Recenzja horroru

Horror Retreat, The

Retreat, The (Martwy Krzyk)

Tytuł oryginalny:

The Retreat

Reżyseria:

Matt Cantu, Lance Kawas

Scenariusz:

Lance Kawas

Obsada:

Melissa Schuman, Scott Vickaryous, Carey Shawn, Michael McKiddy

Kraj:

USA

Rok produkcji:

2005

Czas trwania:

85 minut

Po seansie takich filmów jak "The Reatreat" odnoszę wrażenie, że amerykańskiego studenta od każdego innego różni nie tylko ilość pochłanianych rocznie hamburgerów, ale przede wszystkim to, że da się on przy nadarzającej się okazji poszlachtować w odludnym miejscu jakiemuś idiocie w masce. Jakkolwiek absurdalnie by to nie brzmiało, taki właśnie obraz rysuje się w mojej głowie po obejrzeniu kilku amerykańskich slasherów, w którym wypad młodych ludzi w odosobnione miejsce zawsze kończy się w identyczny sposób.

Grupka studentów wybiera się na weekend do opuszczonej chatki, aby beztrosko spędzić chwile imprezując w najlepsze: poszaleć w gronie przyjaciół, namiętnie się kochać, pić na umór (niekoniecznie w tej kolejności), ogólnie poużywać życia do woli. Nie zaplanowali jednak, że pewien nieproszony gość również ma ochotę się zabawić, tyle że ich kosztem. Młodym ludziom przyjdzie zapłacić za rozrywkę nieznajomego własnym życiem.

Gdyby Mario Bava wiedział, że pewne rozwiązania, które wprowadził w swoich filmach ("A Bay of Blood") dadzą zaczątek slasherom, które z kolei będą powielane w nieskończoność i wykorzystywane, aby na siłę tworzyć produkcje pokroju "The Retreat", pewnie poważnie by się zastanowił, czy warto narażać widza na takie mordęgi. Film Matt’a Cantu i Lance’a Kawas’a to po prostu najbardziej typowy z typowych slasherów, tyle że żenująco słabo wykonany. Zresztą wystarczy przeczytać powyższy opis, żeby mieć już pewne pojęcie, jak będzie wyglądał seans. Oczywiście w swojej naiwności, przez chwilkę wierzyłem, że może coś mnie zaskoczy. Kiedy jednak bohaterowie słyszą w drodze do celu, że jest to osamotnione miejsce, do którego nie dość, że prowadzi jedna jedyna droga, to jeszcze jest tak niefortunnie położne, że telefony gubią zasięg, wiedziałem już, że oryginalności w "The Reatreat" nie zaznam.

Na samym początku trzeba sobie dobitnie powiedzieć, że obaj panowie stojący za tym przedsięwzięciem nie powinni się brać za kręcenie horrorów. Porównywanie ich marnego gniota do kapitalnego "The Blair Witch Project" to skandaliczne nadużycie, którego nie sposób przyjąć do wiadomości. Panowie Cantu i Kawas mogą co najwyżej czyścić buty Daniel’owi Myrick’owi i Eduardo Sánchez’owi, bo ich film to marnie zrealizowany, prosty obraz, głupio i nieudacznie wykorzystujący atrybuty gatunku. I tak np. jedyną receptą na podtrzymanie napięcia jest wykorzystanie subiektywnej kamery oraz nachalne dodanie do tego odgłosu bicia serca, nasilającego się i przechodzącego w kołatanie w momencie popełnia mordu. W tle da się też słyszeć nieartykułowane dźwięki wydawane przez zabójcę. Aby jeszcze spotęgować horror zdecydowano się nasączyć "Martwy Krzyk" dawką gore - co jakiś czas chluśnie krew, ktoś zostanie zdekapitowany, jakiś członek zostanie na stałe oddzielony od ciała itd. Sztuczne i niedopracowane są te sceny, ale jeszcze można je przeżyć. Nie mogło się też obyć bez odrobiny golizny, ale naprawdę odrobiny. Na szczęście panie wyglądają względnie dobrze (mogę pisać jedynie z punktu widzenia męskiej części widowni), więc ogląda się je bez grymasu niezadowolenia na twarzy. Nie zdziwi Was zapewne, że żeńska część obsady znacznie lepiej się prezentuje niż wciela w role, co niestety poza małymi wyjątkami, stanowi przykrą regułę współczesnych slasherów. W kaleczeniu ról dzielnie wtórują aktorkom ich koledzy. Jeśli chodzi natomiast o tropy mogące wskazywać tożsamość mordercy to są one jednokierunkowe i serwowane w sposób dość nachalny. Podejrzewam, że widz zaufa jednak swojemu przeczuciu i sam rozgryzie zagadkę na długo zanim reżyser zacznie formować na ekranie jakiekolwiek podejrzenia co do konkretnej osoby. Dodam, choć to pewnie zbyteczne, że nie trzeba być jajogłowym Belgiem, Poirot’em, żeby wpaść na rozwiązanie tej arcytrudnej zagadki. "The Retreat" (znany również jako "Silent Scream") jest także dość nierówny, jeśli chodzi o tempo akcji. Najpierw morderca w przeciągu zaledwie pięciu minut dokonuje brutalnej rzezi na piątce młodziaków, by potem zrobić sobie dłuższą przerwę. Podczas tych dwudziestu minut niewiele się na ekranie dzieje. Potem sytuacja się powtarza. Dodatkowo reżyserzy upychają też miejsce na taśmie prezentując w migawkach sceny, które miały już miejsce. Rzekomo w celu przypomnienia zdarzeń, no ale przecież chyba każdy widz pamięta co się działo przed zaledwie kilkoma minutami.

