Recenzja horroru

Skeleton Key, The (Klucz do koszmaru)
Tytuł oryginalny:
The Skeleton Key
Reżyseria:
Iain Softley
Scenariusz:
Ehren Kruger
Obsada:
Kate Hudson, Gena Rowlands, John Hurt, Peter Sarsgaard
Kraj:
USA
Rok produkcji:
2005
Czas trwania:
99 minut






Kiedy uwaga wszystkich śledzących premiery filmowe w Polsce skupiona była wokół bardziej rozreklamowanych filmów, które wchodziły w tym samym czasie na ekrany naszych kin, np. takim "Dark Water" czy też "Bękartach Diabła", niepostrzeżenie zawitał do nas niepozorny film, który okazał się być w miarę miłą niespodzianką. A przynajmniej chwilą oddechu od remake'ów, durnych teen slasher'ów czy wszelkich inne smrodów typu "Boogeyman", jakie ostatnimi czasy wypluwało Hollywood.
Caroline Ellis, młoda pielęgniarka, która po stracie ojca, poświęciła się ratowaniu innych, rezygnuje z zatrudnienia w szpitalu, gdzie zajmowała się ciężko chorymi pacjentami. Pragnie wyrwać się, zaznać trochę spokoju, nie rezygnując jednak ze swojego powołania. Postanawia przyjąć ofertę pracy poza granicami miasta w wielkiem domu, którego właścicielami jest małżeństwo Devereaux, Violet i Ben. Mężczyzna dopiero co przeszedł zawał, jest sparaliżowany i to właśnie nim ma zaopiekować się Caroline. Aby móc swobodnie poruszać się po olbrzymiej posiadłości młoda kobieta otrzymuje od gospodyni domu, uniwersalny klucz, który otwiera wszystkie drzwi. Wszystkie za wyjątkiem jednych, znajdujących się na strychu. Caroline dowiaduje się, że to właśnie tam mąż Violet dostał ataku. Kierowana ciekawością, postanawia otworzyć drzwi, których nigdy nie powinna była tknąć...
Pierwsze co przykuło moją uwagę to hasełko, które znalazło się na polskiej wersji plakatu: "Film twórcy >>The Ring<<". Patrzę i dostrzegam nazwisko Ehrena Krugera. Znając scenarzystę "Klucza..." od razu pojawiły się obawy co do jakości scenariusza. Kruger to pan odpowiedzialny za przekucie na dolary japońskich sukcesów na polu filmowego horroru, czyli zaadaptowania do warunków amerykańskich obu części "Ringu". Ma na swoim koncie również takie pomyłki jak "Krzyk 3". To nie wróży dobrze. Tym razem jednak wykazał się przynajmniej minimum inicjatywy twórczej i spróbował stworzyć coś innego (świadomie nie użyję słowa oryginalnego, bo byłoby to swego rodzaju nadużycie). Dobrze, że chociaż się starał, bo choć fabuła nie jest odkrywcza i skomplikowana to jednak jest na tyle przystępna, że może zostać uznana za interesującą. Historia rozwija się co prawda wolno, ale nie na tyle, żeby widz był zmuszony do ziewania, dłubania w nosie, czy czegokolwiek innego, co tam lubi robić, gdy go przynudza to, co dzieje się na ekranie. Zresztą jeśli dać owej historii szansę, to okazuje się, że jest ona, mimo kilku mankamentów dość ciekawa. Akcja rozwija się w spokojnym tempie, drepcząc sobie konsekwentnie w kierunku finału. Co jakiś przyspiesza kroku, lecz nie na tyle by złapać zadyszkę. Kiedy już dochodzimy do końcówki, nieoczekiwanie, niemalże na tacy, zostaje nam podany finał historii, który dopiero co za chwilę ma nastąpić. Będzie to zaskakujące i dziwne zarazem. Oczywiście pod warunkiem, że wcześniej się tego rozwiązania nie domyślimy, a to, zapewniam Was, wyjątkowo trudne nie jest. Mimo tego "Klucz..." nie jest drogą przez mękę, raczej przyjemnym spacerkiem z kilkoma atrakcjami.
