Recenzja horroru

Wicker Man, The (Słomiane Bóstwo)
Tytuł oryginalny:
The Wicker Man
Reżyseria:
Robin Hardy
Scenariusz:
Anthony Shaffer
Obsada:
Edward Woodward, Christopher Lee, Britt Ekland, Diane Cilento, Ingrid Pitt
Kraj:
Wielka Brytania
Rok produkcji:
1973
Czas trwania:
99 minut






Niewiele jest filmów grozy, które można określić wysoce nobilitującym mianem arcydzieła. "The Wicker Man" na owo zaszczytne odznaczenie z całą pewnością zasługuje, a pisze te słowa z mocnym przekonaniem. Dość powiedzieć, że film ten powalił mnie na kolana i nadal nie mogę wyjść z podziwu dla geniuszu reżysera i scenarzysty. Robin Hardy, podpierając się znakomitym scenariuszem Anthony'ego Shaffera zrealizował dzieło absolutnie mistrzowskie, które skłania widza do refleksji poruszając jednocześnie ważki problem odwiecznych konfliktów miedzy religią chrześcijańską a pogaństwem. "The Wicker Man" jest horrorem jedynym w swoim rodzaju, wręcz unikalnym, dostarczającym doprawdy niesamowitej porcji wrażeń.
Inspektor policji Neil Howie (Edward Woodward) otrzymuje anonimowy list w związku z tajemniczym zniknięciem 14-letniej dziewczynki. Rowan Morrison, bo o niej mowa, mieszkała na szkockiej wyspie Summerisle, na której zaginęła w dziwnych okolicznościach. Policjant udaje się na odległy skrawek lądu, aby przeprowadzić dochodzenie. Po przybyciu na miejsce ten gorliwy katolik doznaje szoku obserwując zachowanie mieszkańców wysepki. Wszyscy rezydenci Summerisle są poganami i kultywują stare celtyckie obrzędy. Owa społeczność zgodnie współżyje z naturą oraz jest otwarta, jeśli chodzi o ujawniane własnej seksualności. Howie jest zniesmaczony widokiem par bezwstydnie kopulujących ze sobą na cmentarzu, kobiet tańczących nago wokół ogniska czy dzieci uczonych w szkole przez ich nauczycielkę o fallicznych symbolach. Jedyny chrześcijański kościół na wyspie od dawna znajduje się w ruinie, a "prawdziwa wiara" (zdaniem Howiego) odeszła stamtąd wieki temu. Niepokój u policjanta wzbudza również dziwne milczenie mieszkańców odnośnie zaginionej dziewczynki - tak jakby Rowan nigdy nie istniała, pomimo wielu dowodów na to, że faktycznie przebywała na wyspie. Nie zważając na piętrzące się trudności Howie kontynuuje śledztwo, zdeterminowany odkryciem prawdy, a ta okaże się dla niego nieprawdopodobnie szokująca.
Z przedstawionego przeze mnie opisu fabuły można wywnioskować, iż w przypadku "The Wicker Man" będziemy mieć do czynienia z raczej konwencjonalnym horrorem z elementami okultyzmu oraz tajemnych obrzędów, ale takie rozumowanie jest nie do końca trafne. Przede wszystkim scenariusz autorstwa Anthony'ego Shaffera poraża inteligencją i wielowymiarowością, co więcej ocieka symbolizmem i cokolwiek ironicznym podejściem do tematu. Shaffer spędził setki godzin studiując stare celtyckie rytuały, a to zaprocentowało realistycznym pokazaniem obrzędów pogan w czasie rozwoju akcji. Znaczącym elementem filmu, obok którego nie można przejść obojętnie, jest doskonale wkomponowana w nastrój celtycka muzyka folkowa. Śpiewanie piosenek odgrywa niezwykle istotną rolę w życiu miejscowych wyznających wiarę w celtyckie Bóstwa. W "The Wicker Man" znajdziemy wiele niemalże surrealistycznych momentów, gdy film znienacka przeobraża się w radosny, upojny musical kipiący pieśniami wznoszonymi ku czci pogańskiej religii. Zdjęcia nieżyjącego już niestety operatora Harry'ego Waxmana (min. "Vampyres", "The Uncanny") są przecudowne i w wyrafinowany sposób oddają piękno szkockiego krajobrazu, w którym roi się jednak od niezwykłych sekretów.
