Recenzja horroru

Things
Tytuł oryginalny:
Things
Reżyseria:
Andrew Jordan
Scenariusz:
Andrew Jordan, Barry J. Gillis
Obsada:
Amber Lynn, Barry J. Gillis, Bruce Roach, Doug Bunston, Jan W. Pachul
Kraj:
Kanada
Rok produkcji:
1989
Czas trwania:
83 minuty
Kanada mlekiem i piwem płynąca. Jak pokazuje przykład horroru Andrew Jordana "Things", Kanadyjczycy uwielbiają gasić pragnienie złocistym trunkiem. Zazwyczaj jasnym i obowiązkowo mocno schłodzonym. Najpopularniejsze kanadyjskie browary to Molson Canadian, Molson Export, Labatts Ice, Labatts Blue czy z tych smakowo lepszych Moosehead oraz Great Western Beer. Sporym powodzeniem cieszą się także piwa importowane jak np. wytwarzany na licencji Heineken oraz amerykańskie szczyny (Budweiser, Coors). W "Things" Don Drake i Fred Horton raczą się piwem co niemiara, a pusta lodówka staje się dla nich niewyobrażalnym koszmarem. Jeszcze większym, niż spragnione krwi mrówo-podobne stwory wyłażące z rozerwanego brzucha ciężarnego babsztyla.
"Things" otwiera surrealistyczna scena snu, w której Doug (Doug Bunston) mówi kobiecie skrytej za maską diabła, że pragnie jej dziecka. Ta rozbiera się do rosołu i podaje mu kołyskę, z której wyskakuje pazurzasta łapka i chwyta go (za jaja?). W tym miejscu drobna ciekawostka: w rolę naguski wciela się dziwka ze Scarborough nie życząca sobie pokazania twarzy. Do domu Douga zwalają się dwa sympatyczne piwożłopy: brat gospodarza, Don Drake (Barry J. Gillis) i jego kompan do picia, Fred Horton (Bruce Roach). Skoro nikt nie przybywa im na powitanie wskazane jest iść do lodówki po piwo i przy okazji odsłuchać kasety magnetofonowej z nagranymi na nią satanistycznymi inwokacjami (Don: "Jak ten dziwny film się nazywał? Ten, o którym zawsze gadasz...", Fred: "To wszystko zaczyna się, gdy odnajdują w piwnicy magnetofon z nagraniem demonicznych odgłosów..."). Wtem ni z gruszki, ni z pietruszki pojawia się Doug. Chłopcy, dzierżąc w dłoniach butelczyny z piwem, zasiadają do telewizora i oglądają fikcyjny horror gore "Groundhoug’s Day Massacre". Piwo i jucha leją się strumieniami. Don obraża film ("jaki głupi...") i występującego w nim doppelgangera i wnet, jak za uderzeniem magicznej różdżki, kompletnie ubrana królowa porno Amber Lynn zapowiada wiadomości na kanale 9 błądząc oczętami w poszukiwaniu pomocnych kartek. Doug robi kanapeczki dla gości, chwyta za browary (Fred: "Don, dlaczego nie przyniesiesz kilku bardziej zimnych sztuk?"), klnie i pierdzi. Nagle z sypialni żony Douga, Susan, dochodzi krzyk: jej brzuch pęka jak melon i z jego czeluści wydostaje się armia mrówczych stworów z ostrymi kłami, będących (jak się później okaże) owocem nieudanego medycznego eksperymentu. Doug i Don zamiast się tym przejąć otwierają kolejne browary i teoryzują, dlaczego zgasło światło. Fred gdzieś znika (Don: "Myślę, że wpadł do mysiej dziury bądź został wessany do trzeciego, czwartego albo piątego wymiaru"), Doug rzyga soczyście (za dużo piwa?), po czym obaj braciszkowie schodzą do piwnicy. Tam dochodzi do rzezi stworków, Don przypadkiem rozgniata bratu łeb młotkiem (nieudane bratobójstwo!), wychodzi stamtąd, chwyta za wiertarkę i hajda na kreatury. Z pomocą przybiega Fred i szlachtuje watahy potworków piłą mechaniczną. Totalna masarnia, zaprawdę powiadam wam. Kto przeżyje "Things"?
Ano właśnie kto? Czy znajdzie się wśród was ktoś na tyle odważny, by przetrwać ‘najgorszy kanadyjski horror, jaki kiedykolwiek nakręcono’. Ja przetrwałem to wątpliwej urody widowisko i mogę być z siebie dumny. Bo "Things" to apoteoza odrażającego kinematograficznego ścieku zalewająca widza od góry do dołu skrajną brzydotą i tandetą wykonania. Amatorskie zdjęcia, zniekształcona ścieżka audio, zatrważające aktorstwo, alogiczna fabuła, haniebny montaż – po prostu klasa w sobie. Drewniane dialogi brzmią jakby przpuszczone przez syntetyzer Casio, a akcja wlecze się niczym glut z nosa. Mrówcze stworki, od których roi się film, pełzną wolniej niż ślimak i bywają "śpiące" – ich rozbebeszone odwłoki wypełnia albo zielona breja, albo papierowa masa. Pojawiają się odniesienia do Traci Lords, George’a A. Romero, "The Evil Dead" i "Last House on the Left" ("On zwykł mieszkać w ostatnim domu po lewej...") oraz złowieszcze pytanie: "Czy toaleta spłucze się w ciemności?". Nie wolno zapomnieć o przewrotnym dowcipie Dona: "Jak otrzymać papierowe dzieci? Uwaga... uwaga... chwila na zastanowienie... jedziemy... Przelecieć bagażową!!!". "Things" rzekomo kosztował 30 000 dolarów: całość budżetu pewnikiem wydano na piwo, bo na co innego?
Mimo rzeki tandety wylewającej się z ekranu, zatykającej nozdrza smrodem, a usta fekaliami nie jestem w stanie oderwać się od "Things" i powoli staję się gorliwym wyznawcą horroru Andrew Jordana (witamy w klubie thingsites!). Żeby jednak w pełni doświadczyć zbawiennej mocy horrendalnego wymiotu z Toronto trzeba zakupić kilka skrzynek piwa, zaprosić przyjaciół/przyjaciółki na horrorowe party, rozlać złocisty nektar do szklanic i kwiczeć na czworakach ze śmiechu. 22 sierpnia 2008 roku Left Field Production pospołu z Cinema Sewer wydało "Things" na DVD z okazji 19 i pół lecia realizacji. Bonusy są smakowite: wersja z audio komentarzem, wycięte sceny, Amber Lynn na planie, spotkanie ekipy filmowej po latach, wywiady z Barry J. Gillisem i Brucem Roachem itd. Wydanie limitowane do 1000 egzemplarzy, także śpieszcie się z zakupem na www.things1989.com. Roztopienie mózgu po projekcji zagawarantowane!
5/6 dla piwoszy, 1/6 dla ludzi pozbawionych poczucia humoru czyli... 2+/6.