Recenzja horroru

Horror Happening, The

Happening, The (Zdarzenie)

Tytuł oryginalny:

Happening, The

Reżyseria:

M. Night Shyamalan

Scenariusz:

M. Night Shyamalan

Obsada:

Mark Wahlberg, Zooey Deschanel, John Leguizamo, Ashlyn Sanchez, Betty Buckley

Kraj:

USA, Indie

Rok produkcji:

2008

Czas trwania:

91 minut

Horror Happening, The - zdjęcie 1Horror Happening, The - zdjęcie 2Horror Happening, The - zdjęcie 3Horror Happening, The - zdjęcie 4Horror Happening, The - zdjęcie 5Horror Happening, The - zdjęcie 6

Filmy tego reżysera określane są mianem porażek zanim jeszcze ujrzą światło dzienne. Za jaki projekt się nie weźmie, w prasie i internecie huczy od negatywnych komentarzy. Mimo, że ów twórca jest w stanie skaptować do obsady całkiem znane nazwiska, to kiedy owe obrazy wchodzą do kin przeważnie okazuje się, że przeczucia szerokiej publiki były słuszne i pieniądze wydane na bilet kinowy można było lepiej spożytkować. Oliwy do ognia dolewa sam reżyser opowiadając w wywiadach o tym, jaki jest genialny i niezrozumiany. Oczywiście wiadomo, że nie piszę w tym momencie o Uwe Bollu, bo to by było zbyt oczywiste, a cokolwiek tajemnicze rozpoczęcie tekstu wymaga niewielkiej choć niespodzianki. Takie refleksje naszły mnie po projekcji ostatniego dokonania M. Night Shyamalana "The Happening". To jest niewiarygodne, jak zły jest ten film.

W nowojorskim Central Parku dochodzi do niewytłumaczalnych zdarzeń. Przypadkowi ludzie zaczynają się zachowywać, jakby nagle kompletnie stracili instynkt przetrwania. Z dwóch siedzących na ławce kobiet, jedna zaczyna nieskładnie mówić, powtarzać się, by po chwili wbić sobie w szyję szpilę do włosów. Na nieodległej budowie robotnicy spadają z wysokości niczym lemingi z nadmorskiej skały. W nieodległej Filadelfii władze zarządzają stopień podwyższonej gotowości. Tysiące ludzi chce wydostać się z prawdopodobnie zagrożonego obszaru. Wśród nich główni bohaterowie historii – Elliot i Alma Moore wraz z powierzoną im pod opiekę małą Jess. Starając się przedrzeć poza obszar oddziaływania dziwnego fenomenu i zrozumieć jego naturę trójka przedziera się przez bezludne obszary Pensylwanii. Czy jest dla nich szansa ratunku skoro całe północno-wschodnie wybrzeże USA wydaje się być pod wpływem działania przedziwnej toksyny, która pcha ludzi do samobójstw?

Powtórzę się – to jest niewiarygodne, jak zły jest ten film. Próbując wyjść z szoku po seansie zacząłem grzebać po różnych stronach internetowych, żeby zrozumieć wysoką ocenę na imdb. To co zobaczyłem w recenzjach Rogera Eberta czy na stronie Arrow In The Head mnie poraziło. Są tacy, którzy argumentują, że to jest całkiem udany powrót do formy twórcy "The Village". Zacznę może więc od pozytywów – przede wszystkim pomysł wyjściowy na film. Shyamalan nie próbuje już zaskoczyć widza w ostatnich minutach fabuły, koncept jest prosty i całkiem strawny (niektórzy mogliby argumentować, że niedorzeczny, ale bez przesady – to w końcu kino rozrywkowe, a nie hard sf podparta najnowocześniejszymi ustaleniami naukowymi). Całkiem udanie reżyser buduje napięcie i poczucie zagrożenia w niektórych scenach. A żeby poprawnie wywiązać się z takiego zadania trzeba jednak umiejętności, zważywszy na to, czym właściwie jest "zdarzenie" (Raimi w "Evil Dead" podszedł do zagadnienia od trochę innej strony;-). Jest również kilka nad wyraz udanych scen – choćby początkowa, z wbiciem szpili w szyję, czy pierwszy upadek z budynku, a także wisielcy w miasteczku uniwersyteckim. To mocne i poruszające sceny, które robią wrażenie. Obawiam się jednak, że tym oto sposobem właśnie wyczerpałem listę zalet "The Happening".