Osobną sprawą do omówienia jest natomiast pierwszorzędne aktorstwo całej obsady. Zwraca na siebie uwagę szczególnie Edward Woodward jako chrześcijański policjant, wyalienowany w zupełnie obcej mu kulturze. Howie jest purytańskim obrońcą swojej wiary, potrafi być skrajnym ignorantem, jeśli chodzi o wierzenia innych, ale w zakończeniu filmu możemy odczuć do niego sympatię. Jego umysł wciąż pozostaje zamknięty na praktyki religijne wyspiarzy, a on sam ustawicznie odmawia im prawa do kultywowania innej, bluźnierczej według niego wiary, lecz ten kompletny brak tolerancji przypieczętowuje jego los. W tym miejscu widzimy jak reżyser Robin Hardy wespół ze scenarzystą subtelnie krytykują chrześcijaństwo jako religię całkowicie wyzutą ze zrozumienia dla obcych wierzeń. Tymczasem wróćmy z powrotem do obsady, bo jest o czym pisać. Prawdziwy weteran brytyjskiego horroru, znany głównie z licznych hammerowskich filmów wampirycznych o Draculi, Christopher Lee wybornie odtwarza postać Lorda Summerisle, swoistego władcy i zarządcy wyspy. To doprawdy osobnik o zaiste kompleksowym charakterze, który potrafi być jednocześnie czarujący i złowieszczy. Lee do dziś uważa ów występ za swą najważniejszą rolę w bogatym dorobku i trudno mi się z nim nie zgodzić. Z kolei Britt Ekland emanuje nieskrępowanym erotyzmem jako ponętna barmanka, u której gości Howie. Scena, gdy tańczy nago śpiewając pogańską piosenkę i próbując tym samym uwieść podglądającego ją policjanta należy do najbardziej erotycznych w historii kina grozy. Uff, ten moment naprawdę potrafi rozpalić do czerwoności. Diane Cilento oraz powabna Ingrid Pitt (znana zwłaszcza z roli lesbijskiej wampirzycy Carmilli w "The Vampire Lovers" Roya Warda Bakera) grają w tej kolejności miejscową nauczycielkę dzieci oraz bibliotekarkę. Urodzona w Polsce Pitt również i tutaj ma króciutką scenę rozbieraną, nie mam więc żadnych powodów do narzekania. Miłośnicy makabry będą jednak zawiedzeni, bo "The Wicker Man" nie zawiera ani kropli krwi. To horror, który po mistrzowsku operuje sugestią zgodnie z zasadą, iż boimy się najbardziej tego, czego nie widzimy gołym okiem. Samo zakończenie filmu wprawiło mnie w niemy zachwyt - jest na swój sposób wstrząsające, tragiczne i pozostaje w odmętach ludzkiej pamięci na długo.
Jeśli poszukujecie standardowej opowiastki grozy, to przygotujcie się na mocne rozczarowanie. Sportretowanie społeczeństwa pogan funkcjonującego z dala od moralnego czy chrześcijańskiego zbioru reguł jest na tyle wyraziste, iż może wkurzyć ortodoksyjnych katolików. To właśnie w dużej mierze sprawiło, że "The Wicker Man" został haniebnie pocięty przez cenzurę, aczkolwiek najobszerniejsza wersja (trwająca około 100 minut) Director's Cut jest obecnie dostępna na DVD.
Co jest zatem sacrum, a co profanum? Obejrzyjcie ten film i sami zadecydujcie...