Recenzja horroru

Shrine, The
Tytuł oryginalny:
The Shrine
Reżyseria:
Jon Knautz
Scenariusz:
Jon Knautz, Trevor Matthews , Brendan Moore
Obsada:
Aaron Ashmore, Ben Lewis, Cindy Sampson, Trevor Matthews
Kraj:
Kanada
Rok produkcji:
2010
Czas trwania:
84 imnuty






Silna pokusa przekonania się na własne oczy jak postrzegają nas filmowi twórcy wystarczyła mi, aby zainteresować się "The Shrine" – kanadyjskim horrorem, którego praktycznie cała akcja dzieje się na naszych rodzimych ziemiach. Zobaczyć siebie czyimiś oczami to naprawdę coś niezwykle interesującego, przynajmniej dla mnie. Już sam zwiastun, daje piękny przedsmak tego, co możemy znaleźć w filmie. Jeśli ktoś jeszcze nie widział, to tym bardziej zachęcam, bo wtedy w pełni zrozumie czemu "The Shrine" po prostu trzeba zobaczyć.
Trzyosobowa grupa dziennikarzy wyrusza do Polski (Alvaina – zna ktoś?) w poszukiwaniu zaginionego turysty. Kiedy docierają na miejsce, spotykają się z dość chłodnym przyjęciem ze strony lokalnej społeczności, która nakazuje im opuszczenia wioski. Pomimo tego, reporterzy decydują się sprawdzić co kryje się w tajemniczej mgle w pobliskim lesie. Natrafiają na dziwaczną sektę, która składa ofiary z ludzi.
Jak widać rubieże Europy cieszą się wśród filmowców coraz większym powodzeniem.Co prawda od zawsze w kręgu zainteresowania znajdowała się Rumunia, ze swoją historią silnie przesiąkniętą wampiryzmem, w szczególności legendą o Draculi, jednak twórcy raczej nie kwapili się, aby wykorzystać potencjał drzemiący w innych krajach. Aż do momentu kiedy Eli Roth umieścił akcję "Hostelu" na Słowacji, dzięki czemu nie tylko pokusił się o oryginalność, ale również wywołał sensację i żywe reakcje zarówno wśród widzów, jak i tych którzy najprawdopodobniej nigdy filmu nie widzieli. Oto dzika Europa wschodnia, w której życie ludzkie nie jest warte splunięcia, gdzie nie obowiązują żadne prawa, miejsce o którym współczesna cywilizacja zapomniała i gdzie czai się zło w czystej postaci. Wydaje się, że Kanadyjczycy podążyli tym tropem, bo w ich ujęciu Polska w "The Shrine" jawi się jako kraj nieprzyjazny, nieznany, niebezpieczny i zacofany. Oczywiście jest w tym sporo świadomego przerysowania, co ma potęgować wrażenie zagubienia i czyhającego zewsząd niebezpieczeństwa. Niemniej trudno nie odnieść wrażenia, że znajomość polskich realiów u Kanadyjczyków jest dość znikoma, za co nie można ich tak do końca winić - no bo i skąd mają to wiedzieć . Nie mamy przy tym, co prawda, do czynienia z kuriozum a la "Fantom Kiler", niemniej jednak pewna elementarna wiedza by się przydała. Polski chłop wygląda jakby był potomkiem wikingów, gania za naszymi bohaterami z kuszą, jego córka paraduje w ubraniu na oko rodem z XIX w., które zresztą niechybnie kojarzyło mi się ze strojami dzieci z "Innych", a kobiety w wiosce robią pranie ręcznie w rzece. Wygląda to bardziej jak jakaś osada Amiszów, czy podobna społeczność (vide "Osada") niż prawdziwa polska wieś. Najzabawniej jednak robi się, kiedy zagraniczni aktorzy (na czele z Trevorem Matthewsem) próbują mówić w naszym ojczystym języku: wychodzą wtedy takie wspaniałości jak "natykmiast" albo "widzę ich, szybko, nie zwlekaj" (przy pościgu za zbiegami), nie wspominając już o samym zmaganiu się z akcentem, przez co czasami nasz własny język brzmi sztucznie i niezrozumiale. W tym kontekście dość zabawnie brzmią w uszach polskiego widza zapewnieni ekipy filmowej, że po komediowym "Jack Brooks…" zdecydowali się na realizację horroru na serio.
Wszystkie te łamańce językowe, których nie powstydziłby się Benedykt XVI, można, a nawet powinno się jednak odstawić na bok. To że ktoś nie umie się posługiwać nieswoim językiem, który zresztą do najłatwiejszych nie należy, nie oznacza, że należy od razu z miejsca dyskwalifikować cały film. "The Shrine" nie wyróżnia się jednak niczym specjalnym na tle innych pozycji gatunku, stanowi raczej przeciętną rzemieślniczą robotę, starającą się poskładać coś sensownego ze wcześniej znanych motywów zaczerpniętych z wielu znanych filmów grozy. Obok wspomnianego "Hostelu" łatwo wychwycić nawiązania m.in. do "Black Sunday" Bavy, "Draculi" Coppoli, czy też "Egzorcysty" Friedkina, a sam Knautz wskazywał jako źródło inspiracji również m.in. "Candymana" i "Carrie". Nie jest żaden hołd składany twórcom tych filmów, a raczej sprytny zabieg wtopienia do fabuły sprawdzonych patentów. Daleko filmowi Knautza do postmodernistczego ujęcia tematu, co być może mogłoby wyjść filmowi zdecydowanie na lepsze, ale nie ma też co narzekać. Pozostaje średniej klasy niskobudżetowy horror, która swoje funkcje czysto rozrywkowe spełnia. Tym bardziej, że mając świadomość ograniczonego budżetu "The Shrine" prezentuje się całkiem nieźle. Ekipa odpowiedzialna za "Jack Brooks Monster Slayer", Bookstreet Pictures, starała się, aby ich film wypadł bardzo profesjonalnie i w sumie ta sztuka im się udała. Mamy kilka niezłych efektów gore, przy czym reżyser nie boi się pokazywać np. zamordowanych dzieci, nieco atmosfery, w szczególności w pierwszej części filmu, podczas eksploracji tajemniczej mgły, w drugiej części dość dynamiczną akcję. Ten ostatni punkt to realizacja założeń, jaki postawili sobie twórcy przed jego nakręceniem: "Naszym celem było stworzenie fabuły, która, nieustannie się zmienia i ewoluuje", mówi o "The Shrine" Knautz, który jest odpowiedzialny również za scenariusz. Stąd też raz mamy do czynienia z czymś na kształt atmosferycznego filmu grozy, a raz z opowieścią o diabelskim opętaniu. Bardzo dobrze odnajduje się w tych klimatach Cindy Sampson, której byłbym w stanie wybaczyć nawet wszelkie ewentualne potknięcia językowe.
Tyle że, trzymając się cały czas porównania z "Hostelem", Eli Roth miał jednak lepszą wizję, większy budżet, szeroką reklamę i wsparcie samego Quentina Tarantino. To wystarczyło, aby odnieść spory sukces komercyjny i wzbudzić zainteresowanie filmem nawet słowackich polityków, którzy poczuli się urażeni przedstawioną w nim wizją ich kraju. "The Shrine" z pewnością nie wywoła podobnych emocji, to jednak nie jest ten poziom realizacyjny, ani ten rodzaj wstrząsu dla oglądającego. Dlatego dla polskiego widza film Knautza pozostanie ciekawą pozycją głównie za sprawą miejsca akcji.