Recenzja horroru

Spell, The
Tytuł oryginalny:
Büyü
Reżyseria:
Orhan Oguz
Scenariusz:
Servet Aksoy, Safak Güçlü
Obsada:
Ece Uslu, Nihat Ileri, Özgü Namal, Suna Selen
Kraj:
Turcja
Rok produkcji:
2004
Czas trwania:
90 minut
Nagły wzrost popularności filmowego horroru w drugiej połowie lat 90. przyniósł ze sobą nie tylko wysyp wielu tytułów oraz pojawienie się nowych twórców, ale również doprowadził do ożywienia gatunku w krajach, gdzie nie miał on właściwie żadnych tradycji. Oczywiście na pierwszy plan wysuwa się Polska z nieudolnym, fajtłapowatym projektem Mariusza Pujszo pt. "Legenda", ale gdy zaczniemy podróżować palcem po mapie świata okaże się, że nie jesteśmy osamotnieni. Krajem, gdzie również na nowo sięgnięto po horror jest z pewnością Turcja, która stara się obecnie dość regularnie wypuszczać na rynek kolejne pozycje gatunku.
I chciałoby się powiedzieć, że są to obrazy po które sięga się z przyjemnością i zaciekawieniem. Po zapoznaniu się z częścią z nich ("Araf", "Okul") można z przykrością stwierdzić, że nie nadają się one do oglądania nawet przez zatwardziałych fanów grozy. Wśród nich "Büyü" ("Urok"). Pierwsza od lat próba nakręcenia czystego gatunkowo horroru w Turcji, pomimo swoich dość negatywnych ocen, film okazał się w jakiś sposób wyróżniać na tle reszty produkcji. Nie jest to wielkie osiągnięcie tamtejszej kinematografii, z pewnością nie dorównuje "The Serpent’s Tail", jak na razie najlepszemu horrorowi z Turcji, jaki miałem okazję oglądać, ale jest to swego rodzaju ciekawy sposób, aby spędzić wieczór z lokalnym kinem nie licząc przy tym na intelektualne zaangażowanie czy spektakularną rozrywkę.
Początek jest nader obiecujący. Pod osłoną nocy młoda mieszkanka wioski udaje się do miejscowej czarownicy, gdzie rozbiera się i zostaje okaleczona kolczastą gałęzią. Świeża krew jest potrzebna do odprawienia magicznego rytuału i rzucenia czaru, w efekcie którego pewien mężczyzna (najwyraźniej mąż kobiety) morduje dziecko. Przenosimy się w czasie i obserwujemy grupkę archeologów, która zamierza odnaleźć wioskę i przeprowadzić w niej serię wykopalisk. Po drodze doświadczają serii niepokojących zdarzeń, a gdy docierają do celu szybko poznają powód, dla którego okoliczni mieszkańcy wystrzegają się tego miejsca.
A widz przekona się wkrótce, że czar pierwszej sceny zaraz pryśnie. Po interesującym wstępie, rozpoczyna się dość powolne pierwsze 40 minut filmu, w którym nikt nie zazna żadnych specjalnych atrakcji. Reżyser stara się podtrzymać zainteresowanie posługując się kilkoma ciekawymi (dwa złowieszcze księżyce) oraz nieciekawymi (atak nieznanego insekta) pomysłami, ale po blisko połowie seansu zaczyna się odczuwać, że czegoś tu brak. I wcale nie chodzi o krwawe urozmaicenia, bo te akurat są – głowa odseparowana od ciała i przytwierdzona do drewnianych drzwi mówi sama za siebie – jednak można odnieść wrażenie, że reżyser zapomniał o elementach suspensu i zagrożenia, co pozwoliłoby poczuć prawdziwy dreszcz emocji. Niestety reżyser nie potrafił wykorzystać takich atutów, jak chociażby lokalizacja, która wydaje się, że powinna wręcz pomagać w kreowaniu odpowiedniej atmosfery. Miał też do dyspozycji praktycznie nieograniczoną materię w postaci bliżej nieokreślonej klątwy, która spowija owo tajemnicze miejsce. Zamiast tego wymaga by widz truchlał z przerażenia głównie przy zagrywkach, które nawet przeciętny widz uzna za oklepane. Czasem Orhan Oguz pozwala sobie jednak na odrobinę ekstrawagancji i oto próbuje straszyć wyskakującym nagle z opuszczonego domu hula-hop (sic!), które zresztą w chwilę później zmienia się w bryłę skalną. Efektu takich zabiegów zapewne się domyślacie. Jakby tego było mało w "Büyü" nakłada się na siebie kilka wątków: klątwa rzucana przez wiedźmę, motyw zemsty, notabene również przy wykorzystaniu magii, czy odkrycie znaleziska, które uwalnia złe moce. Wszystkie te wątki przenikają się wzajemnie, jednak są poprowadzone tak niekompetentnie, że widz gubi się w tym wszystkim. Zapewne ten element tajemnicy, niewiedza co do źródła okrutnych wydarzeń miała być jednym z mocniejszych punktów, ale efekt jest odwrotny, co zresztą spotęgowała, mało jak dla mnie zrozumiała, końcówka.
Ale dość pastwienia się nad reżyserską niefrasobliwością Orhana Oguza, który ewidentnie najlepsze lata ma już za sobą – w końcu pracował na koszmarnym materiale, który otrzymał od scenarzystów. Ponadto, gdyby każdy horror rozliczać z umiejętności sensownego łączenia wątków, to większość twórców musiałaby iść z torbami. Pomijamy też inne niedociągnięcia, czy zbytnie wpatrzenie się w kino amerykańskie, czas przyjrzeć się pozytywnym stronom "Büyü". Niestety, nie ma ich za wiele. Opuszczona wioska to doskonała lokalizacja dla horroru, zwłaszcza jeśli łączy się to z wykorzystaniem tureckiego folkloru opartego na magii. Bardziej dynamiczne tempo akcji w drugiej części filmu w pewien sposób rekompensuje mało żwawe początek. Na plus zaliczyłbym również rozwikłanie zagadki dotyczącej popełnianych mordów (nie mylić z końcówką, o której pisałem powyżej!). Przyznaję, że choć przemknęło mi to przez głowę to jednak byłem lekko zaskoczony. Gdzieniegdzie przemknie również przed oczami, zwłaszcza pod koniec, jakiś interesujący kadr. To wszystko. Gdyby to była produkcja amerykańska nie wahałbym się postawić niższej oceny, ale zawsze specyficzny, regionalny produkt może liczyć na większą przychylność z mojej strony. Poza tym naprawdę oglądałem masę dużo gorszych filmów w życiu. Ot, chociażby, wspomniana we wstępie "Legenda".
Pomimo swojej bardzo przeciętnej zawartości, "Büyü" i tak zapisze się w historii tureckiego horroru, a to ze względu na tragiczny pożar, który wybuchł podczas premiery filmu w kinie w Istambule, a podczas którego ucierpiało ponad 100 osób. To oczywiście zaowocowało medialnymi doniesieniami, że nad filmem ciąży autentyczna klątwa i przysporzyło obrazowi fantastycznej reklamy. A stąd droga do komercyjnego sukcesu była już dość krótka, bo przecież wszyscy chcieli przekonać się na własne oczy, jak się prezentuje "przeklęty" film. Gdyby nie ten pomyślny dla promocji wypadek, większość dawno by już o "Büyü" zapomniała.