Recenzja horroru

Manitou, The (Manitou)
Tytuł oryginalny:
The Manitou
Reżyseria:
William Girdler
Scenariusz:
William Girdler, Jon Cedar, Thomas Pope
Obsada:
Tony Curtis, Michael Ansara, Susan Strasberg, Stella Stevens
Kraj:
USA
Rok produkcji:
1978
Czas trwania:
103 minuty
Od momentu, kiedy dowiedziałem się o istnieniu ekranizacji "The Manitou" Grahama Mastertona stało się dla mnie jasne, że muszę ten film zobaczyć za wszelką cenę. Po wielu latach w końcu udało mi się go zdobyć i muszę powiedzieć, że mimo iż nie jestem w pełni usatysfakcjonowany, to jednak miło było zobaczyć ten, w sumie, niezły horror.
Pewnego dnia Karen Tandy pojawia się w szpitalu z dziwaczną naroślą na karku. Wszelkie próby usunięcia jej kończą się katastrofą. Jednocześnie wokół pacjentki i jej byłego męża zaciska się krąg niewytłumaczalnych i przerażających zdarzeń. Niebawem okazuje się, że narośl przybiera formę płodu. Wszystko wskazuje na to, że w ciele Karen odradza się najpotężniejszy indiański szaman, Misquamacus...
Przed obejrzeniem "The Manitou" przeczytałem sporo recenzji tego filmu, które niestety w większości były negatywne. Szczerze mówiąc, to dość krzywdzące dla tego filmu, który, mimo że nie jest arcydziełem gatunku i znacznie ustępuje książce Mastertona, jest jakby nie patrzeć całkiem przyzwoitym horrorem (przynajmniej przez pierwszą godzinę). Co prawda fabuła jest koślawa, naciągana i pełna logicznych niedorzeczności, ale nie dbałem o to za bardzo, bo i książkowy pierwowzór był pod tym względem bardzo nieudany. Są za to momenty, w których Williamowu Girdlerowi ("Grizzly", "Three on a Meathook") udało się uchwycić klimat książki i zrobił to naprawdę w niezłym stylu. Jest w "The Manitou" kilka scen, które mnie autentycznie przeraziły (śmierć czuwającego nad Karen lekarza) i kilka, w których amerykański reżyser osiągnął chyba szczyt swoich możliwości filmowych (np. odrodzenie się Misquamacusa). Niestety, nie udało mu się uchwycić paru innych istotnych szczegółów np. atmosfery indiańskich rytuałów (które są po prostu śmieszne). Nie potrafił też utrzymać w miarę przyzwoitego poziomu filmu przez cały czas jego trwania. Im bliżej końca, tym bardziej wszystko wymykało mu się z rąk. Od narodzin Misquamacusa w "The Manitou" klimat i groza zaginęły właściwie bezpowrotnie, pozostawiając jedynie garść absurdalnych i miejscami dość kiczowatych pomysłów (wezwanie demona pod postacią jaszczurki), dochodząc w ostateczności do bardzo cienkiego finału, przypominającego scenkę rodem z "Gwiezdnych Wojen" (sic!). Do minusów należy jeszcze dopisać koszmarną grę właściwie wszystkich aktorów, na czele z Tony'm Curtisem.
Podsumowując, "The Manitou" jest całkiem przystępnym horrorem, czasem trochę śmiesznym i tanim, ale jednak w jakimś stopniu satysfakcjonującym. Szkoda tylko, że Wiliam Girdler nigdy nie obejrzał swojego filmu na dużym ekranie. Zginął wkrótce po zakończeniu zdjęć w katastrofie śmigłowca.