Recenzja horroru
Sentinel, The
Tytuł oryginalny:
Sentinel, The
Reżyseria:
Michael Winner
Scenariusz:
Michael Winner
Obsada:
Chris Sarandon, Cristina Raines, Burgess Meredith, Ava Gardner
Kraj:
USA
Rok produkcji:
1977
Czas trwania:
92 minuty







Co najmniej od czasów sumeryjskiego eposu o zejściu bogini Inanny do świata podziemnego towarzyszy ludzkości przekonanie o tym, iż istnieją na ziemi miejsca, które stanowią naturalną bramę do zaświatów. Przejścia takie są zwykle dobrze ukryte i z reguły dobrze strzeżone. Takie właśnie miejsce, gdzie piekło przesącza się do naszego wymiaru niczym krew przez opatrunek opowiada "The Sentinel" w reżyserii Michaela Winnera. Na pierwszy rzut oka historia stanowiąca osnowę fabuły brzmi raczej jak zalążek scenariusza komedii romantycznej. Oto piękna, młoda i odnosząca sukcesy modelka Alison Parker, narzeczona przystojnego adwokata Michaela Lermana wprowadza się do wspaniałego apartamentu w zabytkowej kamienicy w Brooklyn Heights. Niestety każdy z elementów tego pozornie sielankowego obrazu kryje swoje drugie, mroczne oblicze. Alison Parker ma za sobą próbę samobójczą, jej narzeczony podejrzewany jest o zamordowanie swojej żony zaś sam dom, strzeżony przez zamieszkującego poddasze konsekrowanego strażnika z katolickiego Bractwa stoi na granicy dwóch światów, przy czym granica ta jest coraz mniej szczelna.
"The Sentinel" oparty jest na bestsellerowej podobno powieści Jeffreya Konvitza z 1974 roku. Niestety nie miałem okazji zapoznać się osobiście z powieścią, stąd pozostaje mi jedynie wierzyć opiniom, iż adaptacja filmowa została dokonana w sposób wierny, obejmując większość literackich wątków. Napisanie scenariusza i reżyserię powierzono Michaelowi Winnerowi, sprawnemu, choć mało subtelnemu rzemieślnikowi, którego najbardziej znanym dziełem jest "Death Wish" (1974) z Charlesem Bronsonem. "The Sentinel" jest jedynym horrorem w dorobku Winnera, co, niestety, widać. Jakkolwiek reżyser zarzeka się, iż wychował się na horrorach Uniwersalu i wie jak nakręcić dobry film grozy, ewidentnie brak mu wyczucia gatunku i nie potrafi sprawnie budować napięcia. I chyba właśnie ów brak wyczucia ze strony reżysera sprawił, że "The Sentinel" po osiągnięciu początkowego olbrzymiego dużego sukcesu kasowego szybko odszedł w niepamięć. A przecież był to film z wszelkimi zadatkami na arcydzieło. Przede wszystkim oparty był na popularnej powieści, co stanowi zwykle znakomity fundament do pracy adaptacyjnej oraz niezwykle pomaga w późniejszej promocji. Stylowych wnętrz w których rozgrywa się akcja filmu nie powstydziłoby się rasowe włoskie giallo. Ponura kamienica w której rozgrywa się większość akcji stanowi niemalże samodzielnego aktora. Obsada "The Sentinel" wprost oszałamia. Jest to międzypokoleniowa sztafeta gwiazd Hollywood: od Avy Gardner po Jeffa Goldbluma. Oprócz doświadczonych aktorów takich jak Burgess Meredith, John Carradine czy Eli Wallach w drobnych drugoplanowych rolach występuje cała plejada przyszłych gwiazd: Christopher Walken, Tom Berenger czy wspomniany już powyżej Jeff Goldblum. Również debiutanci trzymają wysoki poziom gry aktorskiej. Cristina Raines w roli Alison