Recenzja horroru

Texas Chainsaw Massacre 2, The (Teksaska masakra piłą mechaniczną 2)
Tytuł oryginalny:
The Texas Chainsaw Massacre 2
Reżyseria:
Tobe Hooper
Scenariusz:
Tobe Hooper, Kim Henkel, L.M. Kit Carson
Obsada:
Dennis Hopper, Caroline Williams, Jim Siedow, Bill Moseley
Kraj:
USA
Rok produkcji:
1986
Czas trwania:
89 minut
Większość recenzji filmu "Teksaska masakra piłą łańcuchową 2" ma jednoznaczną wymowę: "co za marnotrawstwo czasu i pieniędzy!". Pozornie, opinia ta wydaje się jak najbardziej słuszna. Część pierwsza jest filmem, który po prostu żadnej kontynuacji nie potrzebuje, który broni się sam sobą doprowadzając swoje tezy do wszelkich możliwych granic. W tym wypadku wszelkie kontynuacje, jak niegdyś w przypadku "Omenu", czy "Egzorcysty" są niewskazane. Rzecz zasługuje dopiero na uwagę kiedy sam reżyser postanawia wrócić do swojego pierwowzoru. Jakby zaznaczał, że nie dodał jeszcze ostatniego słowa.
Pewnego dnia para nastolatków, w trakcie pijackiego rajdu samochodowego po jednej z teksaskich szos, w ramach żartu, dzwoni do miejscowej rozgłośni. Nagranie to o tyle szczególne, że znana nam doskonale z pierwszej części rodzina zaraz potraktuje ich piłą łańcuchową z wiadomym skutkiem. Quasi-śledztwo rozpoczyna krewny jednej z ofiar masakry sprzed lat – miejscowy szeryf Lefty (w tej roli znakomity Dennis Hopper). Kontaktuje się z nim spikerka radiowa posiadająca główny dowód w sprawie – ostatnie nagranie zamordowanych młodych ludzi. W ramach współpracy godzi się puścić na antenie taśmę, by zabójcy nie czuli się bezkarni. Nie zdaje sobie tylko sprawy, że wyrzuty sumienia to ostatnia rzecz o jaką moglibyśmy podejrzewać naszych dobrych znajomych. W imię osobiście rozumianej sprawiedliwości, postanawiają pozbyć się wszelkich świadków i dowodów. Tej nocy, nasza teksaska spikerka z pewnością nie zapomni!
Za punkt wyjścia (przewrotnie) można wziąć ostatnią scenę, w której spikerka stojąc nad przepaścią, z obłędem w oczach wymachuje piłą łańcuchową, kopiując zachowanie Leatherface`a z finału pierwszej części. Scena ta nie jest tylko autoironicznym cytatem, odniesienie jest tak oczywiste, że możemy ją śmiało potraktować jako rodzaj odautorskiego komentarza. Kiedy pierwsza część stawiała wyraźny podział na "my" i "oni", tym razem Hooper zrywa z jakimkolwiek podziałem. W tym filmie szaleńcami okażą się wszyscy.
Dennis Hopper lata wymachując piłą łańcuchową ze swoją chorą misją posłania wszystkich do piekła. Rodzina Teksańczyków dzielnie mu wtóruje. Znany z pierwszej części Drayton Sawyer wygrywa konkurs na najlepsze chili. Biedne jury – nie dopatrzyło się w potrawie posmaku ludzkiego mięsa. Dziadek ponownie ćwiczy swoje zdolności posługiwania się młotkiem. Nawet Leatherface traci status tytanicznego bad guya – zakochany, tańczy z naszą bohaterką w wielce dwuznacznych okolicznościach. Poznajemy także jego wielce sympatycznego brata, prawdopodobnie po zabiegu lobotomii. Mówiąc krótko: witajmy w wariatkowie!
Reżyser jest konsekwentny i od strony formalnej. Nie wykorzystuje już środków wyrazu do podkreślania dystansu wobec bohaterów. Rezygnuje z para-reportażowej stylizacji, z rwanego montażu i ścieżki dźwiękowej.
Kiedy pierwsza część bazowała na strachu jako emocji prymarnej, na budowaniu napięcia, za cel obrała sobie wprowadzenie publiczności w stan niepokoju, ta ma skrajnie odmienną intencję: ciągłej prowokacji i wzbudzania niesmaku. Nieprzypadkowo akcja ma w dużej części miejsce w dawnym lunaparku. Swoimi korzeniami "Teksaska masakra piłą mechaniczną 2" tkwi głęboko w tradycji teatru grand-guignol, epatującego i zafascynowanego makabrą. Hooper stara się nieustannie łamać wszelkie możliwe granice, zaskakiwać widza kolejnymi chorymi pomysłami będącymi mieszanką kina gore, kina trash, horroru i komedii, a wreszcie (i tu tkwi istota) groteski. Nasze reakcje nieustannie mieszają się od niesmaku przez strach do śmiechu, jak w doskonałej scenie nawiązującej do "Pięknej i Bestii" Jeana Cocteau. To rodzaj maskarady, w której wszyscy nieustannie zmieniają przebrania i nic nie okazuje się tym, czym być powinno. Być może w ten sposób docieramy do istoty szaleństwa, w filmie, którym rządzi przypadkowość i gdzie wszelka prawda jest względna.
Ja takiemu postawieniu sprawy przyklaskuję: Tobe udowadnia, że sequel nie musi być tylko drętwą rewizją znanej już konwencji, ale opiera się na tym, że zmienia punkt widzenia. Przedstawia tezy znane z oryginału w nowym świetle. Tym razem, w krwisto-czerwonym blasku, są one widoczne aż nadto. Hooper rzeczywiście nie dodał ostatniego słowa.