Recenzja horroru

Last Winter, The (Ostatnia zima)
Tytuł oryginalny:
Last Winter, The
Reżyseria:
Larry Fessenden
Scenariusz:
Larry Fessenden, Robert Leaver
Obsada:
Ron Perlman, James Le Gros, Connie Britton, Kevin Corrigan, Jamie Harrold
Kraj:
USA, Islandia
Rok produkcji:
2006
Czas trwania:
97 minut






"Świat się zmienił. Biosfera szaleje. Działamy na szkodę obojętnej dla nas natury. Walczymy o swoje przetrwanie, nie jej. Wiatr nigdy nie był tak silny. Coś budzi się z wiecznej zmarzliny. Dlaczego tak gardzimy światem, który dał nam życie?"
Ziejące niewysłowioną pustką bezkresne połacie lodowatej Alaski. Oślepijająca biel napawających poczuciem klaustrofobii krajobrazów. Trwające zaledwie trzy miesiące lato, w czasie którego przyroda budzi się do życia i iskrzy feerią barw. Kraina trzech milionów jezior, nawiedzana od czasu do czasu przez wstrząsy tektoniczne i erupcje wulkanów aleuckich. Krystaliczne czyste rzeki będące siedliskiem imponujących wielkością łososi, podbiegunowa ojczyzna niedźwiedzia grizzly, łosi i oswojonych reniferów-karibu. Błękitny śnieg na lodowcu Exity Glacier, ogromne tereny spalonych lasów tworzące gigantyczne skupiska sczerniałych od płomieni kikutów drzew. Wieczna zmarzlina, w otchłani której żyje coś niepojętego przez ludzkie zmysły. Majestatyczna Alaska stanowi tło akcji ekologicznego horroru Larry’ego Fessendena ("Habit", 'Wendigo' z 2001 roku) – filmowca od wielu lat apelującego o poświęcanie większej uwagi naturze i o nie ignorowanie jej sygnałów ostrzegawczych.
Mała stacja badawcza położona w bezkresie tundry Arktycznego Parku Narodowego. Celem jej pracowników jest przebadanie terenu i określenie najlepszych punktów do przyszłego wydobycia ropy naftowej (czarnego złota). Przylatuje do niej szef ekipy badaczy Ed Pollack (Ron Perlman). Dwaj geolodzy już przybyli – jeden z nich, Hoffman, romansuje z dawną ex Pollacka, doktor Abby (Connie Britton), a drugi, Max, jest wyraźnie przez ‘coś’ zaniepokojony ("Ropa to przecież szczątki roślin i zwierząt sprzed milionów lat. Jesteśmy jak hieny cmentarne"). Niepokój Maxa udziela się również Hoffmanowi, który zaczyna dostrzegać w otaczającym go środowisku dziwne zmiany. Po pewnym czasie Max znika w tajemniczych okolicznościach, a w szereg członków ekipy badawczej powoli zaczyna wkradać się strach. Narasta niczym fala złowieszczego przypływu, pojawiają się oniryczne wizje, halucynacje. Wreszcie przychodzi śmierć. Ostatnia zima. Kiedy malutki samolot uderza w budynek stacji Pollack i Hoffman zostają zmuszeni do pieszej wędrówki przez upiorną białą nicość...
Trudno horror Fessendena zaliczyć do nurtu eco-kill (przyroda biorąca odwet na ingerującej w nią ludzkości), choć przewijają się w nim niepokojące znaki Matki Natury (nagłe anomalie pogodowe, fantasmagoryczne ślady stóp na śnieżnym puchu, agresywne kruki dziobiące zwłoki). Wkrótce Fessenden wytacza działa – bez względu na konsekwencje ludzie muszą postępować tak, by w chwilach krytycznych przeżyć za wszelką cenę. W drugiej połowie filmu "The Last Winter" wprawdzie ociera się o survival, ale szybko przeradza się w jakże typową dla tego akurat reżysera historyjkę o duchu natury. Przykro mi, że spojleruję, ale finalne nadanie przyrodzie wykreowanej przez CGI fizycznej postaci przezroczystego plazmowego stwora jest po prostu żenujące i masakruje doskonale zapowiadający się dreszczowiec. "Ostatnia zima" gwałtownie traci swoją wiarygodność, podobnie jak ekologiczny podtekst Fessendena, na którym opiera się fabuła. Szkoda. Ogromna szkoda, tym bardziej, iż przez większą część czasu projekcji kontinuum klaustrofobicznego lęku/nieznanego terroru zdaje się być niezwykle płynne, a ujęcia zatopionych w zimowej aurze rejonów północnej Islandii oraz Alaski cieszą oko surowym pięknem przyrody. W dodatku czuć wyraźnie dwa wiodące źródła inspiracji Fessendena: "The Shining" Stanleya Kubricka i "The Thing" Johna Carpentera. No i jeszcze w nieco mniejszym stopniu "The Blair Witch Project" (1999).
A zapowiadało się tak pięknie. Coś zagnieździło się pod topniejącym lodem. Czy to natura biorąca rewanż na człowieku? Duchy wiatru takie jak Wendigo? A może lodowate szpony paranoi rozpleniającej się niczym wirus pośród członków ekipy badawczej? Gaz z trzewi ziemi powodujący zwodnicze omamy i halucynacje? Wspomniane powyżej zakończenie wszystko psuje, niweczy misternie utkany nastrój klaustrofobii, a finalne ujęcia silą się na nadanie "The Last Winter" rutynowego posmaku apokaliptycznej zagłady. Tyle zmarnowanego twórczego potencjału zasypanego pod zwałami śniegu... Fessenden zawiódł mnie mocno.