Recenzja horroru

Outing, The
Tytuł oryginalny:
Scream
Reżyseria:
Byron Quisenberry
Scenariusz:
Byron Quisenberry
Obsada:
Pepper Martin, Hank Worden, Ethan Wayne, Ann Bronston, Julie Marine, Woody Strode
Kraj:
USA
Rok produkcji:
1981
Czas trwania:
86 minut





Opustoszałe ranczo widmo pamiętające czasy pojedynków rewolwerowców, galopu koni i barowych rozrób. Niszczejąca forteca. Drewniane szopy. Stajnie z pozostałościami sprzętu jeździeckiego. Bary, w których kiedyś bandyci pili whisky. Wszystko kompletnie wymarłe, jedynie śmierć grasuje po zakamarkach westernowego miasteczka mrocznych cieni.
"Scream" otwiera jedna z najbardziej dziwaczych sekwencji w historii gatunku. Wolno poruszająca się kamera ujawnia wiszące na ścianie malowidło oprawione w drewniane ramki, na którym widnieje statek przedzierający się przez wzburzone fale. Wyglądający na antyk zegar wybija dwunastą. Obok niego stoją trzy porcelanowe figurki: rzeźnika, piekarza i wytwórcy świeczników (a butcher, a baker and a candlestick maker z popularnej kołysanki). Dwie ostatnie pozbawione są głów, które leżą przy ich stopach, a miniaturowy tasak rzeźnika jest umazany krwią. Oczy figurki poruszają się... W trakcie spływu wodami teksańskiej Rio Grande dwunastka pechowych turystów zatrzymuje się na nocleg w westernowym miasteczku widmie. Gdy nastaje noc obozowicze zaczynają ginąć w niewyjaśnionych okolicznościach. Ranczo nawiedza śmierć...
Tajemniczy slasher Byrona Quisenberry’ego miał zadatki na naprawdę przerażający horror za sprawą wymarzonego wprost pleneru (słynne ranczo Paramount), niestety na dobrych chęciach się skończyło. Powstał jeden z najnudniejszych filmów grozy lat osiemdziesiątych; horror, który ogląda się w stanie bliskim apatii. Przez pierwsze pięć minut projekcji czułem, że w historii opowiadanej przez reżysera drzemie potencjał. Przyczyniły się do tego nastrojowe zdjęcia Richarda Pepina oraz początkowa ekspozycja postaci poprzez użycie zniekształconych fragmentów ich rozmów. W momencie, gdy do miasteczka przybywa zagadkowy jeździec na koniu będący (być może) ucieleśnieniem mrocznego żniwiarza robi się całkiem klimatycznie. Przyjazd tej odzianej w czerń postaci (Woody Strode) poprzedza wyłonienie się z mglistego oparu czarnego rottweilera. Kowboj zapala fajkę i opowiada pozostałym przy życiu turystom, że zwykł być kiedyś marynarzem, po czym odjeżdża w siną dal. Po co tak naprawdę się pojawił? Nie wiadomo.
Debiut Quisenberry’ego wprost puchnie od zatrważającej nudy. Rozwlekłe ujęcia plenerowe i nocne, drewniane aktorstwo większości obsady, fatalnie zarysowane postaci błąkające się po nawiedzonym miasteczku niczym pacjenci poddani zabiegowi lobotomii. Wady "The Outing" można przywoływać bardzo długo. Brodaty mężczyzna przez blisko trzy minuty wpatruje się bezsensownie w okno po to, by się odwrócić i powiedzieć, że potrzebuje piwa. Kwestia aktorskiego wyczucia czasu leży i sromotnie kwiczy. Nie ma mowy o najmniejszej nawet próbie scharakteryzowania danej postaci, wszyscy bez wyjątku to bezosobowe i apatyczne ‘manekiny’. Kiedy szukają drogi ucieczki z westernowego miasteczka (za daleko do sadyb ludzkich, ich tratwy gdzieś przepadły) nagle pojawia się dwójka motocyklistów. Ocaleli do tej pory turyści zamiast krzyczeć o ratunek gapią się na nich jak otępiałe zombies. Gwoździem do trumny jest kompletny brak poszanowania związku przyczynowo-skutkowego. Postaci najpierw są w wnętrzu jakiegoś pomieszczenia, potem na zewnątrz. Bez celu i wytłumaczenia ich postępowania. Wiedzą tylko, iż grozi im śmiertelne niebezpieczeństwo. Grubasek w czapce basebollowej boi się udać sam za potrzebą, a niedługo potem włazi samotnie do ziejącego mrokiem budynku. Nigdy się nie dowiemy, kim jest morderca i dlaczego zabija. Słyszymy skrzypienie desek i widzimy podniesione do uderzenia narzędzia zbrodni (tasak, siekiera, kosa). Giną wyłącznie mężczyźni, żadnej taryfy ulgowej dla samców. Zero makabry. Odrobina krwi skapująca z ostrza tasaka. Kiepsko sfilmowana dekapitacja siekierą. Wreszcie "Scream" się kończy. Ot, po prostu. A moja reakcja sprowadza się do przetarcia oczu ze zdumienia i retorycznego zapytania: "Co do jasnej cholery? Co to było?" Product placement Dr. Peppera?
Zegar zatrzymał się na dwunastej. Czas zapolować na widmo śmierci...