Recenzja horroru

Last House on Dead End Street, The
Tytuł oryginalny:
Last House on Dead End Street, The
Reżyseria:
Roger Michael Watkins
Scenariusz:
Roger Michael Watkins
Obsada:
Roger Michael Watkins, Ken Fisher, Billy Schlageter, Kathy Curtin, Paul M. Jensen
Kraj:
USA
Rok produkcji:
1977
Czas trwania:
77 minut






Istnieją filmy grozy owiane legendą, czego perfekcyjnym przykładem jest "The Last House on Dead End Street". Przez wiele lat film ten uznawany był za widmowy, otaczała go aura tajemnicy i niezmiernie trudno było go zdobyć. W zasadzie (do czasu wydania go na DVD przez Barrell Entertainment w 2003 roku) po świecie krążyły jedynie kiepskie kopie na kasetach video, których źródłem była najczęściej wenezuelska wersja kasetowa. O "The Last House..." wiedziało wielu zatwardziałych fanów horroru, ale tak naprawdę niewielki odsetek szczęśliwców mógł się z nim zapoznać wzrokowo. Po raz pierwszy obejrzałem ów zdeprawowany obraz w marcu 2002 roku na wyjątkowo kiepskiej jakościowo, przegrywanej taśmie video i dostałem w łeb obuchem. Ohydny, lepki od brudu klimat zawładnął mną całkowicie, a upiorna sekwencja zarzynania pani Palmer na stole operacyjnym wypełniła me uszy zwielokrotnionym echem mrożących krew w żyłach wrzasków. Cholera, myślałem przez pewien czas, iż mam do czynienia z czymś zakazanym, mizantropijnym koszmarem prosto z najczarniejszych otchłani horroru. Wydanie DVD Barrel Entertainment bezlitośnie oddarło "The Last House on Dead End Street" z niemalże mitycznej otoczki. Nadal jednak wszystkie istniejące wersje filmu są straszliwe ocenzurowane – oryginalna wersja reżyserska zatytułowana groteskowo "The Cuckoo Clocks of Hell" miała jakoby trwać 175 minut, lecz prawdopodobnie przepadła na zawsze. Cała ekipa filmowa z reżyserem na czele przez wiele lat ukrywała się pod pseudonimami – kim był Victor Janos i skąd się wziął nikt nie miał pojęcia. I choć później okazało się, iż owe pseudonimy były nadane przez dystrybutora, który usiłował "ukraść" film, przez długi okres nie wiadomo było, kto odpowiada za "The Last House...". Dopiero w 2000 roku nieżyjący już reżyser filmów porno Roger Michael Watkins przyznał się, że zrealizował film, napisał do niego scenariusz i zagrał w nim wiodącą rolę. Sekret Victora Janosa nieoczekiwanie wyszedł na światło dzienne. Nakręcony w 1972 roku, przez pięć długich lat przeleżał na półkach i dopiero w 1977 roku zadebiutował na kinowym ekranie, o czym Watkins nawet nie wiedział.
Świeżo po wyjściu z pierdla Terry Hawkins postanawia zarobić i nakręcić kilka niebezpiecznych filmów. Włamuje się do obskurnego budynku uniwersyteckiego, gdzie ma zamiar założyć bazę produkcyjną, po czym zaczyna montować ekipę filmową. Do pomocy nakłania starego kumpla Kena, obecnie pracownika rzeźni, kamerzystę Billa, z którym kiedyś kręcił amatorskie filmy porno i dwie młode ćpunki. Jego planem jest realizacja groteskowych filmów snuff i szybko wprowadza go w życie, porywając grupę bogatych zboczeńców ze światka pornograficznego i kręcąc ich tortury i śmierć... Dochodzi do orgii przemocy, na którą składa się przypalanie, amputacja kończyn, ćwiartowanie żywcem, a nawet ssanie kopyta jelenia.
Wpływ "The Last House on Dead End Street" na dwa pierwsze epizody serii "Guinea Pig" oraz na serię "August Underground" jest niepodważalny. Nakręcony za śmieszne pieniądze (od 800 do 3000 dolarów) - z czego większość przeznaczona była na działki amfetaminy dla Watkinsa – perwersyjny horror Victora Janosa nadal posiada w sobie moc dołowania i jeżenia włosów na głowie. To swoisty ekwiwalent nigdy nie odkrytych przez organy śledcze (rzekomych?) filmów snuff familii Charliego Mansona. W tym akurat przypadku wszystkie elementy składające się na całość przemawiają na korzyść filmu (zazwyczaj jest inaczej): ekstremalnie ostre, psychodeliczne efekty wizualne, amatorskie aktorstwo, dziwaczne echa dźwięków, wewnętrzne monologi, maski noszone przez oprawców rodem z jakiegoś piekielnego karnawału szaleństwa. Kiedy Hawkins wrzeszczy jak opętany "Ja reżyseruję ten pierdolony film!" nie można stwierdzić, czy odgrywa swoją postać, czy w tym właśnie momencie przekroczył granice obłędu. Sceny przemocy zawarte w drugiej połowie filmu potrafią wprawić w stan apatii i przygnębienia – szczególnie prymitywny zabieg chirurgii dokonany na pani Palmer. Obie jej nogi zostają amputowane pod kolanami, w czasie gdy cierpiąca niewyobrażalne męki ofiara jest utrzymywana w stanie świadomości poprzez zapach rozsypanej soli. Następnie jeden z zamaskowanych zwyrodnialców otwiera jej brzuch za pomocą nożyc do cięcia drutu i wyjmuje wnętrzności... Sekwencja koszmarna w swej zimnej brutalności, lecz najbardziej ciekawym aspektem filmu jest jego unikalna atmosfera, której udaje się odtworzyć upiorne wrażenia onirycznego koszmaru. Wszystko, co widzimy na ekranie wydaje się być realistyczne, z drugiej jednak strony jakby eteryczne, rozmyte w ponurych, zgniłych barwach. Przyczyn takiego stanu rzeczy należy dopatrywać się przede wszystkim w dokonanych cięciach fabularnych pozostawiających za sobą ogromne dziury narracyjne, ale też w dziwnym soundtracku i w pustych, przeżartych rozkładem lokacjach. Nad filmem unosi się ohydna woń skrajnej mizantropii i plugawego zła, co powoduje iż widz po projekcji czuje się tak, jakby przejechał go walec. Filmy snuff częstokroć bywają łączone z podziemnym rynkiem pornografii i znamienne jest to, iż Roger Michael Watkins po nakręceniu "The Last House on Dead End Street" na dobre zajął się produkcją pesymistycznych filmów porno.
Gołym okiem widać fascynację Watkinsa morderstwami bandy Charlie Mansona. W rytualistycznych scenach zabójstw w końcówce filmu daje się słyszeć mrożące krew w żyłach szepty "Terry jest odpowiedzią" towarzyszące agonalnym odgłosom cierpienia ofiar. Fetor śmierci i rozkładu, który emanuje od filmu Watkinsa wkrada się do świadomości widza i nie pozwala zapomnieć. Jeśli chcecie zobaczyć jeden z najbrzydszych, najbardziej zgniłych horrorów wszechczasów "The Last House on Dead End Street" zaprasza was w swoje obleśne, oblepione zepsuciem progi.