Recenzja horroru

Skull, The
Tytuł oryginalny:
The Skull
Reżyseria:
Freddie Francis
Scenariusz:
Milton Subotsky
Obsada:
Peter Cushing, Christopher Lee, Patrick Wymark, Jill Bennett
Kraj:
Wielka Brytania
Rok produkcji:
1965
Czas trwania:
85 minut






Dobrze się stało, że drugi w dorobku słynnej brytyjskiej wytwórni Amicus horror ponownie trafił w ręce Freddiego Francisa. Reżyser przystąpił do realizacji filmu w tym samym roku, w którym ukończył pracę nad "Dr Terror House of Horrors", który jeszcze wtedy czekał na swoją oficjalną premierę. Zaufanie, którym go obdarzono opłaciło się, bo jego reżyserska sprawność oraz wrodzona kreatywność pozwoliła złamać dominację Hammera, którego wcześniejsze sukcesy za sprawą takich filmów jak "Dracula" (1958) czy "The Mummy" (1959) zapewniły jej pozycję czołowej wytwórni kręcącej horrory. Gdyby realizację powierzono komuś innemu, kto wie czy kiedykolwiek udałoby się stworzyć dla niej realną alternatywę i czy niektóre z tytułów kina grozy kiedykolwiek by powstały. To niewątpliwa zasługa zmarłego w 2007 roku Freddiego Francisa, że produkcje Amicusa są obecnie rozpoznawane przez większość fanów gatunku. Co prawda zazwyczaj kojarzymy je głównie z antologiami, ale nie mam wątpliwości, że również i "The Skull" pozwolił wytwórni zaistnieć na rynku filmów grozy.
Doktor Christopher Maitland jest kolekcjonerem wszelkich przedmiotów związanych z wiedzą tajemną. Pewnego dnia jego stały dostawca proponuje mu zakup czaszki rzekomo należącej do Markiza de Sade. Zafascynowany mężczyzna nie słucha swojego kolegi, który radzi mu, aby trzymał się od niej z daleka i postanawia za wszelką cenę wejść w jej posiadanie. Bagatelizuje przestrogę, że każdy kto wejdzie w posiadanie czaszki mimowolnie ulega jej zgubnemu wpływowi. Kiedy orientuje się w sytuacji jest już zdecydowanie za późno by wyswobodzić się ze zniewalającego oddziaływania Markiza de Sade.
Ta w sumie nieskomplikowana historia, oparta na opowiadaniu mistrza gatunku Roberta Blocha (autora literackiego pierwowzoru "Psychozy") została przekuta na scenariusz przez współzałożyciela wytwórni, Miltona Subotsky’ego. Niestety w jego ujęciu całość nie wyróżniała się specjalnie niczym ciekawym, a dość słabo nakreślone postacie nie stanowiły praktycznie żadnego wyzwania dla aktorów. Dopiero pod wpływem wizji reżysera scenariusz zmienił się w ciekawą opowieść o destrukcyjnym wpływie zła na osoby nim zafascynowane. Na dłuższą metę historia jest w stanie zaintrygować widza, głównie z uwagi na okultystyczną otoczkę oraz wykorzystanie postaci Markiza de Sade, jednak momentami dość wyraźnie kuleje. Zastrzeżenia można mieć przede wszystkim do jej finału, gdzie dało się już wyraźnie odczuć niedostatki scenariusza. Niektóre sceny wydają się trwać trochę za długo, są niepotrzebnie rozwlekane i rozbudowane, a konsekwencją tego jest fakt, że napięcie chwilami zaczyna opadać. Zresztą nie da się go przez dłuższy czas utrzymać, skoro kluczowe momenty trwają po kilka minut. Po bliższym poznaniu przyczyn takiego stanu, trudno się jednak temu dziwić. Ponoć kiedy wręczono reżyserowi gotowy scenariusz do "The Skull", całość historii można było zamknąć w 40 minutach projekcji. To że film trwa 85 minut zawdzięczamy właśnie Francisowi oraz przychylnej mu ekipie i aktorom. To również tłumaczy asymetryczność filmu, który w pierwszej części jest dość bogaty w dialogi, przez co staje się momentami nieco przegadany, a w drugiej jest ich praktycznie całkowicie wyzbyty.
