Recenzja horroru

Horror Night Stalker, The

Night Stalker, The

Tytuł oryginalny:

Night Stalker, The

Reżyseria:

John Llewellyn Moxey

Scenariusz:

Richard Matheson

Obsada:

Darren McGavin, Carol Lynley, Simon Oakland, Barry Atwater

Kraj:

USA

Rok produkcji:

1971

Czas trwania:

74 minuty

Horror Night Stalker, The - zdjęcie 1Horror Night Stalker, The - zdjęcie 2Horror Night Stalker, The - zdjęcie 3Horror Night Stalker, The - zdjęcie 4Horror Night Stalker, The - zdjęcie 5Horror Night Stalker, The - zdjęcie 6

Rzadko kiedy zdarza się, aby produkcja przeznaczona na potrzeby telewizyjne powodowała jakieś większe emocje u fanów gatunku. Zarzuty zawsze są podobne: skąpy budżet, ograniczone możliwości realizacyjne, minimalna ilość rozlanej krwi, o ile w ogóle. Kilka razy faktycznie udało się takim filmom uzyskać przychylność widzów, ale są to raczej wyjątki potwierdzające regułę. Najwięcej takich przykładów można chyba odnaleźć w kinematografii amerykańskiej lat 70. To był naprawdę złoty okres dla kina grozy, które pośród wielu przeciętnych obrazów przyniosło widzom również kilka godnych uwagi tytułów. Niby lata 70. poprzedniego wieku a można tylko pozazdrościć. "Let’s Scare Jessica to Death", "Don’t be Afraid of the Dark" czy "Kolchak" za jednym przyciśnięciem guzika! Bez porównania do tego, co zazwyczaj możemy oglądać w szklanym okienku, przynajmniej w Polsce. Trzeba jednak pamiętać, że na filmy te często patrzy się przez pryzmat pewnego sentymentu, dlatego wszystkie powyższe tytuły mogą się poszczycić bardzo dobrymi recenzjami i wysokimi notami widzów. Niemniej w większości przypadków są one raczej uzasadnione i pozostają jednymi z najbardziej udanych telewizyjnych produkcji grozy.

Kolchak to nieco cyniczny, ale dociekliwy dziennikarz, który za wszelką cenę dąży do odkrycia jakiegoś fascynującego tematu, który przyniósłby mu sławę i pieniądze. Kiedy Las Vegas wstrząsa fala tajemniczych zbrodni popełnianych na prostytutkach, wreszcie nadarza się okazja, aby jego marzenia w końcu się ziściły. Tym bardziej, że morderstwa najwyraźniej są sprawką seryjnego mordercy, a niektóre okoliczności im towarzyszące nie dają się racjonalnie wytłumaczyć. Policja nie jest w stanie wpaść na trop zabójcy, kierując się rutynowym podejściem do sprawy i odrzucając wszelkie niecodzienne teorie. Inaczej postępuje Kolchak, który widząc na własne oczy nieprawdopodobne zachowanie poszukiwanego oraz biorąc pod uwagę wszelkie zebrane dowody, jest w stanie przyjąć nawet najbardziej nieprawdopodobną hipotezę: że tym razem sprawa ma podłoże nadnaturalne, a mordercą może być wampir.

