Recenzja horroru

Horror Machinist, The

Machinist, The (Mechanik)

Tytuł oryginalny:

El Maquinista

Reżyseria:

Brad Anderson

Scenariusz:

Scott Kosar

Obsada:

Christian Bale, Jennifer Jason Leigh, Michael Ironside, John Sharian

Kraj:

Hiszpania

Rok produkcji:

2004

Czas trwania:

90 minut

Podobno żyjemy w okresie tzw. "kultury wyczerpania". Charakteryzuje się ona tym, że niewiele, o ile w ogóle, pojawia się w niej dzieł oryginalnych, przełomowych, nowatorskich. Znakomita większość produkcji czy to filmowych czy literackich to gra konwencją, układanie na nowo wciąż tych samych klocków, przetwarzanie w specyficznej manierze zastanego materiału. O ile czasami taka zabawa jest naprawdę ożywcza, a cytowanie nieistniejących tekstów (Borges!) inspirujące, to czasami ów dialog z kulturą przybiera formy niemal kradzieży. Pół biedy, jeśli jest to świadomy i dla każdego oczywisty zabieg, cyniczne uczepienie się większych od siebie. Zbyt często jednak twórcy sprzedają swoje odgrzewane kotlety, wariacje na temat i zwykłe plagiaty jako oryginalne i świeże produkty. Taka refleksja naszła mnie ostatnio po projekcji "Mechanika", który wszedł właśnie na ekrany polskich kin.

Trevor Reznik jest szeregowym pracownikiem w dużej fabryce. Poznajemy go w momencie, kiedy usiłuje się pozbyć ciała zawiniętego w dywan. Ktoś nakrywa go na tej czynności... Po czym akcja następuje retrospekcja, która wyjaśni co doprowadziło głównego bohatera do tak skrajnej sytuacji. Trevor cierpi na bezsenność - nie zmrużył oka od roku! Do tego mało je i cierpi na w miarę łagodną formę nerwicy natręctw. Jakby tego było mało dokoła niego zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Najpierw poznaje w miejscu pracy nowego pracownika, którego nikt poza nim nie zauważa. W niedługi czas potem, za sprawą tegoż właśnie niesamowitego Ivana, a może braku snu, Trevor staje się przyczyną wypadku przemysłowego, w którym traci rękę jeden z jego współpracowników. Od tragicznego zdarzenia bohater zaczyna popadać w coraz większą paranoję, dodatkowo potęgowaną przez niechęć otoczenia do człowieka, który stanowi zagrożenie dla innych. Na szczęście Trevor ma bezpieczną przystań, gdzie może ukoić swoje nerwy. Odwiedza zaprzyjaźnioną prostytutkę, która się w nim podkochuje. Co noc jest też gościem w lotniskowej kafeterii, gdzie pracuje Maria... Życie bohatera byłoby może całkiem znośne (bo jak sam mówi "od bezsenności jeszcze nikt nie umarł") i sprowadzało się do wyboru między jedną kobietą a drugą, gdyby nie Ivan, który wyraźnie usiłuje manipulować jego życiem.

Trzeba zacząć od pochwał. Przede wszystkim Christian Bale (jak bardzo różni się od postaci granej w "American Psycho"!)!!! To, co ten człowiek zrobił by utożsamić się z rolą, wyglądać autentycznie jest doprawdy godne podziwu. Przygotowując się do wcielenia się w Trevora schudł ponad 30 kilogramów! Podobno chciał jeszcze bardziej zrzucić wagę, ale zabronili mu tego lekarze, twierdząc, że byłoby to zagrożenie dla życia aktora. W każdym razie efekt jest piorunujący. Bale wygląda jakby rzeczywiście mało co jadł przez ostatni rok. Naciągnięta skóra, wystające żebra, przeraźliwa bladość i podkrążone oczy upodabniają go do anorektycznych modelek znanych z telewizji i gazet. Tyle tylko, że tutaj nikt nie udaje, że taki wygląd jest piękny czy godny naśladowania. Skoro już wspomniałem o charakteryzacji... Ludziom odpowiedzialnym za wygląd postaci również należą się wyrazy uznania. Reznik ze swoją wycieńczoną bezsennością twarzą, blady niczym bohater "Piły" po odcięciu nogi, poobijany po wypadku samochodowym, zapada w pamięć widza głęboko i na długo. Aż się widz czasami dziwi, co prostytutka, którą odwiedza Trevor, w nim widzi. Albo pracownica lotniskowego baru...