Hipnotyczne oddziaływanie czaszki na bohaterów udziela się również widzowi. Co prawda w trakcie seansu nikt od razu nie sięgnie po nóż by dźgać swoich bliskich, ale reżyserowi udało się przykuć uwagę widza na tyle, że z pewnością ciężko będzie choć na chwilę oderwać się od seansu. Francis potrafił stworzyć wrażenie, że pozostałości Markiza de Sade faktycznie mogą mieć niszczycielski wpływ na psychikę i działania osób znajdujących się w jej posiadaniu, którzy pod jej wpływem zdolni są do najgorszych zbrodni. Doskonale widać to nie tylko np. w morderstwach, ale również w utrzymanej w kafkowskiej tonacji scenie sennego koszmaru, w której Peter Cushing zostaje doprowadzony przed oblicze władzy i zmuszony do zagrania w rosyjską ruletkę. To też wspaniały przykład prawdziwego kunsztu Francisa, który tak potrafi operować obrazem, że nie są konieczne żadne dialogi, aby widz mógł doświadczyć grozy sytuacji. Tego wrażenia nieustannego oddziaływania nie zmienią nawet sceny, w których czaszka zaczyna unosić się w powietrzu i przemieszczać z pokoju do pokoju. Zresztą w większości scen Francis oszczędza nam takich dosłownych atrakcji ograniczając się do pokazywania, że przedmiot zmienił miejsce położenia. Jedyne do czego można mieć jeszcze wątpliwości, to do nieco irytującej maniery aktorskiej Petera Cushinga, który nad wyraz gorliwie demonstruje emocje, jakie wywołują na nim szczątki Markiza. Choć trzeba mu oddać, że w kilku momentach potrafił też doskonale odwzorować rodzące wpływ złej siły emanującej z przeklętej czaszki. Skoro już wspomniałem o tej brytyjskiej legendzie kina grozy trudno nie napisać o innym znanym nazwisku, które pojawia się w obsadzie. Partnerem Cushinga na ekranie jest nie kto inny jak Christopher Lee, który w owym czasie grał główne role w najważniejszych filmach Hammera. Tutaj dla odmiany wcielił się w postać, która nie zabiera zbyt dużo ekranowego czasu, ale to, mimo wszystko, wystarczyło by aktor ze swoim przejmującym spojrzeniem i autentycznym niepokojem wyrysowanym na twarzy przyćmił swojego kolegę po fachu.
"The Skull" jest bardzo ładnie sfotografowany, a wrażliwość wizualna reżysera, który wcześniej dał się poznać jako dobry i zasłużony dla kina operator (pracując m.in. przy nadal u nas niedocenianym "The Innocents" Jacka Claytona), nie pozostaje tu bez znaczenia dla ostatecznego wyglądu filmu. Ci, którzy zdecydują się na seans, zapewne z niemałym zaskoczeniem przywitają niektóre rozwiązania, które zaserwował Francis. Użycie subiektywnej kamery oraz zdjęcia wykonane z perspektywy czaszki (swoją drogą kręcone przez samego reżysera) mogą wskazywać "The Skull" jako źródło inspiracji dla późniejszego, niewątpliwego klasyka gatunku jakim jest obecnie "Halloween" Johna Carpentera. Dobrym dopełnieniem jest również, dość charakterystyczna zresztą dla filmów tamtego okresu, elegancka, cokolwiek nieco podniosła muzyka skomponowana przez Elisabeth Lutyens. Typowo angielski wygląd filmu, dopracowana scenografia obejmująca gustowne wnętrza pełne rekwizytów i wytwornych mebli oraz delikatna gotycka nuta (w ujęciach cmentarza) bardzo dobrze oddaje nastrój opowieści.
Rzecz jasna dla większości współczesnego widza to nieco teatralne oblicze "The Skull", dość powolne tempo akcji, nieobecność gore czy sposób budowania atmosfery mogą się wydawać dość przestarzałe. Ale to film, po który przede wszystkim sięgną Ci, którzy mają już za sobą styczność albo z dokonaniami Hammera albo z późniejszymi, lepiej kojarzonymi antologiami Amicusa. Tyle, że współczesne kino, które bardzo daleko odeszło od formuły prezentowanej w latach 60., ma czego zazdrościć twórcom z tamtego okresu. Sprawność warsztatowa, nowoczesna technika i litry juchy to nie wszystko. Dzisiejszemu kinu brak tej dostojnej elegancji obecnej zwłaszcza w kinie brytyjskim, która nie dość, że potrafiła przykuć do ekranu ujmującą stroną wizualną, to była w stanie również w delikatny, ale niezwykle skuteczny i efektowny sposób poruszyć odpowiednie sznurki, które wywołują u nas dreszcz niepokoju i grozy.