Już same napisy początkowe zdradzają duży potencjał filmu. Za scenariusz odpowiedzialny jest Richard Metheson, osoba znana większości fanów gatunku, twórca wielu znakomitych opowiadań, które niejednokrotnie były z powodzeniem przenoszone na ekran ("Duel", "The Last Man on Earth" na podstawie jego najsłynniejszego dzieła "Jestem Legendą"), a zarazem samodzielny autor kilkunastu świetnych scenariuszy, które stały się podstawą doskonałych filmów grozy. Od innych twórców Mathesona wyróżnia duża pomysłowość, umiejętność kreowania wciągającej, idealnie poskładanej w całość historii oraz doskonale nakreśleni bohaterowie, z których każdy wydaje się być z krwi (jakże by inaczej!) i kości. A to wszystko zestawione po to, aby w którymś momencie wywołać u widza podskórny niepokój. Potwierdzeniem tej tezy jest właśnie "Kolchak", w którym pokazał on dobitnie jak powinno wyglądać scenopisarstwo najwyższej klasy. Całość to elegancko skomponowana, klarowna i nieśpieszna historia, w której wszystko jest na swoim miejscu, a która jednak rozwija się w zaskakujący, przynajmniej dla mnie, sposób. Samej historii daleko co prawda od współczesnego zaskakiwania finałowymi twistami, nie ma tu też zwrotów charakterystycznych również dla niektórych opowiadań samego Mathesona, ale muszę przyznać, że zaproponował nietypowe podejście do tematu. "Kolchak" zaczyna się od opowieści o seryjnym mordercy, aby powoli, stopniowo przekształcić się w niemalże klasyczną opowieść grozy utrzymaną w gotyckim klimacie. To przejście jest jednak bardzo naturalne i płynne, że aż dziw bierze jak łatwo je zaakceptować, biorąc pod uwagę, że jednak pomysł wyjściowy, patrząc na to po zakończonym seansie, wydaje mi się być nieco karkołomny. Niemniej nawet taką historię w utalentowanych rękach udaje się uformować w sensowną i zgrabną całość. Trzeba przy tym naprawdę dobrego pióra, aby nadać jej odpowiednią dramaturgię. Metheson wydaje się być idealnie stworzonym do tworzenia takich dzieł: nie tylko doprowadza wszystko do kulminacyjnego momentu rozgrywającego się w kryjówce mordercy, ale jednocześnie potrafi stworzyć swojską postać, której ekranowe losy są bardziej przejmujące niż wielu innych podobnych bohaterów. Główny bohater występuje tu nie tylko w roli uwspółcześnionego dra Van Helsinga, niestrudzonego tropiciela i likwidatora zła, ale jednocześnie staje się poszukiwaczem prawdy, który jednak za swoje sprzeniewierzenie się władzom ponosi dotkliwą karę. Fakt, że przyświeca mu nieco wątpliwa motywacja, ponieważ goni za sensacją i jest zdeterminowany, aby w końcu zaistnieć w środowisku, ale jako jedyny w filmie wydaje się być zainteresowany rozwikłaniem zagadki, a ostatecznie jego czysto samolubne podejście do sprawy ulega zmianie. I choć początkowo jawi się jako nieco sarkastyczny cwaniaczek, który myśli tylko o sławie i kasie, to stopniowo zmienia się w dziennikarza, który ryzykuje własne życie by odkryć prawdę. Udaje mu się to choć dość wysokim dla niego, jak się później okazuje, kosztem, ale ostatecznie to on jest zwycięzcą i budzi większą sympatię niż zdemoralizowani przedstawiciele lokalnego establishmentu, którzy nie chcą pozwolić na to, aby dziwaczna historia została odkryta przez zwykłych ludzi i niepotrzebnie skupiła na nich uwagę.

Brzmi nieco znajomo, bo i miejsce akcji wydaje się być nieco bliżej zwykłego odbiorcy. Nie jest to żaden gotycki zamek czy pozostające na odludziu miasteczko, to pełne ludzi, tętniące życiem i rozświetlone neonami Las Vegas, istniejące, funkcjonujące i właściwie na wyciągnięcie ręki. Umiejscowienie akcji w rzeczywistym mieście ma fundamentalne znaczenie dla całego filmu, bo jest nie tylko dość oryginalnym podejściem do tematu uwspółcześniającym cały mit wampiryczny, ale i uwiarygodnia wydarzenia i postaci. Przez taki zabieg nie tylko łatwo zaakceptować osobę i zachowanie dziennikarza, ale również bez trudu można wyobrazić sobie kogoś kto ma ochotę napić się ludzkiej krwi... W tymi miejscu warto wspomnieć, że nie byłoby to możliwe również gdyby nie dwaj główni aktorzy, którzy wcielili się w bohaterów historii: Darren McGavin ze swoim nieco spryciarskim wyrazem twarzy oraz Barry Atwater z wiecznie przekrwionymi oczami (pierwotnie były to szkła kontaktowe, później efekt ich noszenia).

