Recenzja horroru

Hills Have Eyes, The (Wzgórza Mają Oczy)
Tytuł oryginalny:
The Hills Have Eyes
Reżyseria:
Wes Craven
Scenariusz:
Wes Craven
Obsada:
Susan Lanier, Robert Houston, Martin Speer, Dee Wallace-Stone
Kraj:
USA
Rok produkcji:
1977
Czas trwania:
89 minut
Kiedy jakieś dwa, trzy lata temu ułożyłem prywatną listę 10 filmów grozy, które obowiązkowo muszę obejrzeć, "Wzgórza…" znalazły się na miejscu pierwszym. Czy można było oczekiwać czegoś więcej? Wizja skrajnej dehumanizacji, barbarzyńskich kanibali kryjących się w posępnym rejonie Ameryki. Obietnica czystego horroru i zdumiewającego zakończenia. Wszystkie te czynniki sprawiły, że z góry uznałem film za arcydzieło, ozdobę horroru, który zrewolucjonizował nasz ukochany gatunek na dobre. Oszałamiający "Ostatni dom po lewej" tylko wzmocnił moje oczekiwanie na dzieło brutalne i nie uznające żadnych kompromisów.
Typowa, amerykańska rodzina trafia na pustynię odciętą od świata, gdzie niegdyś wojsko amerykańskie prowadziło eksperymenty z bronią jądrową. Zgodnie z jedną z gatunkowych reguł: nieważne jak tam się znalazła, ważne co odkryje. Tym razem będą to ich pobratymcy o kanibalistycznych skłonnościach. Wyobraźcie sobie górską dolinę spaloną słońcem, gdzie ziemia nabrała już gryzącego, złoto-brązowego odcienia, a skamieliny skruszały pod wpływem ciepła. W takich miejscach samochody z reguły łapią gumę, a mieszkańcy, w porozdzielanych mile od siebie zabudowach nie kryją niechęci do przyjezdnych. Zarazem, nie ma chyba lepszego miejsca na dobrze zapowiadającą się produkcję grozy.
I tu kończą się pozytywy. Właściwie, rzucając okiem na dokonania Cravena na polu horroru, tu wypadałoby skończyć, spuścić zasłonę milczenia, podziękować czytelnikom za uwagę i oddać się bardziej trywialnym czynnościom. Dla tych, którzy chcą jednak przeczytać recenzję do końca - o, dla tych prawda będzie bardziej bolesna. Nie widziałem już dawno produkcji, z którą czas tak okrutnie by postąpił, którą równie by pokaleczył. Biorąc pod uwagę to co wydarzyło się w kinie grozy od roku 1978 (a trudno tego nie brać pod uwagę 26 lat później) rezultat jest doprawdy KATASTROFALNY.
Akcja nie wykracza poza początkowe obietnice. Najpierw mamy niemal godzinny zaczyn, wprowadzenie do właściwej narracji. Aktorzy grają na poziomie amatorskim, operator stara się wprowadzić nas w pustelniczą atmosferę stanu, bezskutecznie. Kiedy wreszcie zaczyna się oczekiwana terapia szokowa, domniemane barbarzyństwo ogranicza się do pół-sekundowego ujęcia psa z trzewiami na wierzchu (a oglądałem wersję nieocenzurowaną!), zaś ekscesy kanibali do naszyjników z nanizanymi zębami.
By oddać sprawiedliwość "Wzgórzom…" przyznam, że dobrze wypadła sekwencja pierwszego ataku na przyczepę kempingową. Ale już w tej samej scenie Craven przedstawia starszą kobietę, która okłada miotłą kanibala (skutecznie!)?? Niby niepozorny drobiazg, ale jak burzy całe napięcie. A to błąd w kinie grozy niewybaczalny. Podobnych momentów będzie we "Wzgórzach…" dużo. Wielokrotnie mamy nadzieję, że wszelkie elementy nareszcie zaczynają się składać w spójną całość, że akcja zaraz się zazębi. A chwilę potem wrażenie pryska za sprawą kolejnego, nieprawdopodobnego pomysłu reżysera. Craven, jak się zdaje, zapomniał, że sama twarz Michaela Berrymana nie wystarczy, by przerazić widzów. Bo jak inaczej wytłumaczyć tak groteskowe decyzje, jak przebranie zgrai tubylców w zwierzęce łachy na wzór przedstawienia przedszkolaków pod tytułem "Jaskiniowcy"? Albo jak można było nakręcić scenę z tym dzieckiem ze smoczkiem w ustach noszonym na rękach przez jednego z "kanibali"? Jesteśmy na przeciwnym biegunie od atmosfery kreowanej na ekranie przez Hoopera czy Deodato. W zastępstwie otrzymujemy klimaty rodem z kina Z. I nie wmawiajmy sobie, że "tak miało być", że to świadoma gra Cravena z konwencją - Wes swoim filmem dopiero ją kształtował.