Galeria postaci jest rażąco stereotypowa – gapowaty, zakompleksiony kujon, uwodzicielski bohaterski macho, charakterystyczna dla slasherów heroina itd. Nie muszę chyba dodawać, że poza ostatnią może wymienioną osobą cała reszta to nierozważne, niezaradne tłuki, których zabicie nie nastręcza większych trudności. Z kolei morderca skupia w sobie cechy superbohatera: rzuca siekierą niczym Winnetou, przemieszcza się w czasie i przestrzeni z nadspodziewaną płynnością i szybkością itd. To nie jest normalny morderca, to super morderca, brak mu tylko pelerynki do latania, że sparafrazuję zdanie z jednego z moich ulubionych filmów. Pewne wyjaśnienie takiego zachowania daje finałowe rozwiązanie, ale zmaganie się ze nadnaturalnymi zdolnościami złoczyńcy przez cały seans powoduje jednak trudności. Poza tym jego strój mający wzbudzać grozę jest, hmm, trochę mało wyrafinowany – zimowa kurtała oraz kominiarka nie budzi specjalnego strachu, nie mówiąc o tym, że jakoś dziwnie kojarzy mi się z "Ulicami Strachu".

W pewnym momencie stopień absurdu wydarzeń jest tak wysoki, że przemknęła mi przez myśl, że to zabieg celowy, że twórcy świadomie atakują widza głupotą, serwują mu bezsensowne rozwiązania, aby ponaigrywać się trochę z gatunku. Taka refleksja naszła mnie, gdy pomiędzy jedną falą morderstw a drugą, bohaterowie wyznają sobie miłość i oddanie w opuszczonej chacie, po czym mężczyzna oddala się by odszukać zaginioną przyjaciółkę, a w tle widać piękny wschód Słońca. Cóż za poruszająca scena! Jakoś nie chce mi się wierzyć, że ktoś naprawdę nie zdawał sobie sprawy jak żałosny obraz będzie to przedstawiało. Ale mogę się też mylić...

Wedle zalecenia na okładce DVD - "Módl się, żeby ktoś usłyszał twój krzyk!" – właśnie zaczynam żarliwie odmawiać pacierz, aby mój krzyk rozpaczy, usłyszeli Ci, którzy sprowadzili film na polski rynek: dość takich knotów! Oczywiście dobrze, że zdecydowali się na film mniej znany, ale naprawdę chyba można było poszukać horroru na wyższym poziomie. A przynajmniej rozeznać się w sytuacji – z tego co mi wiadomo film nie został do tej pory wydany w USA. Cóż, Amerykanie czasami wiedzą jednak, co robią.

Ocena: 1+/6

Autor: Mort