Recenzja horroru

Echo, The
Tytuł oryginalny:
Sigaw
Reżyseria:
Yam Laranas
Scenariusz:
Yam Laranas
Obsada:
Richard Gutierrez, Angel Locsin, Jomari Yllana, Iza Calzado
Kraj:
Filipiny
Rok produkcji:
2004
Czas trwania:
95 minut






Młody człowiek imieniem Marvin wprowadza się od obskurnego, zaniedbanego budynku. Wkrótce spokój zakłócają mu niepokojące odgłosy oraz koszmarne sny. Jakby tego było mało, jego jedyni sąsiedzi z piętra to rodzina, w której zaborczy maż, policjant, bije żonę i stosuje psychiczny terror wobec córki. Kobieta w obawie przed kolejnym brutalnym atakiem nieobliczalnego męża, powierza dziecko nowemu sąsiadowi. Marvin decyduje się pomóc kobiecie, nie mając pojęcia, że będzie to wydarzenie, które zmieni całe jego życie. Będzie musiał stawić czoło nie tylko przerażającym zjawom, ale również samemu sobie…
Trzymając się współczesnej nowomowy można powiedzieć, że "The Echo" to film pozbawiony narodowej tożsamości. Reżyser zrezygnował z tradycyjnych motywów obecnych w filipińskim kinie horroru (np. wierzeń ludowych), zdystansował się do wcześniejszych produkcji gatunku i zdecydował się pójść drogą współczesnego nurtu klimatycznego horroru o duchach rodem z Japonii. Trudno tu jednak mówić o jakichś wpływach (do których Laranas się otwarcie przyznaje), to raczej dokładne odwzorowanie horroru urbanistycznego znanego z filmów Nakaty czy Shimizu, zarówno od strony fabularnej, jak i formalnej. Najwięcej pomysłów zaczerpnięto z "Dark Water", począwszy od zaniedbanego budynku (przy którym notabene ten z horroru Nakaty wygląda jak luksusowy apartament), kończąc na scenach z dziewczynką w windzie. Lista tytułów, które pojawiają się w głowie podczas seansu jest jednak dużo dłuższa, a nawet wykracza poza granice Japonii ("Bhoot"). Laranas ściśle trzyma się również formy znanej nam z tych filmów: zaniechał jakichkolwiek krwawych scen, skoncentrował się wyłącznie na wykreowaniu odpowiedniej atmosfery, używając do tego sprawdzonych środków. Jak łatwo się domyślić, znajdziemy tu kilka klasycznych motywów japońskiego kina (ach, te kruczoczarne włosy…), a całość oparta została na zasadzie wykorzystania ciszy oraz przerażających dźwięków, i choć jest to forma dość ograniczona, to jednak tutaj w dużej mierze się sprawdza. Z tego względu oraz z uwagi na bardzo małą ilość dialogów, ważną rolę w filmie Laranasa odgrywają dźwięki, które doskonale budują nastrój (trzeba też przyznać, że zadbano o to, by widz mógł usłyszeć każdy, najmniejszy nawet odgłos - szepty, kroki, szuranie). I wszystko byłoby w należytym porządku gdyby reżyser nie mnożył niepotrzebnie grozy i nie próbował straszyć nas "normalnymi" scenami. Nadużywanie świergoczących w uszach, głośnych odgłosów perkusyjnych talerzy wkomponowanych w scenę, w której nic strasznego nie ma to zafałszowany strach rodem z Hollywood. Niestety film Larasa jest w wielu miejscach wypełniony takimi "fake scares" i trzeba powiedzieć, że takie wysilone straszenie niepotrzebnie wprowadzone obok naprawdę przerażających momentów jest jedną z największych wad filmu.
Podobnie jak w przypadku tajlandzkiego horroru "Shutter", jestem w stanie wybaczyć "Sigaw" brak oryginalności. Dławiący oddech klimat, który utrzymuje się przez większą cześć filmu i kilka scen, przy których można zejść na serce, to lekcja strachu, którą każdy pewnie zapamięta do końca życia. Laranas kunsztownie poukrywał grozę w nieprzyjaznych murach budynku, dodał niepokojące wizje, a dzięki ciemnym zdjęciom wykreował ponurą i budzącą strach atmosferę. Widz zostaje zamknięty w budynku z Marvin’em i wraz z nim musi przystosować się do tej przytłaczającej rzeczywistości. Niestety słabsze momenty filmu zaczynają się, kiedy akcja przenosi się poza wilgotne i napiętnowane nieszczęściem mury obskurnego budynku. Co prawda, podobnie jak w "Ju-on", horror nie jest związany z konkretnym miejscem, tak więc bohater co chwila ma jakieś upiorne zwidy, to jednak reżyser pozwala w ten sposób by atmosfera klaustrofobicznej grozy dość poważnie zelżała; pętla, tak starannie zawiązana na szyi widza, zostaje poluzowana. Takie posunięcie umożliwia chwilę oddechu, a cały koszmar nie wydaje się już być tak bardzo przerażający i rzeczywisty. Sceny w restauracji, czyli miejscu pracy Marvin’a czy też u rodziny jego dziewczyny zaburzają też wizualną jednolitość filmu, w przygniatającej większości utrzymanego w ciemnych i odpychających kolorach. Oczywiście nie mogło zabraknąć sceny w toalecie, od czasów "Maniaka" Lustiga jednej z najważniejszych i najczęściej wykorzystywanych lokacji w horrorze.
Z pewnością "The Echo" nie tchnęło drugiego życia w osłabiony już współczesny nurt klimatycznych horrorów, choć film Laranasa jest jednak na tyle specyficzny, że ciężko go nie zapamiętać. Dla ludzi, dla których już "Shutter" był dowodem na to, że formuła współczesnego azjatyckiego horroru się wyczerpała i kino to zaczyna zjadać własny ogon, "Sigaw" będzie argumentem potwierdzającym ich tezę. Dla tych, którzy wierzą, że pomimo pewnego zmęczenia materiału da się jeszcze nakręcić dobry horror, "Sigaw" będzie doskonałym przykładem. Notabene, ciekaw jestem jakbym ten film odebrał, gdybym wcześniej nie widział kilku innych znakomitych tytułów, jak wspomniane powyżej produkcje japońskie oraz "Shutter". Niemniej "Sigaw" spowodował, że filipińskie kino horroru zostało dostrzeżone na całym świecie, (również w Hollywood, gdzie właśnie rozpoczynają się zdjęcia do remake’u, który zresztą wyreżyseruje sam Laranas) i być może przez to możliwy będzie szerszy dostęp do starszych produkcji. Sam z chęcią sprawdziłbym w przyszłości co kryje w zanadrzu kino horroru z tego kraju, zwłaszcza szalone produkcje Eddie'ego Romero i Gerardo de Leon’a na czele ze słynną trylogią o krwawej wyspie, nakręconą w latach 68-70 ("Brides of Blood", "The Mad Doctor of Blood Island", "Beast of Blood").
Myślę, że fani gatunku mogą być mocno podzieleni w ocenie filmu Laranasa. Niżej podpisany staje jednak po stronie tych, którzy postawili uczucie przerażenia towarzyszące projekcji nad oryginalność. Stąd ocena może ciut za wysoka, trochę na wyrost, ale pomimo tego, że czasami jest irytująco nadgorliwy w serwowaniu grozy, to jednak "Sigaw" jest momentami iście przerażający.