Ku mojemu zdziwieniu, ale i zadowoleniu "Klucz..." rezygnuje z ekranowej pseudo-grozy, objawiającej się w nadużywaniu efektu "boo!" i innych współcześnie wypracowanych ekranowych zapychaczy. Stara się, choć z umiarkowanym skutkiem, skupić się na próbach wytworzenia klimatu, wciągniecia widza w opowiadaną historię. Nie do końca się to udaje, wiele elementów pozostaje zaniedbanych, porzuconych (np. miejsce lokacji - bagniska Luizjany - które mogłbyby być lepiej eksponowane), a reżyser nie ma odpowiedniej siły przebicia i nie zawsze to, do czego chciał przekonać widza, dociera do adresata. Tak jest na przykład z motywem luster, których brak jest na terenie całej posiadłości: jakoś nie udało się reżyserowi zaszczepić u mnie ziarna niepokoju tym faktem, choć to aż prosi się o dreszcz grozy. Jednak "Klucz..." nigdy nie staje się naprawdę przerażający, nigdy nie buduje realnego napięcia. "Bać się znaczy uwierzyć", jak zapewniają twórcy - chyba więc nie do końca uwierzyłem. Za mało jest tu też pazura, za mało gwałtowności, takiego mocnego uścisku, który choć na moment odebrałby oddech. Pomimo to ogląda się to zaskakująco przyjemnie, głównie ze względu na tematykę: magiczne proszki chroniące przed złymi duchami, kości zwierząt konieczne do tajemnych rytuałów, hipnotyzujące śpiewy i rytmiczna muzyka ludowa. Jak wiadomo temat voodoo czy w tym wypadku hoodoo, choć w gruncie rzeczy chodzi o coś wręcz identycznego (hoodoo to magia niepowiązana z religią, działa tylko, gdy się w nią wierzy), nie jest jakimś novum w kinie horroru (tytuł "Wąż i Tęcza" sam ciśnie się na usta), niemniej z radością powitałem powrót tej tematyki, bo "Klucz..." odnajduje się w niej całkiem przyzwoicie. Nie jest to może poziom wspomnianego filmu Cravena czy chociażby "Wyznawców Zła" ("The Believers", 1987), ale wypada lepiej niż np. zwycięzca zeszłorocznej edycji Horror Fiesty - "London Voodoo". Do całej tej magicznej otoczki dostajemy też tajemnicę zagnieżdżoną na strychu, dziwnie zachowującą się gospodynię, zagadkowe postępowanie chorego staruszka itd. I dobrze, wreszcie coś z innej beczki. Oglądanie po raz kolejny ducha z kruczoczarnymi włosami czy zamaskowanego mordercy wycinającego w pień niezwykle tępych nastolatków może już nużyć. Do tego jeszcze kilka ciekawych ujęć, w których np. kamera przedostaje się przez dziurkę od klucza.
Mimo że na kino hollywoodzkie nie patrzę przychylnym okiem, na mnie "Klucz..." wywarł, całkiem niespodziewanie, w miarę pozytywne wrażenie i nie mam zamiaru besztać każdego filmu tylko dlatego, że został stworzony w tzw. Fabryce Snów. Nie mam złudzeń, że został on skierowany do bardziej mainstreamowego odbiorcy (potwierdza to zresztą kategoria PG-13), nie oznacza to jednak, że nie sprawi on pewnej satysfakcji również tym, którzy na co dzień obcują z filmową grozą i pokrewnymi gatunkami. Oczywiście fani totalnej ekstremy z zażenowaniem odwrócą głowę oglądając "Klucz...", ale osobiście, dla równowagi, lubię czasem łyknąć taki produkt, aby później móc powrócić do "normalnych" horrorów. W ramach, że tak to ujmę, zbilansowanej diety. A "Klucz..." idealnie się do tego nadaje.
Na koniec dodam tylko, że ocenę jakości filmu można również odnieść do poziomu gry aktorskiej. W gruncie rzeczy jest dość przeciętnie, ale są nieliczne przebłyski, dające świadectwo, że niektórzy podchodzą poważnie do pracy nawet w takich, jakby nie patrzeć, mało znaczących obrazach. Tutaj wyróżniłbym Genę Rowlands, w roli gospodyni domostwa, która od samego początku wydaje się być nie do końca szczera w swoich intencjach w stosunku do Caroline. Wcielająca się w główną rolę, Kate Hudson nie budzi specjalanych emocji, może z wyjątkiem jednej sceny, która może ciut zainteresować męskie grono widzów.
Nie będę specjalnie polecał ani zachecał do zapoznania się z "Kluczem do Koszmaru". Jest sporo ciekawszych filmów do obejrzenia. Jeśli jednak już natkniecie się na opisywany tytuł można poświęcić 99 minut na ten w sumie przyjemny obraz. Prosty, nieszkodliwy, bezbolesny.