Recenzja horroru

Unborn, The (Nienarodzony)
Tytuł oryginalny:
Unborn, The
Reżyseria:
David S. Goyer
Scenariusz:
David S. Goyer
Obsada:
Odette Yustman, Gary Oldman, Meagan Good, Idris Elba
Kraj:
USA
Rok produkcji:
2009
Czas trwania:
87 minut
Co może przyciągnąć widza do kina? Znane nazwiska w obsadzie, głośny reżyser, nośny temat, ciekawy i przykuwający uwagę plakat? W przypadku "The Unborn" sprawa jest oczywista. Nie, wcale nie chodzi mi o występ Gary Oldmana, którego nazwisko nawet w najmniejszym stopniu nie jest wyeksponowane w materiałach promocyjnych filmu (czemu nie ma się co dziwić, ale o tym później). Trzeba twórcom przyznać, że jeśli istnieje ideał budzącego zainteresowanie plakatu, to ten do "Nienarodzonego" jest bardzo owego ideału blisko. Nie nazbyt dosłowny, a jednak obiecujący bardzo wiele, odwołuje się do typowo męskiej widowni (by nie powiedzieć młodzieńczej, nabuzowanej hormonami, o spoconych rękach). No cóż, od ponętnej pupy Odette Yustman trudno oderwać wzrok. Ale jak to bywa z dobrymi plakatami, często film który reklamują nie jest nawet w połowie tak dobry jak jego opakowanie (z ostatnich przykładów "Shrooms"). Niestety, chciałoby się, żeby obraz który nakręcił David S. Goyer był choć w połowie tak dobry jak perypetie grupki Amerykanów po kontakcie z irlandzkimi grzybkami halucynogennymi. "Nienarodzony" bowiem to filmowa katastrofa.
Casey zaczyna doświadczać coraz bardziej niepokojących wizji. We śnie i na jawie spotyka niesamowitego chłopca o upiornie bladej twarzy, który chce przekazać jej jakąś wiadomość. W wyniku prywatnego śledztwa okazuje się, że może być to wizja brata dziewczyny, który urodził się martwy. Ale czy ktoś, kto się nigdy nie urodził tak naprawdę może prześladować żywych? Okazuje się, że historia ta sięga o wiele głębiej, a w tle mamy Shoah, obozy koncentracyjne i żydowskie demony.
Ten nieszczęsny plakat... Mam z nim problem, bo jest przykładem prymitywnego marketingu, gdzie kobiecym ciałem można zachwalać cokolwiek, nawet jak najbardziej odległe skojarzeniowo od atrakcyjnej nagości (a że facetom to się wszystko w z dupą kojarzy, to każdy produkt, który reklamuje goła babka kupią – tak przynajmniej zdają się myśleć, pożal się boże, spece od marketingu). O ile w przypadku przywołanego na wstępie "Lęku" Paddy Breathnacha plakat bardzo dobrze korespondował z treścią filmu i był pomysłowo zrobiony (choć wcale oryginalnie, bo motyw czaszki nadużyty jest do niemożliwości), to przy "Unborn" prymitywny pomysł nie ma żadnego uzasadnienia fabularnego. Na zasadzie, że głupie samce i tak pójdą do kina. Czego niżej podpisany smutnym dowodem. No, ale nie ma się czemu dziwić – producentem filmu jest Platinum Dunes, maszynka do zarabiania pieniędzy. Sam reżyser mówił: "piękne w trzymaniu z Platinum jest to, że Michael [Bay] ma zagwarantowaną określoną liczbę kin i nikt nie będzie cię rozstawiał po kątach w kwestiach marketingowych". Przepis na sukces wydaje się więc prosty – ociekająca seksualną obietnicą kampania promocyjna i zagwarantowana szeroka dystrybucja (do chwili obecnej 16 milionów dolarów zainwestowane w obraz przyniosło ponad czterokrotność tej kwoty dochodu).
