Recenzja horroru

Pit, The
Tytuł oryginalny:
Штольня aka Shtolnya
Reżyseria:
Lubomyr Kobylchuk
Scenariusz:
Oleksiy Khoroshko, Lubomyr Kobylchuk
Obsada:
Svitlana Artamonova, Pavlo Li, Sergiy Stasko, Olga Storozhuk, Vyacheslav Vasyluk
Kraj:
Ukraina
Rok produkcji:
2006
Czas trwania:
80 minut






Slasher to taka formuła, która cieszy się sporą popularnością mimo posuniętej do ekstremum kodyfikacji reguł rządzących fabułą. Czasem pojawiają się filmy, które próbują wziąc się za bary z wydawałoby się żelaznymi zasadami, jednak większość pojawiających się rokrocznie tytułów pozostaje im wierna. Nie ma się co dziwić, wszak to mówimy o kinie gatunku. Od indywidualnej wrażliwości i odporności na nudę zależy więc czym będziemy się kierować przy wyborze tego, co oglądamy. Po kinie amerykańskim mniej więcej wiadomo czego się spodziewać – niski do średniego budżet, młodzi aktorzy, który za kilka lat mogą błysnąć tu i ówdzie, niezła produkcja, a historyjka mniej lub bardziej znajoma. Osobiście więc niezbyt często sięgam po produkcje amerykańskie – opatrzyły mi się. Ciekawi mnie natomiast przenoszenie formuły stalk’n’slash na inny grunt. Efekty bywają różne. Ponieważ slasher wydaje się niezawodną receptą na film – atrakcyjni aktorzy, trochę niezobowiązującej golizny, krwawe zejścia z tego świata – przecież to proste! – często przyciąga on twórców początkujących, albo takich, którzy chcą zarobić większe pieniądze na, jak im się wydaje, głupkowatych widzach. Z jednej strony mamy więc obrazy takie jak kambodżański "Waterfall of Death", z drugiej polską "Legendę" (to już kolejny tekst, w którym przywołuję twór Mariusza Pujszo, ale pastwić się nad nim zamierzam długo i namiętnie). Jak sprawdziła się konwncja przeniesiona na grunt ukraiński?
Piątka uczniów, na oko licealnych, wybiera się na wycieczkę, by pod okiem profesora bawić się w archeologów. Niestety szczęście nie dopisuje młodzieży i żadnych cennych przedmiotów nie udaje im się wykopać. Na dodatek w niewyjaśnionych okolicznościach znika ich opiekun. Może, w poszukiwaniu statuetki Peruna, zszedł w czeluście położonego nieopodal bunkra? A gdyby tak to jego podopiecznym udało się znaleźć ów artefakt? Na pewno czekałaby na nich sława i być może bogactwo – na pewno zaś udałoby się uciec od szkolnej nudy. Tak więc piątka bohaterów z duszami na ramieniu zagłębia się w ciemności pamiętającej II Wojnę Światową fortyfikacji. Niestety, nie wszyscy wrócą żywi...
Jestem tylko konsumentem kultury masowej, z biznesem filmowym nie miałem nigdy nic wspólnego, dlatego może dziwnym mi się wydaje i pojąć nie potrafię – jak możliwe jest kręcenie tak sztampowych, źle zrobionych, nudnych i słabych filmów. Dlaczego kolejnym reżyserom wydaje się, że wystarczy wziąć jakiś modny czy aktualny temat (w tym wypadku odrodzenie fascynacji religiami pogańskimi u naszych wschodnich sąsiadów), pożenić go ze znaną formułą, a widzowie będą zachwyceni, bo wybuchowa mikstura tych dwóch składników zrekompensuje wszystkie niedostatki. Na obronę "Shtolnyi" można przywołać fakt, że jest to dzieło niskobudżetowe, więc należałoby je potraktowac pobłażliwie i ulgowo. No skoro tak, to może warto spojrzeć na film Kobylczuka okiem antropologa bardziej, niż złośliwego krytyka. Jak udanie bądź nieudanie Ukraińcy naśladują konwencje wymyślone w Fabryce Snów? Jakie lokalne smaczki wplatają w swoją fabułę?