Absolutnie cała reszta w najnowszym dziele twórcy jest tak zła, że zęby bolą. Sceny w zamierzeniu mające poruszyć widza przemieniają się bardzo szybko w parodię i groteskę. Tak jest na przykład na początku – pierwszy robotnik spada z dachu – jest nieprzyjemny dreszcz, zmasakrowane ciało przeraża i wzbudza odrazę jednocześnie. Ale kiedy budowlańcy zaczynają spadać z wysokości w dziwacznym unisono to robi się groteskowo i wbrew intencjom twórcy śmiesznie. Ja wyłem i rechotałem jak głupi, a jakikolwiek nastrój pryska jak bańka mydlana. Od sceny otwierającej "Suicide Club" Sono dzielą "The Happening" lata świetlne. I tak jest przez cały czas trwania projekcji – jeśli uda się Shyamalanowi zainteresować widza, zbudować szczątki nastroju, to zaraz musi wszystko zepsuć fatalnymi dialogami, brakiem wyczucia, zbytnim szarżowaniem. Dialogi – to jest temat na oddzielną recenzję. Dyrdymały jakie wypowiada główny bohater do swoich uczniów, rozmowy z żoną (żarcik, który rzuca w pewnym momencie, w odpowiedzi na jej potencjalną zdradę), tekst "nic nie rozumiesz, jestem nauczycielem..." i można tak długo. Ale na łopatki rozłożyła mnie scena następująca – główni bohaterowie wraz z innymi uciekinierami starają się wydostać z zagrożonego obszaru, dzielą się na trzy grupy i jedna zostaje zaatakowana. Od Elliota, jako naturalnego przywódcy jednej z grup, pozostali oczekują zdecydowanej reakcji, pomocy dla ginących. To co wtedy pada z ekranu, pomieszanie naukowej terminologii (bezstronny obserwator) z histerycznymi wrzaskami to grafomania pierwszej wody i kompletny bezsens (pomijając już fakt, że pistolet, którym wyżynają się nieszczęśnicy w zasięgu fenomenu ma chyba niekończący się magazynek). Tu dodać trzeba fatalne aktorstwo. Począwszy od Zooey Deschanel i Johna Leguizamo, przez postaci drugoplanowe, na Marku Wahlbergu skończywszy. Co mnie wybitnie zastanawia to fakt, że niektórzy widzą w jego kreacji jedyny jasny punkt na tle mizerii aktorskiej pozostałych zaludniających plan filmowy postaci. Widząc jak Elliot strzela oczami wygłaszając kwestie, które sprawiają wrażenie stworzonych za pomocą generatora "random scientific and new age mumbo jambo mix", odechciewało mi się oglądać dalej. Ale z recenzenckiego obowiązku brnąłem dalej w świat papierowych postaci, przerysowanych charakterów, klisz i kalek fabularnych. I powiem jedno – nie było warto. Bo scenariusz to kupa bezsensownie prowadzonych wątków, wprowadzanych nie wiadomo po co i kończonych lub urywanych bez jakiejkolwiek przyczyny.

Shyamalan chciał się odegrać trochę na publice. Za zmieszanie go z błotem przez publikę i recenzentów. Analogia z Uwe Bollem znowu nasuwa się sama. U Hindusa mamy kilka scen, o które ciężko podejrzewać kino mainstreamowe, a już tego akurat reżysera zwłaszcza. Ale topienie noworodka w rzece, czy śmierć dwóch małoletnich bohaterów, to naprawdę mocny cios w przyzwyczajenia publiki multipleksów. Reżyser każe postaciom i widzom cierpieć pokazując obrazy, które nie goszczą na wielkich ekranach w głównonurtowych obrazach. Scena na farmie jest jakby z zupełnie innego gatunku, bliżej jej do ekstremalnego horroru, zainteresowanego łamaniem wszelkich tabu, niż do religijnych bajeczek pokroju "Signs". Sam pomysł wyjściowy jest też w pewnym sensie pokazaniem środkowego palca publice, która nie potrafi zrozumieć "wielkiego twórcy" – patrzcie co was czeka, jeśli się nie opamiętacie. Ja mam wiele sympatii do tego typu lewicowych z ducha teorii o zemście przyrody, ale w wykonaniu Shyamalana wygląda to co najwyżej śmiesznie. Niemniej jednak taki na przykład Roger Ebert znalazł w "The Happening" humanistyczne przesłanie i zachętę do refleksji. Nieładnie byłoby naigrywać się z choroby i kalectwa, które dotknęło jednego z najpopularniejszych krytyków filmowych i tym tłumaczyć jego sympatię dla filmu. Napiszę więc tak – koncept kupuję, wykonania absolutnie nie. Wolę filozofować wraz z Bollem przy "Seed". I im więcej myślę o podobieństwach między tymi twórcami i ich ostatnimi filmami, tym więcej doceniam Niemca.

Shyamalana zgubił "Sixth Sense" – jemu samemu uderzyła do głowy woda sodowa i zaczęło mu się wydawać że jest Autorem, który ma do przekazania wielkie rzeczy. Hollywood zaś próbowało go wcisnąć w niszę "filmów z niespodziewanym zwrotem akcji w ostatniej minucie". Patrząc z perspektywy czasu te zabiegi marketingowe tylko zaszkodziły wcale niezłemu "The Unbreakable" (chociaż nie posunąłem się na tyle daleko, żeby obejrzeć na świeżo ową dekonstrukcję superbohaterskiego mitu). "Signs" to był religijny knot najgorszego sortu, ale już "The Village" było całkiem ciekawe. "Lady In The Water" nie dałem rady, więc zgodnie z prawem serii "Zdarzenie" powinno być powrotem do formy. Niestety nie jest. Taki Uwe Boll potrafił się odbić od dna i zrobić kilka porządnych filmów. Hinduski reżyser ma oczywiście o wiele lepszy zmysł i wyobraźnię filmową, jest o niebo sprawniejszym twórcą, ale w przypadku omawianego filmu, żadna to pociecha.

Ocena: 1/6

Autor: grzEGOrz