Recenzja horroru

Evil Eye, The
Tytuł oryginalny:
Naina
Reżyseria:
Shripal Morakhia
Scenariusz:
Shripal Morakhia, Sagar Pandya, Anjum Rajabali
Obsada:
Urmila Matondkar, Anuj Sawhney, Shweta Konnur
Kraj:
Indie / Wielka Brytania
Rok produkcji:
2005
Czas trwania:
104 minuty






To, że kino bollywoodzkie nie grzeszy oryginalnością i często korzysta z dokonań innych, większość widzów zapewne wie. Kopiowanie cudzych, ale dobrych pomysłów, to przecież najprostsza droga do osiągnięcia sukcesu. Podstawowym argumentem "za" są tutaj nie tylko wymierne korzyści finansowe, ale i również brak własnej inicjatywy i wszechobecny marazm kina gatunku. Taką filozofię z pozytywnym, niestety, skutkiem od kilku lat wyznają przecież Amerykanie, którzy zalewają rynek przeróbkami azjatyckich, a ostatnio również europejskich produkcji. Podobnie postępują również hinduscy producenci, którzy nie stronią od przeszczepiania na własny rynek największych hitów filmowych. Tyle, że do tej pory ich oczy wpatrzone były w Hollywood, natomiast wraz z "Nainą" postanowili przełożyć na język swojego kina japońsko-tajską produkcję - "The Eye" braci Pang. I co ciekawe, zrobili to jeszcze przed amerykańską wersją.
Po operacji przeszczepu oczu młoda dziewczyna imieniem Naina odzyskuje wzrok, który straciła przy narodzinach. Okazuje się, że dzięki temu widzi nie tylko świat materialny, który otacza każdego człowieka, ale również i duchowy. Dręczona przerażającymi wizjami za wszelką cenę postanawia odnaleźć dawcę i rozwikłać mroczną tajemnicę jej śmierci.
Zamierzenie to od samego początku wydawało mi się skazane na niepowodzenie. Ciężko było sobie wyobrazić, jak będzie wyglądała ta historia w rękach bollywoodzkich twórców. W jaki sposób przenieść japońską sztukę filmową na grunt hinduski? Jak odwzorować subtelną oraz konsekwentnie budowaną atmosferę i raczej minimalistyczną formę na kino pełne przepychu i zadęcia, z porcelanowo pięknymi aktorami i krzykliwą kolorystyką? Co z tymi wszystkimi tańcami i piosenkami, które są w takich produkcjach praktycznie nieodzowne. Przecież ich wykorzystanie zniszczy nawet najlepiej skonstruowaną fabułę, pogrąży nawet najbardziej przerażający horror. A jednak, mimo wszystko, ciekaw byłem jak to wyjdzie, po cichu jednak podśmiewując się z prawdopodobnego efektu tego zabiegu.
Tyle, że twórcy "Nainy" trochę mnie zaskoczyli, bo trzeba uczciwie napisać, że film różni się od innych gatunkowych prób pochodzących z Indii. I wcale nie chodzi mi o brak wymyślnych układów tanecznych towarzyszących kiczowatym pioseneczkom – w"Bhoot" Rama Gopala Varmy pokazał, że można nakręcić dobry horror pozbawiony tychże, a który nadal będzie określany mianem bollywoodzkiego. Moją uwagę zwróciło coś innego. Przede wszystkim brak kurczowego trzymania się fabuły oryginału. Historia opowiedziana w "Naina" jest oczywiście bardzo do niego zbliżona, nie jest jednak jego wierną kopią. Warto zwrócić uwagę, że scenarzysta zdecydował się nadać jej swój własny charakter – stąd m.in. zmiany w scenach rozgrywających się pod koniec filmu czy odmienny pomysł na finał historii. Zupełnie inaczej dobrano też miejsce akcji, którym w większości jest Londyn. Przyznaję, że dziwnie się oglądało bohaterów spacerujących na tle Big Bena, tym bardziej nie za bardzo rozumiem czemu akurat to miasto zostało wybrane. Być może z czysto z praktycznych przyczyn, czyli z uwagi na zakończenie, a być może z innych, nie wiem. W każdym razie zaproponowany przeskok cywilizacyjny, którego doświadczamy w późniejszej fazie filmu, jakoś się gryzie. W oryginalnym ‘The Eye" mieliśmy coś podobnego, tyle że tam łatwiej było uwierzyć, że duchy pojawiają się w Japonii, kraju w którym mimo