Recenzja horroru

Spirits of Jupiter, The (Planeta oszalała)
Tytuł oryginalny:
The Spirits of Jupiter
Reżyseria:
Russell S. Kern
Scenariusz:
Russell S. Kern
Obsada:
Rex Cutter, James Aerni, Chopper Bernet, Carol Engel, Richard Fain
Kraj:
USA
Rok produkcji:
1985
Czas trwania:
103 min.
Mówiąc o najgłupszych horrorach w historii kina od razu przychodzą na myśl nazwiska typu Ed Wood, Ted V. Mikels, Bill Rebane czy też całe zastępy Tromitów z armadą nieprawdopodobnie debilnych tytułów. Spoglądając na okładkę filmu o nazwie "Horror of the Humongous Hungan", "Pterodactyl Woman from Beverly Hills" lub "Video Demons Do Psychotown", nie trzeba zagłębiać się w jego treść, by stwierdzić z czystym sumieniem, iż to solidna porcja kancery przyprawiona sporą dozą niekonwencjonalnego humoru. Jednak jak dobrze wiecie, podobne realizacje oraz wymienieni wyżej klasycy kiczu, zaskarbili sobie liczne grono wielbicieli, gotowych nieugięcie stać na straży dobrego słowa swoich idoli. Dzięki temu każda produkcja spod znaku "Z", która zabłysła niepowtarzalnym, jarmarcznym blaskiem w filmowym świecie, zdolna jest się wybronić z największej ilości zarzutów. Niejeden szturm przeprowadzony na pana Woda czy Russa Meyera zakończył się fiaskiem, wynosząc "oskarżonych" na coraz to szacowniejsze wyżyny kina.
Cóż jednak dzieje się z zapomnianymi tandetami, czy dopiero o tych filmach można powiedzieć, że są naprawdę złe? Zdecydowanie tak, gdyż każdy kicz dzieli się na dwie grupy: te, od których śmieje się gęba i te, od których bolą oczy. "The Spirits of Jupiter" absolutnie należy do drugiej kategorii, pozbawionej wspomnianego blasku, gwarantującego wiekuistą pamięć. Obraz Russella Kerna, nieokiełznany w swym kretynizmie, pozostawia daleko w tyle utwory jak "Robo C.H.I.C." czy "Zombie Brigade". Nie musicie nawet oglądać tego horroru, by w czasie rozmowy z przyjaciółmi na temat najbzdurniejszych filmów w historii, kiedy jeden przez drugiego będzie wykrzykiwał – "Plan 9 z kosmosu", Wy zawołacie – "Planeta oszalała". Wystarczy przeczytać tę recenzję do końca, a wszystko stanie się jasne. Nie obawiajcie się spoilerów, czegokolwiek bym nie zdradził i tak nie jestem w stanie zepsuć seansu, wyręczył mnie reżyser, który sam sobie stara się odpowiedzieć, ile jeszcze głupoty można zmieścić w stuminutowym filmie? Ja już wiem. Pojawia się tylko pytanie, jak wiele z tego będę mógł opisać słowami.
Oto historia o prawdziwym męstwie, która uczy jak wielkie znaczenie, szczególnie w chwili kryzysu, ma rodzina. Big Jim Drill przekonuje się o tym na własnej skórze, kiedy to w sennym miasteczku, dwóch zatrudnionych w jego kopalni górników popada w obłęd, dekapitują klienta pewnego baru. Wkrótce okazuje się, że psychoza rozciąga swe macki na innych mieszkańców, a to za sprawą planet w naszym układzie słonecznym. Wszystkie poczynają ustawiać się w jednej linii, doprowadzając ludzki ród do granic szaleństwa. Ci, którzy posiadają broń palną nie wahają się jej użyć, innym wystarczają proste narzędzia ogrodnicze. Niektórzy skaczą z krawężników na jezdnię, pewien mężczyzna krzyczy na przydrożne drzewo jakby było ignorującą go kochanką, a reflektanci sklepu mięsnego, zgodnym chórem naśladują wrzaski kobiety, której właśnie odcięto dłoń tasakiem. Cały ten koszmar rozgrywa się na oczach Jima i jego dzieci, niebawem uprowadzonych przez miejscowego szeryfa.
Oczywiście ów armageddon dawno został przepowiedziany, o czym informuje mieszkający w skorodowanym dźwigu karzeł, żenująco grany przez niejakiego Richarda Lune. Podobnie jak reszta obsady (za wyjątkiem Rexa Cuttera) absolutnego debiutanta. W swej mądrości komiczny niziołek obdarowuje Wielkiego Jima złotym talerzykiem, który trzymany na głowie, chroni przed zgubnym wpływem kosmicznego fenomenu. Dzielny Drill wkłada go pod kapelusz i rusza dojrzeć interesu. W położonej na wzgórzu kopalni już czekają rozwścieczeni pracownicy. Pozwala nam to ujrzeć kilka żałosnych bójek i naiwnych scen gore, przemykających okazjonalnie w czasie projekcji. Jedną z nich jest nieludzka sekwencja owczarka atakującego Jima. Rozjątrzone psisko wygryza mu oko, a zwisający organ, główny bohater zmuszony jest oderwać gołą ręką. Wszystko to jednak bardzo przemyślane. Wcielającemu się w rolę Jima, Rexowi Cutterowi, przykra rana pozwala zaistnieć jako namiastka Johna Wayne’a z obrazu "Prawdziwe męstwo". Cutter nawet stara się jeździć konno niczym Duke. Wyraźnie zadowolony rusza odszukać swoje pociechy przetrzymywane przez lokalnego stróża prawa, a pytającemu o cel podróży nieznajomemu odpowiada: "szukam syna i córki, on jest wysoki, ona ładna".
Całej błazenadzie przygrywa muzyka rodem z amerykańskiego westernu lat 50-tych, którą stworzyła jedyna w ekipie filmu, doświadczona w branży osoba. Urodzony w Boliwii, zmarły w 2005 roku, Jamie Mendoza-Nava, od połowy lat 60-tych komponował głównie do horrorów ("Garden of Dead", "Creature from Black Lake"), niestety w tym przypadku podzielił los pozostałych. Tandecie Kerna (znanej również jako "Planet Gone Mad") nie pomaga nawet tych kilka przyzwoitych ujęć powietrznych przemyconych do jego lichego przedsięwzięcia, a finał z horroru w szybkim tempie mutuje w klasyczne kino akcji. Nadal niepozbawione ciążącej nad kadrami głupoty, którą twórcy nieprzerwanie pielęgnują, przyprawiając widzów o kociokwik i zgrzytanie zębów. Jednak, aby przeżyć koszmar owego seansu trzeba się niezwykle postarać, gdyż obraz pana Kerna jest okazem szalenie trudnym do zdobycia.
A ten zaskakujący wykwit w ocenie koło jedynki, potocznie zwany plusem, przyznaję za odwagę, jaką Big Jim Drill wykazał wyrywając do końca własne oko.