Oczywiście "Kolchak" nie stałby się uznanym filmem grozy jedynie z uwagi na dobry scenariusz. I tu należy przywołać kolejne rzucające się w pierwszych minutach filmu nazwisko z czołówki. John Llewellyn Moxey, który dał się wcześniej poznać chociażby jako mistrz klimatu, którym wypełnił swój świetny debiut z 1960 r. z Christopherem Lee w roli głównej pt. "The City of the Dead". Jego doświadczenia na tym polu wyraźnie przydały się i na planie "Kolchaka". Końcowe 15 minut to naprawdę gęsta atmosfera, przy której widz mimochodem siedzi nieco zesztywniały. Moxey doskonale wie, jak wykorzystać suspens w finale, dlatego też pomimo faktu, że akcja rozgrywa się w zwykłym domu, odniosłem wrażenie, że przeniosła się do jakiegoś upiornego zamczyska. Poza tym raczej nie ma reżyserowi czego zarzucić, bo zważywszy na ograniczenia jakie niesie za sobą telewizja, sprawił się bardzo dobrze. Wiadomo przecież, że jak przystało na film przeznaczony dla TV, "Kolchak" nie może się pochwalić zbyt rozdmuchanym budżetem, co niejednokrotnie widać na ekranie. Nie ma tu również mowy, o jakimkolwiek intensywnym upuszczaniu krwi, czerwony kolor pojawia się wyjątkowo rzadko i jest raczej symboliczny, co akurat wychodzi w tym przypadku całkiem dobrze. Pewne niedociągnięcia realizatorskie są również widoczne (scena defenestracji), jednak są to drobiazgi, które raczenie nie przysłaniają pozytywnego odbioru całości. Co ciekawe bardziej przeszkadzał mi fakt, że pomimo swojego krótkiego czasu trwania (74 minuty) i jednocześnie dość interesującego podejścia do tematu, "Kolchak" momentami wydawał mi się nieco statyczny. Być może to ograniczenia, o których wspomniałem powyżej nie pozwoliły twórcom w pełni rozwinąć skrzydeł. Myślę, że gdyby mieli wolną rękę niektóre sceny filmu mogłyby wyglądać zupełnie inaczej.

Ostatnie nazwisko, które przykuwa uwagę od samego początku to Dan Curtis, który otrzymał szansę wyprodukowania "Kolchaka" dla telewizji ABC, co jak się później okazało, było jednym z najważniejszych, jak nie najważniejszym punktem w jego karierze. Olbrzymi sukces jakim okazał się "The Night Stalker" otworzył mu szereg możliwości i doprowadził do owocnej współpracy z Methesonem, której efektem było kilka kolejnych filmów grozy, w tym udana kontynuacja przygód Kolchaka w "The Night Strangler" oraz dobrze znana fanom grozy antologia "Trilogy of Terror". Warto podkreślić, że ani Curtis ani Matheson nie byli zaangażowani w serial o przygodach Kolchaka, który pojawił się w amerykańskiej telewizji dwa lata po premierze filmu. Pewnie dlatego okazał się on gigantyczną klapą.

Niemniej wcześniejsza dobra współpraca wszystkich trzech panów zaowocowała bardzo udanym, stylowym filmem telewizyjnym, który gdyby nie ograniczenia z tego wynikające, mógłby z powodzeniem zawojować ówczesne kina. Nie trudno mi sobie wyobrazić, że wtedy taśma zdecydowanie bardziej nasiąknęła by krwią, a widzowie z pewnością otrzymaliby więcej odważnych scen, które w tym przypadku trzeba było wyeliminować. Mimo wszystko "Kolchak" do tej pory utrzymuje swoją niezwykle silną pozycję jako jeden z najwyżej ocenianych filmów w historii TV. Sam Stephen King uważa go za jeden z najlepszych obrazów, jakie kiedykolwiek zostały wyemitowane za pośrednictwem tego medium. Chyba nie trzeba nic więcej dodawać.

Ocena: 4+/6

Autor: Mort