Przede wszystkim widać, że reżyser miał tylko szkielet historii w głowie. Wyglądał on mniej więcej tak – bohaterowie chodzą po ciemnym bunkrze i kolejno giną. W drastyczny sposób. I jest strasznie. Bardzo. Wydarzenia, które wypełniają ów szkielet powodują albo grymas niedowierzania, albo radosny śmiech. Sceny, które na przykład mają za zadanie przedstawić bohaterów, określić kto jest kim wedle gatunkowych prawideł (kto wesołkiem, kto atletycznym sportowcem, która dziewczyna to królowa szkoły, a kto jest gikiem-odludkiem) rozczulają nieporadnością. Te, które pokazują jak biednym krajem jest Ukraina i z czym utożsamiany jest luksus i powodzenie – oto znajomy jednego z bohaterów jedzie wypasioną furą w towarzystwie trzech baunsujących do jakiegoś upiornego bitu fruziek, a posługuje się antycznym Sony Ericsonnem, a wszystko to jest synonimem oczywistego luksusu – uzmysławia kontekst odbioru i skłania do myślenia o różnicach w jakości życia Amerykanów, Ukraińców i Polaków. A znowuż sceny, które mogą stawać w konkury z najidiotyczniejszymi pomysłami scenarzystó D-klasowych slasherów w USA (koszykówka jeden na jednego w bunkrze? Dlaczego nie! A dziewczyny oczywiście poprawiają makijaże w wątłym świetle latarki) najbardziej chyba bawią, bo są tak niedorzeczne, że nawet nie irytują. Takiego nieporadnego kopiowania schematów jest więcej, z efektem równie rozbrajającym. Bohaterowie jadą na miejsce spotkania z profesorem, ale skąd u diaska wiedzieli, gdzie się zatrzymać, skoro nie docierają do żadnego charakterystycznego punktu (polana, rozstaje dróg, cokolwiek w tym guście) – po prostu parkują pośrodku lasu. Zgodnie chyba z intecjami reżsera – ekspozycja jest? Jest! Przecież zaparkowali. A że bez sensu? Nie wymagajmy za wiele od slashera przecie! A już na pewno nie wiarygodności. Tak samo wyglądają owe ćwiczenia archeologiczne jak i eksplorowanie bunkra – wszystko umowne i pretekstowe niemal jakby Kobylczuk mrugał okiem do widza – nie zawracajmy sobie głowy głupotami. Problem w tym, że to co stanowi esencję slashera w "Shtolnyi", czyli morderstwa, wypada kiepściutko.
Bo film Kobylczuka ogólnie jest raczej kiepski. Nie wystarczy bowiem zamknąć swoich bohaterów w ciasnych korytarzach bunkra, by wywołać strach lub niepokój. A to, co prezentują na planie aktorzy jest ciężkie do strawienia. Choć trzeba przyznać, że aktorki wydzierają się w scenach zagrożenia tak, jakby chciały krzykiem zburzyć mury bunkra. Ta intensywność nadaje obrazowi powiewu autentyczności. Ale tylko powiewu i tylko na moment. Logika wydarzeń kuleje, postaci zachowują się najdziwaczniej jak tylko można, a rozwiązanie akcji to kolejna okazja do szczerego śmiechu. Na to wszystko nakładają się dialogi, które powodują kolejne parsknięcia śmiechem. Tylko operator kamery daje radę, jak na tego rodzaju obraz i zdjęcia są wcale przyzwoite. Ale w największą konsternację wprawiła mnie piosenka, która leci podczas napisów końcowych. To hiphopowy (albo coś za hh mające uchodzić) kawałek, który opowiada w przybliżeniu (na ile moja kulawa znajomość rosyjskiego pozwala stwierdzić) wydarzenia przestawione w filmie. I na takie dictum ja zwyczajnie pozostaję bezradny i nie wiem co powiedzieć.
Nie ma co owijać w bawełnę i bawić się w półsłówka –"Shtolnya" to film słaby i rażący amatorskim podejściem do takich kwestii jak scenariusz czy gra aktorska. Chyba nie ma sensu sobie nim głowy zawracać, bo poza drobnymi szczegółami jest kompletnie nieodróżnialny od niskobudżetowych slasherów amerykańskich sprzed 25 lat. Gdyby nie język, w którym porozumiewają się bohaterowie, możnaby się nie domyślić, że to obraz ukraiński. No chyba że ktoś lubuje się w słowiańskich dziewojach w opałach, wtedy oczywiście seans dostarczy mu nieco wrażeń. Na koniec zaś do głowy przychodzi smutna konstatacja – za prawdopodobnie mniej niż jedna dziesiątego tego czym dysponował Grzegorz Kuczeriszka, Ukraińcom udało się nakręcić kiepski film, który jednak jest o kilka klas lepszy i bardziej oglądalny niż tragiczny w każdym aspekcie gniot pod tytułem "Pora mroku", z którym obraz Kobylczuka łączą tematyczne podobieństwa. Dalszego komentarza nie będzie...