Zostawiając jednak seksistowską akcję promocyjną - czytając wywiady z reżyserem można było przypuszczać, że ma do opowiedzenia całkiem ciekawą historię. Goyer tłumaczył, że zainteresował go pomysł złych duchów, które są starsze niż ludzkość, które nie przynależą do żadnej religii, bo były na świecie zanim jeszcze pierwszy człowiek pochylił głowę przed jakimkolwiek bóstwem. Scenarzysta i reżyser w jednej osobie przyznaje, że to jego pierwsza próba nakręcenia czystego horroru (bo na w swoim resume ma i "Blade Trinity" i "The Invisible" na krześle reżyserskim oraz scenariusze do całej trylogii Blade, a także do Batmanów Nolana). Podobno "Nienarodzony" zaczął się jako ciąg luźnych skojarzeń – obrazów i wizji, które Goyerowi wydawały się przerażające, straszne, niepokojące. Reżyser wypisał je sobie na kartce i postanowił nakręcić film, zapomniawszy przy tym, że nie będzie realizował surrealistycznego, afabularnego eksperymentu, tylko historię o duchach. W efekcie widz dostaje straszne (w mniemaniu scenarzysty "Kickboxera II") obrazki posklejane w niechlujną całość sztampową historyjką, która aż skrzypi od banałów, klisz i zapożyczeń. Jest to o tyle zaskakujące, że Goyer jest wcale utalentowanym scenarzystą (wspomniane Batmany) i do tego świadomym ograniczeń konwencji i wyzwań za nią stojących. W wywiadach mówił np. "[slashery lub filmy pokroju "Saw"] potrafią być szokujące, ale żeby przerażać , film potrzebuje realistycznego zakotwiczenia". Realizmu próżno szukać w "The Unborn". Historia, którą obraz opowiada nie ma wiele sensu, kolejne rewelacje kto jest kim i jak się ma do fabuły przyjmuje się zdziwionym uniesieniem brwi. Jest tu kilka ciekawych koncepcji, jak na przykład zestawienie rabina i księdza, którzy razem muszą stawić czoła złu. Bo przecież, gdyby na chwilę założyć istnienie demonów, to rozsądnym wydaje się przypuszczenie, że nie istnieje rozróżnienie na demony chrześcijańskie, żydowskie czy muzułmańskie. I gdyby w takim tonie Goyer zrealizował swój film to może drugim Mathesonem by nie został, ale oglądałoby się jego dzieło o wiele przyjemniej. Zamiast tego, reżyser każe dzwonić Casey do przyjaciółki i wspólnie zastanawiają się nad znaczeniem postaci występujących w jej snach.
Jeśli chodzi o straszenie widza, to "Nienarodzony" w rozpaczliwy sposób stara się polegać na generowaniu nerwowych podskoków u widza. Fabuła zmierza od jednej mozolnie, w sposób oczywisty i toporny budowanej "jump scene" do kolejnej. Wiadomo, że za którymś razem widz da się złapać na ten prosty mechanizm, kiedy mu nagle coś zza kadru wyskoczy i krzyknie "buuu". Ale to najmarniejsza z odmian strachu jakie kino może widzowi zaoferować. Jeśli tak rzemieślnicze podejście Goyer wykazuje w najbardziej wydawałoby się prostej kwestii, o napięciu i nastroju, które wymagają o niebo większych umiejętności, można zapomnieć. Dla osłody jest kilka niezłych efektów specjalnych spod ręki speców z KNB EFX.
Kwestia, która nie przestaje mnie zastanawiać po projekcji brzmi następująco – co u diaska robi w tej wymuszonej sztampie Gary Oldman? Analogia jest może niedokładna, ale skoro sam reżyser wspomniał o "Saw"... Danny Glover pojawił się w filmie Wana i Whannella jakby przez przypadek i kompletnie nie pasował do gatunku. Ponoć jeden z producentów znał Glovera i na zasadzie jakiejś dziwnej przysługi, gwiazdor "Zabójczej broni" pojawił się w niskobudżetowym horrorze. Goyer zakumplował się z Oldmanem podczas pracy nad Batmanami Nolana. W odróżnieniu od filmowego partnera Mela Gibsona, odtwórca roli Draculi ponoć przygotowywał się do zagrania postaci rabina Sendaka i spędził nawet miesiąc u boku żydowskiego uczonego w piśmie. Szkoda, że kompletnie tego na ekranie nie widać. I jak to się w takich przypadkach pisze, Gary Oldman po prostu odbierał swój czek. Reszta aktorów zdaje się także.
Pomysł leżący u podstaw "The Unborn" był całkiem ciekawy, ale rozwinięcie go i przełożenie na język filmu zaowocowało mierną historią, która nie potrafi zainteresować widza. Goyer nachalnie usiłuje wykreować klimat i nastrój, budować napięcie. Ale zdaje mi się, że słowa "nachalny" i "nastrój" niezbyt idą ze sobą w parze. Dla Platinum Dunes miał to być oddech od kręcenia remake’ów i zastrzyk świeżych pomysłów. Zamiast tego na ekranach kinowych wylądowała cieniutka opowiastka o duchach, która czerpie z "Egzorcysty" przefiltrowanego przez estetykę j-horroru. Nie warto zawracać sobie tym głowy, nawet dla pupy Odette Yustman.