technologicznego postępu wiara w elementy nadprzyrodzone jest wciąż dość silna. A choćbym nie wiem jak się wysilał nie mogę sobie tego wyobrazić we współczesnym Londynie, co oczywiście nie znaczy, że należy wykluczyć całą Anglię ( skąd przecież pochodza najlepsze i klasyczne ghost stories). Jeden z elementów scenariusza zasługuje jednak na szczególne wyróżnienie i to niestety negatywnie. W całą historię wpleciono bowiem fragmenty innego horroru azjatyckiej nowej fali, mianowicie "Dark Water". Początkowo myślałem, że po prostu chciano wykorzystać charakterystyczny wygląd dziewczynki (żółty płaszcz przeciwdeszczowy i czerwona torebka), jednak się myliłem. Opowieść będąca podstawą filmu Nakaty jest tutaj potraktowana jako epizod wynikający z głównej historii. Oczywiście spłycony, skrócony i dostosowany do potrzeb, jednak czegoś takiego jeszcze nie widziałem i muszę przyznać, że jest to dość osobliwa forma zapożyczenia nawet jak na Bollywood. Mimo tych dziwnych urozmaiceń, twórcy nie zrezygnowali ze scen, które swego czasu przeraziły (i nadal przerażają) prawie wszystkich fanów grozy na świecie: jest i mrożący krew w żyłach początek w szpitalu, jest i zmarła uczennica uporczywie dopominająca się o krzesło, jest i staruszek lewitujący w windzie. Tyle że ich jakość wykonania (może poza drugą z wymienionych) odstaje znacząco od oryginału i dobitnie pokazuje różnicę, jaka dzieli kino japońskie od kina hinduskiego – żadna z wyżej wspomnianych nie jest nawet w połowie tak dobra, jak jej odpowiednik w filmie braci Pang. Dodatkowo są one poddane pewnym bolesnym modyfikacjom, które w dużej mierze odbierają ich pierwotne potężne oddziaływanie (np. poprzez wykorzystanie efektów wizualnych w początkowych scenach w szpitalu), co przesądza o tym, że to co było motorem napędowym "Jian Gui", tutaj jest zaledwie niewiele znaczącym dodatkiem.
Nie jest to jednak jedyny grzech, jakiego dopuścili się twórcy "Naina". Moim zdaniem jeden z podstawowych błędów jakie popełnili to obsadzenie w głównej roli Urmili Matondkar. Aktorka najzwyczajniej w świecie nie budzi sympatii, sprawia wrażenie zupełnie nijakiej i nieautentycznej, co powoduje, że trudno przejmować się zmaganiami jej bohaterki z upiornymi zwidami. Jeśli do tego dodać kiepsko nakreślony motyw "artystycznej duszy", co odebrało nieco wiarygodności samej postaci, to okazuje się, że mimo swojej tragicznej sytuacji i wcześniejszego kalectwa, los dziewczyny był mi raczej obojętny (i nie ma na to żadnego wpływu fakt, że od samego początku znałem zakończenie historii). Cała reszta pojawiających się w filmie postaci pozostaje równie mało ciekawa, może poza ciotką bohaterki, która wygląda jak bajkowa dobra babinka z kreskówek.
Ostateczny efekt jest taki, że powstał film, który nie dorównuje oryginałowi, a nie jest w stanie się obronić jako samodzielne dzieło. Dostajemy niezbyt ciekawy, pozbawiony napięcia i raczej mało przerażający horror, nie oferujący nic poza ciut innym spojrzeniem na bollywoodzkie podejście do gatunku. O ile amerykański remake z Jessicą Albą był ewidentnie skierowany do tamtejszego widza, o tyle "Naina" jest zrobiona dla nie wiadomo kogo. Dla fanów Bollywood będzie zbyt mało swojski (brak piosenek, tańców, nadmiernej kiczowatej estetyki itd.), a dla innych po prostu rozwlekły (mimo krótkiego czasu projekcji jak na te produkcje), nudnawy i odbiegający od standardów kina grozy do jakich są raczej przyzwyczajeni. A nade wszystko rozczarowujący, bo choć amerykańska wersja również jest daleka od doskonałości, to zapewne byłbym w stanie zasiąść po jakimś czasie do ponownego seansu. W przypadku "Nainy" wydaje mi się to bardzo mało prawdopodobne, żeby nie powiedzieć niemożliwe.