze staną nie tylko wyrośnięte pasożyty, lecz także plantatorzy marychy, którzy najpierw strzelają, a dopiero potem zadają pytania...

Oczywiście "Ticks" jest horrorem głupawym i do bólu przewidywalnym. Z drugiej jednak strony z jego fabuły nie da się wydobyć nic na serio, ba, należy ją traktować z przymrużeniem oka. Randel i scenarzysta Brent V. Friedman operują tutaj wyświechtanymi stereotypami: postaci wielokrotnie przechadzają się obok drgających śluzowatych jaj kleszczy nie zdając sobie sprawy z zagrożenia, parka nastolatków wymyka się z chatki do lasu na seks i tak dalej. Aktorzy bawią się wybornie odgrywając rutynowe role, a Seth Green ze spokojnego nerda przeobraża się w finale w herosa. Najciekawiej wypada Barry Lynch jako dbający o fryzurę farmer zwany Sir – toż to negatywny charakter rodem z komiksu, który, gdy dochodzi do kryzysu, zaczyna szaleć.

Głównym magnesem "Ticks" jest więc spora dawka gore i śluzu. Gigantyczne pajęczaki są rozdeptywane, czemu zwykle towarzyszy eksplozja krwi, palone wybuchają fontannami czerwieni, przysysają się do ludzkich twarzy, nóg itp. Moja ulubiona scena filmu rozgrywa się w biurze lokalnej pani weterynarz, gdy z ciała psa Brutusa wydostaje się pulchniutki od zwierzęcej juchy kleszcz i ma miejsce totalny chaos. Warto dodać, iż za naprawdę niezłe efekty specjalne odpowiada Doug Beswick ("Terminator", "Star Wars", "Gremlins").

Uogólniając na sam koniec, pomimo głupiutkiego scenariusza zwieńczonego beznadziejnym zakończeniem i kilku fabularnych zgrzytów (co do cholery stało się z szeryfem? zamordowano go ot tak sobie?) "Kleszcze" zauraczają i co najistotniejsze nie nudzą. To zaiste "prawdziwy horror roku 1993 !" – całkiem zabawny przypis z tyłu okładki VHS-a dystrybuowanego dawno temu przez Top Video. Mnie rozbroił jeszcze jeden: "Ten film na pewno nie zachęci do wyjazdu na Mazury !!!" Czy trzeba o bardziej dobitną rekomendację?

Ocena: 3+/6

Autor: Embalmer