Pozostaje oczekiwanie na końcówkę. W końcu: "zaskakujące jest zakończenie filmu: nagłe i niespodziewane, powoduje, że widzowie wychodzą z kina zaskoczeni i przerażeni", cytując Andrzeja Pitrusa. Zaskoczeni na pewno, ale tę drugą kwestię pozostawiam pod dużym znakiem zapytania. Wygląda to mianowicie tak, jakby Craven w połowie ujęcia uświadomił sobie, że kończy mu się budżet i czas, może, na jakieś podsumowanie. Stąd ta sztuczna i wymuszona ostatnia scena prosząca się o jakąś pseudo-interpretację. Nieprzekonująca tym bardziej, że wątki pozostałych bohaterów urwane są w połowie. Naprawdę, atmosfera na planie musiała być iście burleskowa. Film o kanibalach bez kanibali, film kontrowersyjny bez żadnych kontrowersji, film okrutny bez okrucieństwa… "Wzgórza…" są idealnym przykładem dzieła stworzonego przez legendę. Dalej jest szanowany, wielbiony przez kolejne pokolenia fanów, traktowany jako dzieło sztandarowe i kultowe. Czytając kolejne opinie można odnieść wrażenie, że bez "Wzgórz…" dzisiejszy obraz horroru wyglądałby zupełnie inaczej. Tymczasem oglądając go bez całej, narosłej wokół niego otoczki, wrażenie amatorskości przebija na plan pierwszy. Po projekcji trudno nie odczuć potrzeby zbicia kolejnego pomnika z firmamentu dzieł kultowych. 26 lat później pozostaje jedna, jedyna nadzieja, nadzieja że Alexandre Aja nadrobi zaległości i nakręci remake godny oryginalnego tytułu - okrutny, kontrowersyjny i z kanibalami w rolach głównych...
Ocena: 1/6
Autor: Flagg
Badania Cravena nad naturą strachu i gwałtownością jednostki ludzkiej w jego obliczu zwiastuje już jego pierwszy film "Ostatni dom po lewej". Szalenie intensywne rape and revenge, które niezwykle skutecznie odzwierciedlało lęki ówczesnego społeczeństwa amerykańskiego, poprzez ukazanie głęboko tkwiącej w każdym człowieku skłonności do gwałtu i przemocy. Craven nie poprzestał jednak na tym, skutkiem czego po pięciu latach, w "The Hills Have Eyes", przekłada język kina rape and revenge na dynamikę i bezkompromisowość survivalu, czyniąc kolejne kroki w badaniu ekstremalnych zachowań ludzkich. Raz jeszcze amerykańska rodzina, wraz ze wszystkimi wartościami, jakie ją określają, poddana zostanie "cravenowskim" eksperymentom przez skonfrontowanie jej z inną. Rodziną degeneratów, klanem zwyrodniałych myśliwych, dla których życie ludzkie nie przedstawia żadnej wartości. Doprowadza to do desperackiej bitwy o przetrwanie w okrutnej scenerii, zapewniającej szorstką i pełną gniewu historię.
Fabuła filmu została zainspirowana losami legendarnej rodziny Sawney’a Beane’a, w skład której wchodziła jego żona, ośmiu synów i sześć córek. Dziki klan, który zamieszkiwał wzgórza wschodniej Szkocji, niedaleko Edynburgu, we wczesnej połowie 1400 roku, atakował, brutalnie mordował i zjadał przypadkowych podróżnych. Kanibalistyczny proceder trwał do momentu, gdy na polecenie króla Jakuba I zostali pojmani i straceni bez procesu. Gromadka papy Jupitera w obrazie Cravena może nie jest tak liczna, ale apetyt ma z pewnością podobny. Zatem niezmiernie cieszy ich fakt, że jakiś wóz z przyczepą campingową dzielnie brodzi w kurzu bezlitosnej pustyni, otoczonej grzebieniem milczących wzgórz. Niczego nieświadoma rodzina Carterów, w 25 rocznicę jej założenia przez Wielkiego Boba i jego małżonkę, zapuszcza się w te rozpalone trzewia zalanego słońcem pustkowia, by obejrzeć podarowaną w prezencie kopalnię srebra. Niestety nie dane im będzie dotrzeć do celu.
"Godzinny zaczyn", o którym flagg wspomina w swej recenzji może tyczyć się utworów pana Takashi Miike, ale z pewnością nie Wesa Cravena, przynajmniej nie czterech jego filmów: "Ostatniego domu po lewej", "Koszmaru z ulicy Wiązów", "Krzyku" i przede wszystkim "Wzgórz". Piszę przede wszystkim, gdyż spośród wszystkich wymienionych tytułów, ten charakteryzuje się najszybszym tempem i dynamiką. Niemal każda scena popycha akcję do przodu, beż przysiadania, bez chwili przerwy. Nawet bez zagłębiania się w psychikę bohaterów, bo i po co? Cravena interesują najniższe ludzkie instynkty i obawy. Spójrzmy na dialogi, są po prostu genialne. W sposób bezpośredni lub ewentualnie pośredni dotyczą wyłącznie fabuły, jakby poza wzgórzami nic nie istniało, no może jedynie ta utopijna Kalifornia wspomniana na stacji benzynowej. Ta sama reguła tyczy się "Teksańskiej masakry piłą łańcuchową" Hoopera. Reżyserzy ci zapędzają nas albo na wypalone pustkowie albo wyludnioną farmę i ani myślą wypuszczać widza z ich macek. Na pewno nie wypowiadanymi na głos marzeniami bohaterów o lepszym świecie, który gdzieś tam jest, trzeba tylko poczekać, aż do nas przyjdzie. Lecz to się nie stanie, nie w tak bezkompromisowym kinie. By żyć trzeba walczyć. Stanąć z wrogiem w szranki lub uciekać. Rodzina Carterów wybrała to pierwsze, przeto otrzymujemy brudny i surowy survival horror, poparty muzyką równie niepokojącą, co w filmie Tobe’a Hoopera.