"The Machinist" prezentuje się świetnie od strony wizualnej. Wystylizownie sposobu filmowania przypomina mi ostatnio widziany "The Forgotten" - genialne zdjęcia są opakowaniem dla takiej sobie historyjki. Tylko, że w "Życiu którego nie było" fabuła jest tak idiotyczna, że pozostaje tylko płacz i zgrzytanie zębów; "Mechanik" jeszcze jakoś się broni. Konstrukcja kadrów w nim jest bardzo przemyślana. Zresztą nie ma się czemu dziwić, gdyż jest to typowy film z kluczem. Znaczna część elementów pojawiających się na ekranie znajdzie logiczne wytłumaczenie swojej obecności w finale. Tu pojawia się pierwszy zgrzyt. Ze względu na obecność charakterystycznych przedmiotów i motywów, które są ewidentnie znaczące, widz może zacząć się irytować. Reżyser bowiem daje mu do zrozumienia - przygotowałem dla ciebie niespodziankę, zdziwisz się, gdy obejrzysz film do końca. Z drugiej strony nie daje oglądającemu żadnej szansy, by sam mógł sobie poskładać elementy układanki. Musi on czekać cierpliwie na rozwiązanie akcji, kiedy twórca poda mu na tacy plot-twist. I dzieje się to deus-ex-machina. Kulminacja akcji mniej wynika z logiki swojego rozwoju, co raczej z czasu trwania projekcji - kiedyś w końcu trzeba skończyć. Wydaje mi się, że klasyczna opowieść kryminalna daje widzowi więcej satysfakcji w procesie rekonstrukcji wydarzeń. Z drugiej strony filmy bliższe poetyce "Mechanika", jak na przykład "Sixth Sense" - ma nad dziełem Andersona tę przewagę, że tam finalny zwrot fabuły jest nieoczekiwany i autentycznie stawia włosy na karku. W omawianym tutaj filmie, wiemy z góry, że reżyser od początku gra nam na nosie, ujawniając tylko tyle, ile mu się podoba.

Pomijając już fakt, że film zbudowany jest z doskonale znanych klocków - a tu "dziwka o złotym sercu", a to bohater, który musi stawić czoła właściwie całemu światu - kłania się film noir, tysięczne melodramaty i co komu jeszcze przyjdzie do głowy. Zresztą lista nawiązań jest o wiele dłuższa. Nie bez kozery byłoby przywołanie tu Hitchcocka. Na co chce zwrócić uwagę widza reżyser każąc swojemu bohaterowi czytać "Idiotę" Dostojewskiego? Nie od parady jest też porównanie do filmów Davida Lyncha, choć tutaj mamy zbyt łopatologiczne wytłumaczenie fabuły. Ale na to można przymknąć oko, bo "The Machinist" jest zrealizowany bardzo sprawnie i ogląda się go dobrze. Problem jest natury poważniejszej. Niesamowita postać widmowego współpracownika Trevora - Ivana z amputowanymi palcami, swoim umiejscowieniem w fabule, rolą w życiu głównego bohatera i niesamowitym wyglądem, wprost nieodparcie kojarzy się z "Harry Angelem" Alana Parkera. Im dłużej oglądamy film Andersona tym wrażenie początkowe się potęguje. A scena kulminacyjna, gdzie dowiadujemy się, o co tak naprawdę chodziło, jest tak bezczelnie zerżnięta z wcześniejszego o 16 lat filmu Parkera, że dziwię się brakowi pozwu tego ostatniego przeciwko scenarzyście. Kiedy Reznik wykrzykuje "I know who You are" stwierdziłem, że miarka się przebrała. Kultura wyczerpania kulturą wyczerpania, ale wypadałoby mieć choć trochę przyzwoitości, przy "tworzeniu" "swoich" dzieł!

Dlatego też ocena jest tak niska. Film naprawdę jest bardzo sprawnie zrealizowany, ogląda się go nader przyjemnie (jeśli tylko potrafimy przymknąć oko na schemat konstrukcji fabuły - to ujawnianie istotnych dla rozwoju akcji elementów, bez tłumaczenia dlaczego są one ważne), Bale za swoją rolę powinien dostać nagrodę (któryś z krytyków pisał, że skandalem jest brak nominacji do Oscara), ale wszystko psuje śmiertelny grzech plagiatorstwa. Być może jestem zbyt surowy, być może niesprawiedliwy, dlatego obejrzyjcie "The Machinist" sami i zadecydujcie w zgodzie z własnymi odczuciami.

Ocena: 2+/6

Autor: Grzegorz