Recenzja horroru

Kindred, The
Tytuł oryginalny:
Kindred, The
Reżyseria:
Stephen Carpenter
Scenariusz:
Stephen Carpenter, Jeffrey Obrow
Obsada:
Rod Steiger, Kim Hunter, David Allen Brooks
Kraj:
USA
Rok produkcji:
1987
Czas trwania:
91 minut







Każdego chyba fana kina grozy dopada od czasu do czasu uczucie zniechęcenia. Widział już wszystkie horrory, które warte były obejrzenia, a dalsze poszukiwania wśród staroci i nowości niosą ze sobą jedynie kolejne rozczarowania. I kiedy taki zblazowany fan rozgląda się powoli za kolejnym hobby, czasami zupełnie niespodziewanie trafia na perełkę, która przywraca mu wiarę w sens dalszych poszukiwań w uniwersum grozy. Takim właśnie interesującym, a jednak na poły zapomnianą, jest z pewnością "The Kindred"(1987) o którym pamięta stanowczo zbyt niewielu wielbicieli kina grozy. Ja sam trafiłem na ten film zupełnym przypadkiem, skuszony reklamowym hasłem "John's got a half brother... half human... half something else!" jako żywo kojarzącym się z Wilburem Wateleyem i jego demonicznym bliźniakiem z Lovecraftowego "The Dunwich Horror". W filmie Carpentera i Obrowa, (znanych głównie ze swego filmowego debiutu – "The Dorm That Dripped Blood" (1982)) to jednak nie magia, a nauka doprowadza do plugawego mezaliansu ludzkiej istoty i morskiego stworzenia. Oto dwoje naukowców Philip Lloyd i Amanda Hollins prowadzą wspólnie badania dotyczące genetyki. Zniechęcona bezwzględnością Lloyda oraz coraz bardziej wątpliwym etycznie charakterem jego prac Amanda Hollins zrywa współpracę. Faustowskie dążenia do wiedzy nie daje jej jednak spokoju i w tajemnicy kontynuuje w swojej zacisznej posiadłości eksperymenty nad stworzeniem hybrydy. Wykorzystuje do tego celu materiał genetyczny swojego syna Johna. Kiedy przerażona niespodziewanym sukcesem próbuje zniszczyć wyniki swojej pracy oraz wszelką związaną z nią dokumentację doznaje ataku i zostaje zabrana do szpitala. Na łożu śmierci prosi swojego syna, żeby udał się do jej domu i dokończył jej dzieła zniszczenia wszelkich śladów po prowadzonych badaniach. Wspomina przy tym, iż John ma brata o imieniu Anthony. John Hollins, który sam jest młodym, błyskotliwym biologiem, nie ma pojęcia o prowadzonych przez matkę eksperymentach i nigdy nie słyszał o swoim bracie. Pomimo, iż nie wierzy do końca w słowa matki, spełnia jej życzenie i wraz z grupą asystentów udaje się do jej domu. Niespodziewanej pomocy udziela Johnowi spotkana na pogrzebie Amandy młoda naukowiec Melissa Leftrige, która wie więcej na temat zakresu prac dr Hollins. Niestety, seksowna Melissa jest kobietą pełną tajemnic. Nadto John nieopatrznie zwierza się Lloydowi, uważając go za przyjaciela matki. Lloyd jest niemalże archetypowym szalonym naukowcem – mordercą, eksperymentującym na ciałach ofiar wypadków, dokonującym wiwisekcji zwierząt i hodującym w piwnicy swojego laboratorium mutanty. Oczywiście postanawia on za wszelką cenę zawładnąć wynikami prac Amandy Hollins. Tymczasem Anthony, potworny brat Johna, rozpoczyna polowanie na ludzi. Zabija i rośnie. "The Kindred" jest horrorem klasy "B", ale jest to duże i zasłużone "B". Fabuła, choć w zasadzie dość prosta i nie pozbawiona luk oraz niekonsekwencji, nie jest prostacka i pretekstowa. Rozwija się w oparciu o starannie zarysowane, wyraziste postacie , w klasyczny, manichejski schemat: nikczemny naukowiec (Lloyd) i jego zdradziecka uczennica kontra prometejska poszukiwaczka wiedzy (Amanda) i jej syn idealista. Ten dychotomiczny podział podkreślają również postacie dwóch braci: człowieka i potwora. Kulminacją tego wątku jest jedna z końcowych scen, będąca niewątpliwie odwołaniem do wspomnianego powyżej opowiadania Lovecrafta, kiedy potwór, znajdując się w obliczu zagłady, ujawnia swoje bardziej ludzkie oblicze. Ten baśniowy model czasami mocno przebija przez zewnętrzną, pseudonaukową otoczkę filmu. Domowe laboratorium Amandy bardziej przypomina pracownię alchemika niż genetyka, a jej zaginione dzienniki wyglądają bardziej jak "Necronomicon" czy "Clavicula Salomonis" niż zapiski naukowca. To oczywiście nie jest zarzut, wręcz przeciwnie! To dobrze, że stary topos o karze za nierozważne uzurpowanie przez człowieka stwórczych prerogatyw, znany z "Golema" i "Frankensteina", odnalazł swoje kolejne, tym razem mackowate i krwawe, wcielenie. Wszystkie poboczne wątki służą wyeksponowania ról i dookreśleniu charakterów protagonistów. Zabieg ten sprawia, że oglądamy spójną i logicznie opowiedzianą historię. Nawet jeśli fabuła posiada luki, to w każdej chwili czujemy, że obcujemy z przemyślaną i dopieszczoną opowieścią. Również tempo filmu jest właściwe, utrzymujące uwagę widza od pierwszej do ostatniej sceny. Duża w tym zasługa dobrze dobranej obsady, gdzie oprócz totalnych amatorów, znajdujemy doświadczonych aktorów na miarę zdobywcy Oskara Roda Steigera. Atmosfera filmu jest iście Lovecraftowsko ponura i mroczna. Znakomicie współgra z niesamowitymi efektami specjalnymi, tworząc momentami naprawdę obrzydliwe widowisko. Przede wszystkim należy stwierdzi, że efekty specjalne są zaskakująco dobre, jak na film tej klasy i jest ich na dobitkę naprawdę dużo. Niektóre z nich, takie jak choćby wygląd uwięzionych w piwnicy mutantów, są naprawdę niepokojące. Arcydziełem zaś, szczególnie radującym serce każdego fana Lovecrafta, jest scena przemiany człowieka w skrzelastą hybrydę ludzko-rybią. Jest to zdecydowanie najlepsza, najbardziej klimatyczna scena tego typu w kinie lovecraftowskim. Jej efekt jest tym większy, że rozpoczyna się niespodziewanie, przebiega krótko i gwałtownie, pozostawiając widza z uchylonymi ze zdumienia ustami i pytaniem co się właściwie właśnie wydarzyło. Jak na tamte lata oraz taki budżet, jakim dysponowali twórcy "The Kindred" jest to celuloidowy pomnik tryumfu pasji, artystycznego zmysłu oraz kreatywności nad gumą i lateksem. Sam Anthony we wszystkich swoich postaciach jest raczej średniakiem, jest go za to tak dużo, że ucieszy to każdego maniaka monster movies z lat 80-tych. Zwłaszcza, że jest on stworzeniem zawziętym, oddanym misji pozbawiania życia (nie odpuszcza nawet psu) i wykazuje się w tym dziele niebywałą pomysłowością (ataku potwora ukrytego w arbuzie nie zobaczycie nigdzie indziej!).
Reasumując należy stwierdzić, że "The Kindred" nie jest żadnym dziełem wiekopomnym, kamieniem milowym czy innym arcydziełem. Jest to jednak z pewnością interesujący kawałek kina grozy, który niesłusznie został niemal zapomniany. Jeżeli wkraczaliście w krainę horroru w latach 80-tych, to nawet wszystkie niedostatki filmu będą miały dla was niepowtarzalny urok tamtych czasów.