Parker jest tak śliczna i tak mocno zaangażowana w swoją rolę, że widz chętnie wybacza jej drobne potknięcia. Na marginesie należy zauważyć, że słabym elementem aktorskiej układanki jest niewątpliwie Chris Sarandon, którego bezbarwna kreacja nabiera rumieńców dopiero w samej końcówce filmu. (Podobno szef wytwórni skwitował "drewnianą" grę Sarandona pytaniem "kim jest ten grecki kelner udający prawnika?"). Fabuła, choć miejscami dość naiwna, jest ciekawa i wciągająca. Najmocniejszą stroną "The Sentinel" jest jednak sposób ukazania zła. Zło w filmie Winnera jest złem przez duże "Z". Kiedy pojawia się w życiu bohaterów przynosi ze sobą cały mroczny splendor zgnilizny i rozpaczy. Widać to zwłaszcza wtedy, kiedy próbuje kusić i przeciągać na swoją stronę. Nawet wtedy nie jest w stanie odrzucić swoje odpychającej natury. Nie ma tu miejsca na uwodzicielskie, zniewieściałe zło i diabła w garniturze maklera giełdowego. Widać to zwłaszcza w scenach związanych z seksem i erotyką, podawaną w wyjątkowo wulgarny i odpychający sposób. Majstersztykiem jest tu jedna z najsłynniejszych scen filmu- scena masturbacji rewelacyjnie zagrana przez duet D’Angelo-Raines. Diabeł występuje tu w średniowiecznej roli "małpy Pana Boga". Kusząc próbuje udawać dobro, jednakże nie mając o nim żadnego pojęcia wytwarza jedynie karykaturalna ułudę. Nie potrafi nawet udawać piękna, gdyż brzydota zła prędzej czy później przebija przez płytką pozłotę. Apogeum tej wizji stanowią końcowe sceny filmu, kiedy piekło otwiera swoje podwoje i wypuszcza na mroczne korytarze przeklętej kamienicy swoich zdeformowanych mieszkańców. Winner sięgnął tu po broń z której nie korzystano od czasu niesławnego "The Freaks" (1932) Toda Browninga – zamiast korzystać z efektów specjalnych zatrudnił prawdziwych zdeformowanych ludzi (przy czym należy zaznaczyć, że sam reżyser twierdzi, jakoby nie był to zabieg artystyczny a jedynie sposób na zmniejszenie budżetu). Efekt jest piorunujący i przywodzi na myśl najstraszliwsze wizje Hieronima Boscha. Dość powiedzieć, że obsada filmu odmówiła spożywani posiłków w jednym pomieszczeniu z tymi niezwykłymi aktorami. Swoista klamrę kompozycyjną stworzyła obecność na planie Burgessa Mereditha, który zagrał w "The Freaks" niewielką rólkę, w "The Sentinel" stworzył zaś niezwykle intensywną i niezapomnianą postać. Intensywność cechuje zresztą wszystkie sceny grozy w "The Sentinel" co stanowi o sile, ale i o słabości tego filmu. Z jednej bowiem strony każda z tych scen jest małą perełką horroru, której nie zapomnicie do końca swoich dni. Z drugiej zaś strony dysproporcja pomiędzy chwilami grozy a niskim tempem reszty filmu jest zbyt duża. Winner w najmniejszym stopniu nie potrafi budować atmosfery grozy i tworzyć narastającego napięcia, porównywalnego choćby z tym, co udało się osiągnąć Polańskiemu w "Rosemary’s Baby", opartym na zbliżonym materiale. Zabrakło artystycznego pazura oraz odrobiny zmysłu grozy, by stworzyć film na miarę wyżej wymienionego. Ta dysproporcja i związane z tym poczucie zmarnowanej szansy zadecydowały chyba o odejściu "The Sentinel" w zapomnienie. Mam nadzieję, że udało mi się przekonać Was, że niezasłużenie.