"Będę się przyglądał jak rdzewieje twój samochód" – mówi papa Jupiter do głowy Wielkiego Boba na forum rodzinnym. Cudowna kwestia, wyraźnie uświadamiająca, że przywódca silniejszego stada wygrał. Ten, kto wkracza na cudze terytorium musi się liczyć z odzewem jego rezydentów, a ten nie zawsze, szczerze mówiąc prawie nigdy, nie bywa przyjemny. To istota kina przetrwania, jak i w tym wypadku trudna do odczytania Europejczykowi wypłowiała alegoria Wietnamu, która autentyczną wyrazistość objawiła tak naprawdę w pierwszym filmie Cravena.
Obrazy takie jak "The Texas Chainsaw Massacre", "Straw Dogs", "Deliverance", "Easy Rider", to szalenie ważne filmy dla swojej dekady, którą Amerykanie zgodnie nazwaliby "dekadą strachu", w których tlą się niepokoje zamachów, mordów, kryzysu paliwowego i oczywiście wojny wietnamskiej. "Czuliśmy się wydani na łaskę okrutnego losu, który krok po kroku ślepo w nas uderzał" – mówi Craven w wywiadzie. Czuli się zatem tak samo jak postaci z jego filmów. Dziewczęta w lesie wydane na łaskę swych zwyrodniałych oprawców w "Ostatnim domu po lewej", rodzina Carterów na łasce kanibali. Tworząc swój pierwszy film, w Cravenie było tyle gniewu, iż sam nie był go do końca świadom wspominając po latach. Miał chęć wykrzyczeć to wszystko na ekranie, stąd ta bezwzględna scena mordu Mary w jeziorze, będąca powtórzeniem autentycznego zabójstwa jeńca wojennego. Echa tego krzyku wyraźnie pobrzmiewają we "Wzgórzach", magnum przystawione do ust Susan Lanier mówi samo za siebie. Do tego rewelacyjna sekwencja nalotu na wóz campingowy oraz gwałtowne zakończenie, w którym z wściekłości zostaje wręcz opluta kamera. To właśnie intensywność tych scen zapracowała na sukces owego horroru, a możliwość skutecznego doświadczania jej po tylu latach, czyni z utworu Cravena dzieło wyjątkowe, co potwierdza w wywiadzie Alexandre Aja (twórca remakeu) słowami: ">>Wzgórza mają oczy<< Wesa Cravena na zawsze zachowają swoją pozycję".
Niestety nie ulega wątpliwości, iż "The Hills Have Eyes" to horror tani, z tanimi kanibalami. James Whitworth, Lance Gordon i oczywiście Michael Berryman (nominowany za swą rolę do nagrody Saturna), odziani w skóry niczym obsada "Walki o ogień", nie przerażają samym wyglądem, za to dzielnie nadrabiają dzikim zamiłowaniem do polowań, wykazując w tej profesji nieco sprytu. Brudni, gwałtowni, nieokrzesani, czasem bezmyślni i komiczni, jacy by nie byli zapadają w pamięć. Szczególnie Berryman, będący obecnie nieśmiertelną wizytówką filmu. Utworu, w którym sytuacja na planie była tak trudna, że producent Peter Locke (wcielił się w Mercury’ego), woził ekipę na zdjęcia własnym wozem campingowym, a w czasie deszczu, załoga miała do ochrony wyłącznie worki na śmieci.
"Wzgórza mają oczy" początkowo sklasyfikowano jako X-Rated. Reżyser, w tym przypadku odpowiedzialny również za montaż, usunął wiele sekwencji, aby otrzymać ocenę R (od 18 lat). Wcześniejsza wersja reżyserska niestety już nie istnieje, skutkiem czego całe gore sprowadza się do wybebeszonego psa (dodam, iż był prawdziwy) oraz rozszarpanej pięty. Nie zmienia to jednak faktu, że ów film, wyróżniony na festiwalu w Sitges, pozostaje obrazem znaczącym nie tylko w karierze Wesa Cravena, ale w historii gatunku, mając do przelania na ekran jedynie czystą wściekłość. Lecz to w zupełności wystarcza, mimo, iż według niektórych w 1977 roku było już na nią za późno.
Ocena: 5-/6
Autor: Lobo





